fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Prezes PiS dał szacha i mata

ROL
Prostym zagraniem Jarosław Kaczyński zepchnął rywala na prawicy do głębokiej defensywy
Sobotni marsz w obronie telewizji Trwam okazał się sukcesem środowisk opozycyjnych. Na manifestację przyszło co najmniej 50 tys. osób.
Zwolennicy pluralizmu w mediach wzięli w niej udział mimo kampanii obozu rządzącego i jego totumfackich, którzy jak Lech Wałęsa (w swoim liście) ostrzegali – w stylu znanym z retoryki peerelowskich aparatczyków przed "podpalaniem Polski". Propagandowo i wizerunkowo wygrał o. Rydzyk, jednak przede wszystkim to zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego, który zręcznym zagraniem zepchnął Zbigniewa Ziobrę i jego Solidarną Polskę do – używając bokserskiej terminologii – narożnika i solidnie przyłożył mu prawym sierpowym. Chodzi oczywiście o słowa prezesa PiS skierowane do lidera SP: "Zbyszku, zapomnijmy o tym, co było złe, idźmy razem (...) Wracajcie, to jedyna droga do zwycięstwa".
Czy był to szczery apel pojednania i zaproszenie do rozmów? Przeczy temu zachowanie Kaczyńskiego, który kilkadziesiąt minut wcześniej, w trakcie mszy świętej, podczas przekazywania sobie "znaku pokoju", całkowicie zignorował Arkadiusza Mularczyka, szefa Klubu Parlamentarnego SP. Ten podszedł, by uścisnąć dłonie politykom PiS. Lider PiS doskonale musiał jednak zdawać sobie sprawę, że wyborcy tak PiS, jak i SP mający w pamięci kryzys na prawicy w latach 90., gdy dzieliła się ona na wiele marginalnych partyjnych kanap, nade wszystko lubią deklaracje jedności, zgody i łączenia. – Wyciągnięcie ręki do partnera było ze strony Kaczyńskiego techniką wciągnięcia Ziobry w tzw. współpracę komunikacyjną. To taktyka, która w efekcie powoduje ubytki wizerunkowe partnera – ocenia dr Wojciech Jabłoński, ekspert od marketingu medialnego. W efekcie Ziobro grę musiał przyjąć "jesteśmy razem, to, co było, zapomnieliśmy, chcemy działać razem" – mówił, choć lidera PiS już na demonstracji nie było Już w niedzielę piarowcy SP i osoby związane z tą formacją usiłowały sprzedać własną wersję wydarzeń, przekonując, że "Kaczyński tak boi się SP, że musiał wyciągnąć rękę do zgody". Jednak w rzeczywistości to Kaczyński prostym zagraniem postawił Ziobrę w sytuacji człowieka, który jeśli nie wróci do PiS, będzie odpowiadał za podział na prawicy. O co gra Kaczyński? Część publicystów uważa, że lider PiS, m.in. zaostrzając retorykę podczas uroczystości smoleńskich, zmierza do zmarginalizowania partii Ziobry, tak by SP nie mogła odebrać PiS tradycyjnego elektoratu. To spora przesada. Pół roku po powstaniu SP można stwierdzić, że ziobryści mieli co prawda pomysł na partię, ale na tym się skończyło. Dziś w ich działaniach nie widać recepty nie tylko na skuteczne odebranie PiS jego elektoratu, ale również na sięgnięcie po wyborców prawicowych niechętnych PiS. Tych bowiem skutecznie zrażają lewicowe postulaty gospodarcze SP. Problemem dla PiS jest jednak wciąż niemałe poparcie dla samego Ziobry, które w zależności od sondaży w kwietniu wynosiło 5 i 10 proc. Gra więc toczy się o osłabienie pozycji samego Ziobry przed przyszłymi negocjacjami dotyczącymi wspólnej listy wyborczej. – Z perspektywy PiS to Ziobro odpowiada za rozłam, więc teraz PiS próbuje wymusić pewne zmiany w SP, by do zjednoczenia doszło na warunkach Kaczyńskiego – przyznaje prof. Wojciech Cwalina, specjalista ds. marketingu politycznego. Bo to, że taka lista powstanie, jest już niemal przesądzone: nieoficjalnie mówią o niej zarówno politycy PiS, jak i SP. Na szerokiej liście ma być też miejsce dla polityków PJN z wyjątkiem Pawła Poncyljusza czy Michała Kamińskiego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA