fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Meksyk w przededniu zamieszek?

Enrique Pena Nieto, według sondaży przyszły prezydent
PAP/EPA
Do władzy może powrócić partia, zdetronizowana w 2000 rokupo 70 latach autorytarnych rządów
Według sondaży w niedzielnych wyborach wystawiony przez Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną (PRI) Enrique Pena Nieto może uzyskać ponad 40 proc. poparcie. Odwrót wyborców od dotychczas rządzącej krajem partii Partii Akcji Narodowej (PAN) to efekt dramatycznie wysokiej przestępczości, a także rosnącego rozwarstwienia społeczeństwa pod względem dochodów.
Nastroje przedwyborcze są wyjątkowo gorące. Przeciwnicy Peny Niety organizują w kraju i w świecie wirtualnym protesty, mając nadzieję, że wyborcy ostatecznie zmienią zdanie i nie będą głosować na partię, która kojarzy się – szczególnie starszym wyborcom – ze skrajną korupcją, okradaniem kasy państwa i kolesiostwem.
Dodatkowo na początku czerwca brytyjski „The Guardian" oskarżył PRI o opłacanie największej grupy medialnej na kontynencie, Televisy, za przedstawianie swojego kandydata jedynie w pozytywnym świetle. Dla wielu możliwa wygrana Peny Niety oznacza katastrofę. – Meksykanin, który głosuje na PRI, jest dla mnie równie absurdalny jak Niemiec, który chciałby odbudować mur berliński – mówi Denise Dresser, popularna w Meksyku politolog.
Społeczeństwo w gruncie rzeczy nie ma dużego pola manewru. Poważnymi konkurentami w walce o fotel prezydencki (wg Reutersa z około 25-proc. poparciem każdy) są: Andreas Manuel Lopez Obrador (w skrócie nazywany AMLO) z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD) oraz Josefina Vazquez Mota z rządzącej PAN. Ich popularność jest bardzo wyrównana, a wzajemne oskarżenia wysuwane podczas kampanii wyborczej – jednakowo mocne. – Najsilniejsi obecnie kandydaci to w gruncie rzeczy dwie twarze tej samej starej gwardii – argumentuje Josefina Vazquez Mota. Tym samym wytykając, że AMLO wcześniej należał do PRI.
Lopez Obrador kontruje, że wybór kolejnego prezydenta z partii PAN, która przez 12 lat nie potrafiła wyprowadzić kraju na prostą, jest działaniem przeciwko Meksykowi. Zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą urząd obejmuje ten kandydat, który zdobył większość głosów i nie jest przewidziana druga tura wyborów.
Nastroje większości z ponad 79 mln osób uprawnionych do głosowanie nie są najlepsze. – Nie będę głosował na AMLO, ale przeciwko PRI. Wolę wybrać mniejsze zło. W słowa polityków, niezależnie od opcji, jaką reprezentują, nie wierzę za grosz – mówi „Rz" Sean Dillon, nauczyciel.
W 2000 r. Meksykowi udało się pozbyć okopanej na najwyższych szczeblach władzy PRI na rzecz konserwatywnej PAN. Ta pierwsza dzięki fałszerstwom wyborczym rządziła w tym państwie nieprzerwanie ponad 70 lat, a pierwszym prezydentem po wielkiej zmianie został Vicente Fox, niegdysiejszy szef Coca-Coli w Ameryce Łacińskiej.
Jego kadencję oceniono jako pasywną, dlatego z dużą nadzieją witano w 2006 r. reprezentującego tę samą opcję polityczną Felipe Calderona. Swoją prezydencję rozpoczął energicznie, zapowiadając wojnę z kartelami narkotykowymi – obiecywał Meksykowi spokój i bezpieczeństwo. Rezultat jest jednak dramatyczny. Po sześciu latach jego rządów w wyniku walk między wojskiem, policją (nierzadko skorumpowanymi) i bossami narkotykowych karteli śmierć poniosło około 60 tysięcy  ludzi.
– Najważniejsze, żeby wybory nie stały się problemem dla naszego kraju – mówi Leonardo Baldez Zurita, szef Federalnego Instytutu Wyborczego (IFE). Po ogłoszeniu w 2006 r., że Felipe Calderon wygrał z AMLO różnicą zaledwie pół punktu procentowego, na ulicach miasta wybuchły trwające kilka tygodni zamieszki, połączone z oskarżeniami o przekręt wyborczy. Także teraz AMLO ma duże szanse, by zakończyć kampanię na drugim miejscu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA