fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Spadochron, debiutancka płyta Meli Koteluk

Mela Koteluk, Spadochron, EMI 2012, CD
Rzeczpospolita
„Spadochron”, debiut Meli Koteluk, sprawił, że piosenkarka awansowała do I ligi polskich wokalistek
Koteluk przypomina Nosowską. Zdecydowała się na podobną aurę muzyczną co wokalistka Hey, a nawet frazowanie. Madame Katarzyna została zresztą poproszona o wysłuchanie nagrań „Spadochronu" i nie miała nic przeciwko nim. Można by ironicznie dodać, że każdy artysta, a tym bardziej polski, cieszy się, gdy jego muzyka staje się wzorcem. Tym razem jednak lepiej mówić o pewnym estetycznym kierunku, który obrała młodsza wokalistka. I mieć nadzieję, że wartościowy debiut stanie się punktem startu na własnej drodze.
Wiele to zapowiada. Pora była zresztą najwyższa wyjść z cienia, by nie przegapić odpowiedniego czasu. Mela Koteluk wspomagała już wokalnie niemiecką legendę rocka – Scorpions, śpiewała u boku Gaby Kulki. Komercyjna „Droga do gwiazd" w TVN nie zmieniła jej upodobań – pozostała sobą.
Mela Koteluk rozpoczyna swoją intymną opowieść niezwykle dyskretnym tonem, imponującym na tle dzisiejszego ekshibicjonizmu. „Dlaczego drzewa nic nie mówią" jest wymowne, ponieważ wokalistka pisze i śpiewa o młodej kobiecie, takiej jak ona, w trzeciej osobie: „Jak drzewo nakarm ją/daj cień (...) Ty nie trać z oczu jej/Ty bądź/Ty chroń". W tytułowym „Spadochronie" bohaterka Meli Koteluk, niczym Amelia ze słynnego francuskiego filmu, stara się zwrócić uwagę ukochanego mężczyzny w nienatarczywy, pełen dumy i godności sposób. Jest kamykiem lecącym w jego okno albo nadaje w rytm alfabetu Morse'a. Pragnie przełamać milczenie, za którym kryje się emocjonalne wyrachowanie. A może męski brak śmiałości?
Od nagrań Nosowskiej płyta Koteluk różni się przede wszystkim elektrycznymi brzmieniami, stylistyką bliższą rocka, z odniesieniami do gitarowych aranżacji w stylu retro i podniosłej odmiany art. Pojawia się również bardziej przewrotny, żartobliwy muzyczny ton, akcentowany dynamicznymi rytmami i pełne tajemniczości, psychodeliczne klimaty („O domu"). W „Działać bez działania" sportretowano ulotność chwili mglistą syntezatorową aurą. Zaś w „Melodii ulotnej" dominują pochmurne klimaty nowofalowe. Anglojęzyczny, fortepianowy finał „In The Meantime" jest ukłonem w stronę Tori Amos. To kolejny dowód na to, że Koteluk idzie inną drogą niż Kasia Nosowska.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA