fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Problemy sędziów ze źle zarządzanymi sądami

ROL
Każda firma prywatna zarządzana przez takich "menedżerów" jak niektórzy prezesi sądów już dawno by upadła, a najlepsi pracownicy zostaliby przechwyceni przez konkurencję – pisze warszawski sędzia
Jest rzeczą oczywistą, że praca sędziów wymaga kontroli. Sędziowie nie są nadludźmi, czasem się mylą, a w masie blisko 10 tysięcy osób, którym powierzono stanowisko sędziowskie, zawsze znajdą się osoby, do których pracy i postawy można mieć zastrzeżenia.
O ile opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że prokuratura jest instytucją, w której obowiązuje zasada hierarchicznego podporządkowania, o tyle mało kto wie, że w wielu sądach w praktyce nie jest inaczej. Ta praktyka w skrajnych wypadkach prowadzi do takich zdarzeń jak to w jednym z poznańskich sądów, gdzie po przeprowadzeniu rozpraw zmarła sędzia. Wszystko wskazuje na to, że co najmniej współprzyczyną tej tragedii były wynaturzenia nadzoru administracyjnego. Zaistniałe nieprawidłowości potwierdził raport przygotowany po zbadaniu sprawy przez KRS. Można postawić pytanie: jak to możliwe? Przecież sędziowie są niezawiśli, gwarancje ustawowe dla tego zawodu są mocne, a wprowadzono je w interesie prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Otóż okazuje się, że sędziemu można naprawdę uprzykrzyć życie i są tacy prezesi, którzy z tej możliwości skwapliwie korzystają. W polskich sądach pracy toczą się procesy o mobbing z powództwa sędziów przeciwko ich pracodawcom – sądom. Czy rzeczywiście doszło do mobbingu? Dowiemy się tego, gdy postępowania te zostaną zakończone, ale sam fakt, że do takiego procesu w ogóle dochodzi, musi budzić najwyższe zaniepokojenie.

Festiwal zarządzeń

Co konkretnie dzieje się za spiżowym murem naszych sądów? Sędziowie uczestniczą w festiwalu coraz to bardziej absurdalnych zarządzeń. Zwykle zaczyna się on od tradycyjnego zwrotu „Celem opanowania wpływu...„. Rzeczywistym celem takich zarządzeń nie jest, niestety, spowodowanie, że sądy będą świetnie funkcjonować. Że pracować w nich będą dobrzy, niezawiśli sędziowie, mający do pomocy zespół kompetentnych, doświadczonych i dobrze wynagradzanych referendarzy, asystentów sędziów i pracowników administracyjnych. Ich celem jest spowodowanie, by "zrobić jak najwięcej numerków" (dla niezorientowanych: zakończyć sprawę). Przynajmniej tyle spraw, ile nowych numerków wpłynęło. Wtedy się opanowuje wpływ lub nawet likwiduje zaległości i za to można być pochwalonym, a w rezultacie – awansować. Gorzej, jeżeli tworzy się zaległości – wówczas można dostać ostrą reprymendę, a jeżeli to nie poskutkuje – zostać odwołanym z funkcji, bo widocznie taki kierownik sekcji, przewodniczący wydziału, prezes itd. sobie nie radzi. I tak ta spirala nadzorcza się nakręca. Cóż jednak robić, jeżeli sędziowie pracują – jak się wielokrotnie zdarza – po kilkanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, a i tak nie opanowują wpływu, bo liczba składanych pozwów wzrasta o 30, 50 czy nawet 100 proc.? Odpowiedź nadzorcy jest jedna: musicie pracować tak, by opanować wpływ!  Ci, którzy w hierarchii stoją niżej, nie raportują problemów wyżej w obawie, że stracą łaski. Ci, którzy to robią, biją głową w mur, a niekiedy w końcu są odwoływani z funkcji, by nie psuć dobrego samopoczucia tym, którzy są w hierarchii służbowej wyżej.

Bezmyślnie czy racjonalnie?

Są jednak i tacy prezesi, którzy na wszelki wypadek produkują całe stosy zarządzeń, których jedynym uzasadnieniem jest to, że mają chronić ich autora przed zarzutem, że nic nie zrobił. W taki właśnie sposób powstaje pismo-potworek, w którym na trzech stronach opisuje się, w jaki sposób sędzia ma sądzić, ile rozpraw ma wyznaczać, w jakich terminach, z jakimi odstępami czasu pomiędzy rozprawami, itp. Można rzecz jasna próbować wypełnić takie zarządzenie prezesa czy przewodniczącego i jednocześnie nie naruszyć przepisów rangi ustawowej. Czy osoby zainteresowane nie dziwił czasem niezrozumiały sposób prowadzenia spraw przez niektórych sędziów? Oto np. sprawa wymaga przesłuchania 12 świadków. Normalnie sędzia wyznaczyłby np. w tej sprawie dwa terminy w tygodniu, wzywał po sześciu świadków dziennie i sprawę by skończył. Strony byłyby zadowolone, sędzia też – zna sprawę, przygotował się do niej, pamięta, co mówili inni świadkowie, bo ich słuchał dwa dni wcześniej. Ale to jest błąd! Taki nierozsądny sędzia przede wszystkim naruszyłby w sposób rażący zarządzenie nadzorcze, z którego jasno wynika np. to, że na wokandzie ma być nie mniej niż osiem spraw. Nie da się tego zrobić, bo przesłuchanie tych sześciu świadków – przy ustawowo zagwarantowanym stronom prawie do zadawania świadkom pytań – zapewne zajmie pół dnia, a więc na wokandzie będzie jedna sprawa zamiast ośmiu. „Racjonalny" sędzia, czyli taki, który pragnie, by prezesi dali mu wreszcie święty spokój, postąpi inaczej: będzie taką sprawę prowadził mniej więcej dwa lata.

Żadna reforma nie pomoże

Oczywiście strona może wnieść skargę o stwierdzenie przewlekłości postępowania, ale nie ma ona szans powodzenia. Przecież w sprawie są wciąż podejmowane czynności, więc nie ma mowy o bezczynności sądu. To jest „postępowanie racjonalne". A to, że strona nie może uzyskać szybko sądowej ochrony, że sprawę, którą można osądzić w dwa dni, prowadzi się przez dwa lata, że zamiast przyjść do sądu dwa razy, przyjeżdża do niego 12 razy, nie ma dla nikogo najmniejszego znaczenia. To jest właśnie skutek takich ogólnych zarządzeń nadzorczych wydawanych rzekomo w celu usprawnienia postępowań. Jeżeli stawiamy sędziów przed takimi dylematami, nie dziwmy się, że nie wszyscy okazują się bohaterami. Jeżeli nasz system wymiaru sprawiedliwości będzie nadal w ten sposób funkcjonował, to żadna reforma mu nie pomoże. Każda normalna firma prywatna zarządzana przez takich "menedżerów" jak niektórzy prezesi sądów czy przewodniczący wydziałów już dawno by upadła, a najlepsi pracownicy zostaliby przechwyceni przez konkurencję. W czasach, w których najcenniejszym aktywem organizacji są jej ludzie i ich zdolności, funkcjonuje system, który tych najlepszych, aktywnych wypycha wręcz na zewnątrz. Nie wszystkie odejścia ze służby sędziowskiej są motywowane finansowo – wielu po prostu nie wytrzymało pracy w takich warunkach. OTO PEŁNA WERSJA ARTYKUŁU SĘDZIEGO ŁUKASZA PIEBIAKA:   25 marca b.r. XVII Zwyczajne Zebranie Delegatów Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia" podjęło uchwałę programową. Jak co roku dotyczy ona najważniejszych problemów wymiaru sprawiedliwości – częstokroć obszernie relacjonowanych przez media. Do takich w tym roku niewątpliwie należy zaliczyć likwidację ponad 100 sądów rejonowych, protesty płacowe pracowników wymiaru sprawiedliwości, akcję składania przez sędziów pozwów o „zamrożoną" część wynagrodzenia czy próby manipulowania sędziowskim stanem spoczynku. Wszystkie te problemy są obecne w debacie publicznej. Jest jednak jeszcze jedna sprawa – opinii publicznej raczej nieznana, a na tyle poważna, że z pewnością jedno z najważniejszych gremiów polskiego sądownictwa jakim jest najwyższa władza jedynego reprezentatywnego ogólnosędziowskiego stowarzyszenia, zdecydowało się nią zająć. Tym problemem jest nadzór nad sądami, a właściwie nad sędziami. Rzeczony pkt 5 uchwały ma brzmienie następujące: „Zebranie Delegatów wskazuje na istotne problemy związane z wykonywaniem nadzoru administracyjnego nad sądami, zarówno zewnętrznego jak i wewnętrznego, wynikające z braku konkretnego ustawowego określenia jego zakresu i uprawnień osób go sprawujących. Stowarzyszenie domaga się, aby nadzór ten był zindywidualizowany i oparty na podmiotowym traktowaniu sędziego, a wykonywanie nadzoru odbywało się z poszanowaniem zasady niezawisłości sędziowskiej. W tym zakresie stwierdza potrzebę wskazywania niedopuszczalnych zarządzeń i praktyk nadzorczych oraz reagowania na nie." Tekst niniejszy nie jest próbą naukowej refleksji nad tym niesłychanie skomplikowanym zagadnieniem. Nie jest jego celem również krytyka samej idei kontroli pracy sędziów – nie jesteśmy nadludźmi, czasem się mylimy, a w masie blisko 10 tysięcy osób, którym powierzono stanowisko sędziowskie – zgodnie z prawem statystyki - znajdą się prawdopodobnie jednostki, do których pracy i postawy można mieć uzasadnione zastrzeżenia. Sama idea nadzoru zatem nie jest sporna. Chciałbym jednak przekazać Państwu kilka spostrzeżeń od wewnątrz na temat tego, co się w wielu polskich sądach dzieje. A dzieje się niedobrze i o ile można mieć uzasadnione pretensje do Ministra Sprawiedliwości o różne rzeczy (co Stowarzyszenie otwarcie głosi), to częstokroć zła praca sądów i fatalna w nich atmosfera odbijająca się niewątpliwie na jakości pracy, wynika nie z winy ministra, ale z winy niektórych naszych kolegów sędziów pełniących w nich różnego rodzaju funkcje od kierownika sekcji czy zastępcy przewodniczącego wydziału poczynając, a na prezesie sądu kończąc. O ile opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że prokuratura jest instytucją, w której obowiązuje zasada hierarchicznego podporządkowania, o tyle mało kto, poza sędziami, wie, że w sądach nie jest inaczej, choć oczywiście mówię tu „tylko" o kwestiach administracyjnych. Rzecz w tym, że przepisy są niejasne, a praktyka pozostawia wiele do życzenia. Ta praktyka to w skrajnym wypadku przypadek niedawno zmarłej w budynku sądu po przeprowadzeniu rozpraw sędzi jednego z poznańskich sądów. Wszystko wskazuje na to, że co najmniej współprzyczyną tej tragedii były wynaturzenia nadzoru administracyjnego, które to nieprawidłowości potwierdza raport przygotowany po zbadaniu sytuacji przez Krajową Radę Sądownictwa. Można postawić pytanie: Jak to możliwe? Przecież sędziemu trudno cokolwiek zrobić – gwarancje ustawowe, wydawałoby się, są mocne, a wprowadzone je w interesie prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, którego nie może sprawować sędzia obawiający się czegokolwiek lub kogokolwiek. Otóż okazuje się, że polskiemu sędziemu można naprawdę uprzykrzyć życie i są tacy, którzy z tej możliwości skwapliwie korzystają. W polskich sądach pracy toczą się procesy o mobbing z powództwa sędziów przeciwko ich pracodawcom – sądom. Czy rzeczywiście do mobbingu doszło? Tego nie wiemy – dowiemy się, gdy postępowania te się zakończą, ale sam fakt, że do takiego procesu w ogóle dochodzi musi budzić najwyższe zaniepokojenie.

Festiwal zarządzeń

Co jednak konkretnie się dzieje? Otóż „zarządza" się niejednokrotnie sędziami wydając różnego rodzaju zarządzenia nadzorcze. Podstawa prawna ich wydawania jest często bardzo wątpliwa, a skutki fatalne – nie tylko dla sędziów, ale i dla całego społeczeństwa. Jak to możliwe? Cóż, dużo trudniejsze jest rzeczywiste skontrolowanie, czy sędzia uczciwie i ciężko pracuje, czy też niekoniecznie. Co więcej jeżeli się to zrobi i okaże, że wszyscy pracują ciężko, a mimo to sprawy toczą się latami, bo sędziów jest za mało (biorąc pod uwagę miliony spraw, które na skutek nieprzemyślanego przez władzę ustawodawczą nieraz powierzania sądom spraw drobnych, czy takich, które nie należą do wymierzania sprawiedliwości, a wystarczyłoby aby je załatwiali urzędnicy administracji publicznej, do sądów corocznie trafiają), a procedury mamy często nieużyteczne i prowadzące do długoletnich procesów, trzeba „coś zrobić". Niestety to „coś" to tylko i wyłącznie żądanie drogą służbową od Ministra Sprawiedliwości wzmocnienia kadrowego – w zakresie kadry sędziowskiej, referendarskiej, asystenckiej czy pracowniczej. Wielu sędziów funkcyjnych tak robi, ale to się ich zwierzchnikom zwykle nie podoba. Wszyscy wiemy, co spotyka posłańca niosącego złe wieści. Zwierzchnik zatem nie jest zadowolony, ale musi coś z takim pismem podwładnego zrobić. Jeżeli jest w porządku, to napisze do swego z kolei zwierzchnika, że potrzeba wzmocnień, ale wówczas i jego stawia przed dylematem, przed którym sam stawał. Jeżeli trafi się na taki łańcuch porządnych ludzi to jest szansa, by żądanie takie trafiło do Ministerstwa Sprawiedliwości, bo to w końcu tam podejmowane są ostatecznie decyzje. Zwykle jednak na którymś szczeblu sprawa się zatrzymuje, a zwierzchnik zamiast przekazać żądanie wyżej przekazuje zwrotną informację posłańcowi, że nie życzy sobie więcej takich pism i należy z tym coś zrobić. Następnym razem taki na przykład przewodniczący wydziału trzy razy się zastanowi zanim swemu prezesowi czy wiceprezesowi przekaże jakiekolwiek postulaty. Coś jednak musi zrobić. I tu dochodzimy do zarządzeń nadzorczych. Nie można zwierzchnikowi przekazać żądań, to trzeba „dokręcić śrubę" sędziom, aby sprostać wymaganiom statystyki, która – jak wielu sędziów ma uzasadnione wrażenie, w ocenie osób sprawujących funkcje zarządcze w sądach ma znaczenie priorytetowe – rządzi ona oceną pracy sędziego i zdecydowanie bardziej liczy się niż jakość pracy. W końcu przykład idzie z góry: skoro politycy ogłaszają „skracanie" procesów np. o jedną trzecią to część zarządców stara się pilnie wprowadzić je w życie by się swoim zwierzchnikom przypodobać. Zapominają w tym momencie zupełnie, że przede wszystkim są nadal sędziami i powinni stać na straży nie statystyki, a dobrze wykonywanej pracy niezawisłych sędziów orzekających w niezależnych, również od polityków, sądach. I uczestniczymy jako sędziowie w festiwalu coraz to bardziej absurdalnych zarządzeń. Zwykle zaczyna się on od tradycyjnego zwrotu „Celem opanowania wpływu ...". Jest on uzasadniony: celem faktycznym takich nadzorców nie jest niestety spowodowanie, że zarządzane przez nich jednostki będą świetnie funkcjonować, a pracować w nich będą dobrzy, nieprzepracowani i niezawiśli sędziowie mający do pomocy zespół kompetentnych, doświadczonych i dobrze wynagradzanych referendarzy, asystentów sędziów i pracowników administracyjnych. Ich celem jest spowodowanie, by „zrobić jak najwięcej numerków" (dla niezorientowanych: zakończyć spraw) – przynajmniej tyle, ile owych nowych numerków wpłynęło. Wtedy się wpływ opanowuje lub nawet likwiduje zaległości i za to można być pochwalonym, a w rezultacie – awansować. Gorzej, jeżeli tworzy się zaległości – wówczas można dostać ostrą reprymendę, a jeżeli to nie poskutkuje – zostać odwołanym z funkcji, bo widocznie taki kierownik sekcji, przewodniczący wydziału, prezes itd. „sobie nie radzi". I tak to się nakręca. Co jednak, jeżeli sędziowie pracują – jak się wielokrotnie zdarza – po kilkanaście godzin dziennie, 7 dni w tygodniu ledwo wpływ opanowując, a tu – ilość składanych pozwów wzrasta o 30, 50 czy nawet 100 %? Odpowiedź nadzorcy jest jedna: musicie pracować więcej by opanować wpływ! Ci, którzy w hierarchii stoją niżej nie raportują problemów wyżej w obawie, że stracą łaski. Ci, którzy to robią biją głową w mur, a niekiedy w końcu są odwoływani z funkcji by nie psuć dobrego samopoczucia tym, którzy są wyżej. I tak wyżsi nadzorcy, jeżeli nie chcą i z własnej inicjatywy nie podejmą czynności, by ustalić jak jest naprawdę, pozostają w błogim przeświadczeniu, że jest świetnie. Ci jednak, którzy wiedzą, że świetnie nie jest na wszelki wypadek produkują całe stosy zarządzeń, których jedynym uzasadnieniem jest to, że mają chronić ich autora przed zarzutem, że nic nie zrobił. I w taki właśnie sposób powstaje pismo – potworek, w którym na 3 stronach opisuje się w jaki sposób sędzia ma sądzić, to znaczy, ile ma wyznaczać rozpraw, w jakich terminach, z jakimi odstępami czasu pomiędzy rozprawami, itp. Im więcej tym lepiej, a jeżeli faktycznie nie da się tego zrobić to tym gorzej dla faktów – w razie jakieś wpadki w rodzaju stwierdzonej przewlekłości postępowania każdy nadzorca wyższemu nadzorcy może z dumą zaprezentować owo „dzieło" z argumentacją, że gdyby moje zarządzenie wykonywano na pewno do tego by nie doszło. Kto w takiej sytuacji okazuje się winnym tego, że Skarb Państwa musi wypłacić z tego tytułu określoną kwotę? Oczywiście ten leniwy sędzia, który nie zastosował się do zarządzenia, a nie np. bezwład systemu, w którym z dnia na dzień może przybyć dwa razy więcej pracy (bo np. wpłynie 2 razy więcej pozwów niż zwykle – co się zdarza), ale dwa razy tyle ludzi nie przybędzie zapewne nigdy, a jeżeli nawet to w najlepszym wypadku za 1,5 roku bo tak długo teraz trwa procedura nominacyjna sędziego. Nawet zresztą gdyby przyszli to nie byłoby ich fizycznie gdzie posadzić, a rozprawy musieliby prowadzić w weekendy i wieczorami. Takie zarządzenie ma jeszcze i ten walor, że może posłużyć jako straszak na niepokornych sędziów. Skoro nikt albo prawie nikt zarządzenia nie wykonuje, prawie każdy może być straszony konsekwencjami w postaci odpowiedzialności dyscyplinarnej albo przeszkód w awansie do sądu wyższego rzędu. Co więcej, sędziowie są stawiani w sytuacji, w której nie da się zachować wszystkich terminów przewidzianych procedurami w zestawieniu z wyśrubowanymi normami z zarządzenia nadzorczego i tak np. w wydziałach cywilnych z art. 7811 Kodeksu postępowania cywilnego (dalej: k.p.c.) wynika termin najwyżej 3 dni na rozpoznanie wniosku o nadanie klauzuli wykonalności, z art. 737 k.p.c. termin najwyżej tygodniowy na rozpoznanie wniosku o udzielenie zabezpieczenia, a z art. 329 k.p.c. termin dwutygodniowy na sporządzenie uzasadnienia wyroku. Ten ostatni termin może być przedłużony, ale zależy to od prezesa sądu, a ten wnioski sędziów uwzględnia albo i nie. Nie ma zresztą podstaw do uwzględnienia takiego wniosku, jeżeli sprawa nie jest zawiła. A jeżeli sprawa jest stosunkowo łatwa to sędzia jest stawiany przed dylematem czy narażać się na konsekwencje sporządzenia uzasadnienia po terminie (ponieważ w tym czasie ma normalnie orzekać na sesjach i rozpoznać powiedzmy 50 wniosków o klauzulę wykonalności, 5 wniosków o udzielenie zabezpieczenia, przygotować się do sesji, powydawać inne zarządzenia i postanowienia oraz napisać innych 10 uzasadnień w sprawach nie zawiłych) czy też się kompromitować twierdzeniem, że sprawa jest zawiła mimo, że każdy wie, że do tej kategorii nie należy. Jeżeli sędziowie pracują w takich warunkach z natury rzeczy nie przestrzegając tych wszystkich terminów ze względu na ilość powierzonych im spraw do jednoczesnego prowadzenia, jak wygląda faktycznie ich pozycja i niezależność od nadzorcy, który w dowolnym momencie może tę wiedzę wykorzystać? Można jednak próbować wypełnić takie zarządzenie prezesa czy przewodniczącego i jednocześnie nie naruszyć przepisów rangi ustawowej. Jaki jest tego skutek? Czy niektórych z Państwa nie dziwił czasem niezrozumiały sposób prowadzenia spraw przez niektórych sędziów? O czym mówię? Ano o tym, że np. sprawa wymaga przesłuchania 12 świadków. Normalnie sędzia wyznaczyłby np. w tej sprawie dwa terminy w tygodniu wzywając po 6 świadków dziennie i sprawę by skończył, a następnie napisał uzasadnienie. Strony byłyby zadowolone, sędzia też – zna sprawę, przygotował się do niej, pamięta, co mówili inni świadkowie bo ich słuchał dwa dni wcześniej, a za chwilę opisze to wszystko w uzasadnieniu, a i strony mogą przeznaczyć na sprawę sądową po prostu 2 dni w jednym tygodniu – co istotne szczególnie dla tych, którzy niejednokrotnie muszą pokonać dystans kilkaset kilometrów dzielący sąd od ich miejsc zamieszkania. Ale to jest błąd! Taki nierozsądny sędzia po pierwszy naruszyłby w sposób rażący zarządzenie nadzorcze ponieważ z niego wynika np. że na wokandzie ma być nie mniej niż 8 spraw. Nie da się tego zrobić bo przesłuchanie tych 6 świadków – przy ustawowo zagwarantowanym stronom prawie do zadawania świadkom pytań, zapewne zajmie cały dzień, a więc będzie na wokandzie 1 sprawa zamiast 8 i do tego to naruszenie zaistnieje podwójnie bo dwie rozprawy będą! Co gorsza, jak się tę sprawę skończy to trzeba pisać uzasadnienie, a można nie zdążyć tego zrobić z uwagi na inne obowiązki. „Racjonalny" sędzia, czyli taki, który chce tylko by nikt mu nie wytknął nieprawidłowości zrobi inaczej: będzie tę sprawę prowadził około 2 lat. Dzięki temu na każdej wokandzie (wokanda to w żargonie sądowym wszystkie sprawy prowadzone w tym samym dniu przez tego samego sędziego lub kolegialny skład sądzący na posiedzeniu jawnym), będzie słuchał 1 świadka, do każdej kolejnej sesji odraczanej na termin powiedzmy 3-miesięczny będzie się przygotowywał, bo już zdążył zapomnieć, o co w sprawie chodzi i co się w niej działo, aż wreszcie skończy sprawę i na spokojnie napisze uzasadnienie, bo przy takiej metodzie pracy nie kończy się wielu spraw wyrokami więc jest czas by je uzasadnić.

Żadna reforma nie pomoże

Oczywiście strona może wnieść skargę o stwierdzenie przewlekłości postępowania, ale nie ma ona szans powodzenia – przecież w sprawie są wciąż podejmowane czynności, więc nie ma mowy o bezczynności sądu. To jest „postępowanie racjonalne", a to, że strona nie może uzyskać szybko sądowej ochrony, że jest wściekła, że sprawę którą można załatwić w 2 dni prowadzi się przez dwa lata, że zamiast przyjść do sądu 2 razy przychodzi lub  przyjeżdża do niego 12 razy nie ma najmniejszego znaczenia. To jest właśnie skutek takich ogólnych zarządzeń nadzorczych wydawanych rzekomo w celu usprawnienia postępowań. W rzeczywistości wyłącznie sędziemu, który sprawę prowadzi, zależy na tym by sprawę rozstrzygnąć nie tylko dobrze, ale i sprawnie bo to on się spotyka ze stronami i ich pełnomocnikami na każdej z rozpraw – i przed nimi często jest mu wstyd, że mimo nie jest temu winien, nie może sprawy rozpoznać odpowiednio szybko. Jeżeli stawiamy sędziów przed takimi dylematami nie dziwmy się, że nie wszyscy okazują się bohaterami. Zawsze i wszędzie łatwiej jest płynąć z prądem. Tak przy okazji – czy znacie Państwo określenie „półświadek"? Ja też nie znałem, ale się w sądzie dowiedziałem: to jest świadek, którego zaczęliśmy przesłuchiwać na jednej rozprawie, ale nie skończyliśmy, bo już trzeba było wywoływać kolejną sprawę z tych minimum ośmiu na wokandzie, więc odroczyliśmy rozprawę i świadka dokończymy przesłuchiwać następnym razem tj. np. za 3 miesiące. Pewnie się świadek zdenerwuje, no ale cóż – trzeba dokonać wyboru pomiędzy zdenerwowaniem świadka czy strony, a zdenerwowaniem sędziego funkcyjnego, który może mi tak życie uprzykrzyć, że odechce mi się na przyszłość go denerwować. To też jest rezultat nadzoru wkraczającego w zasadę niezawisłości sędziów, którzy – przypomnijmy także nadzorcom – podlegać winni jedynie Konstytucji i ustawom. Pamiętajmy również o tym, iż sędzia – nie tylko jako przedstawiciel jednej z trzech równorzędnych władz, ale jako zwykły obywatel – jest osobą mającą prawo do pracy nie przekraczającej możliwości psychofizycznych człowieka, a więc właściwie nie powinno to być więcej niż 8 godzin dziennie przy 5 dniowym tygodniu pracy, przy zastosowaniu konstytucyjnie zagwarantowanego wszystkim obywatelom prawa do wypoczynku oraz – o czym również niestety nasi koledzy sędziowie, którym powierzono funkcje nadzorcze w sądach, niejednokrotnie zapominają – prawo do prywatności, w tym do życia rodzinnego, poświęcania czasu dzieciom, partnerom oraz innym, niż stosowanie prawa, pasjom. W zakresie tego również dochodzi bardzo często do ewidentnych nadużyć zarządców, którzy np. odmawiają sędziemu prawa do urlopu wypoczynkowego ze względu na ilość spraw w jego referacie (referat to sprawy prowadzone przez tego samego sędziego), czy ze względu na ilość wniosków o uzasadnienie wyroku (sędziowie sprawni wydają wiele wyroków, co najczęściej wiąże się z wielością takich wniosków, a napisanie uzasadnienie wyroku w najprostszej sprawie to potrzeba poświęcenia kilku godzin, w sprawach skomplikowanych lub wielotomowych – nawet kilku dni), co powoduje w sposób oczywisty, iż sędzia pracując wydajnie ma mniej praw, niż sędzia, który kończy mało spraw lub z innych powodów nie wykonuje obowiązków orzeczniczych. Znane są wcale nierzadkie przypadki sędziów pracowitych, odpowiedzialnych i sprawnych, którzy do tego stopnia dali się zastraszyć, że brali urlop wypoczynkowy celem „wypisania się z uzasadnień". Znane są też przypadki przenoszenia niepokornych sędziów z dnia na dzień do innego wydziału, a proszę sobie wyobrazić jaki skutek może mieć przeniesienie sędziego karnisty z dwudziestoletnim stażem np. do wydziału gospodarczego – nie tylko dla niego ale i dla spraw, które ma rozstrzygać.

Bezmyślnie czy racjonalnie?

Są też inne zarządzenia nadzorcze ulubione zwłaszcza w sprawach tzw. starych. Zarządzenie z cyklu: „Proszę o wyznaczenie terminu rozprawy, bo sprawa jest stara albo jest objęta nadzorem przewodniczącego, prezesa, ministra itd. (niepotrzebne skreślić)". Myśl nie jest zła, bo rzeczywiście w takich sprawach czynności trzeba podejmować w pierwszej kolejności – tyle, że znowu to sędzia referent, który sprawę prowadzi, najlepiej wie czy w sprawie można, czy nie można wyznaczyć rozprawy. I wyłącznie on powinien tę decyzję podjąć – inaczej nie wiadomo właściwie, kto prowadzi sprawę i ponosi odpowiedzialność za sposób jej prowadzenia. W konsekwencji nietrudno wyobrazić sobie rozprawę, na której zdumionym stronom sędzia oznajmia, że właściwie to jest tu niezbędny dowód z opinii biegłego i mógłby takie postanowienie wydać u siebie w pokoju, nie fatygując ich do sądu, ale było polecenie prezesa by termin wyznaczyć – to wyznaczył. Albo inny okręg, znany głównie z nepotyzmu, w którym od lat funkcjonują zarządzenia by w sprawach starych wyznaczać kilka rozpraw w miesiącu. Nic to, że te rozprawy są puste tzn. nic na nich nie można zrobić, a ich jedynym efektem jest zmarnowanie czasu sędziego oraz wygenerowanie kosztów i wściekłości stron gdyż nawet pocztowe potwierdzenia, że strony zostały o nich zawiadomione nie zdążą do sądu dotrzeć – tak ma być bo tak chce nadzór i biada temu kto się sprzeciwi. I mógłbym tak jeszcze długo bo funkcjonujemy w oparach absurdu (polecam np. forum sędziowskiej czy blogi sędziego o pseudonimie Falkenstein lub summumius – nota bene te zarządzenia nadzorcze również należałoby w Internecie udostępnić – w końcu to informacja publiczna) i należałoby to obśmiać gdyby nie to, że jak już na wstępie napisałem skutki wynaturzeń nadzoru są bardzo poważne, a dla przeciętnego obywatela ich treść niewiele znaczy wobec tego, że nie są one powszechnie dostępne i człowiek „z zewnątrz" nie wie jakie skutki w praktyce wywołują. Można sobie postawić pytanie skąd się biorą twórcy tychże zarządzeń – są to również sędziowie ale często wykonujący pracę sędziowską w bardzo małym zakresie, często od lat zajmujący się przede wszystkim administrowaniem, osoby które nigdy nie pracowały np. nad 400 sprawami jednocześnie lub też pracowały i doszedłszy do wniosku, że jest to niewykonalne zrobiły wszystko by zdobyć funkcję. Cóż – ten system ich stwarza. Po pierwsze, nadzorcy mogą mieć mniej pracy niż nadzorowani – choć nie muszą. Znam dziesiątki, jeżeli nie setki wspaniałych sędziów – kierowników sekcji, przewodniczących wydziałów, prezesów sądów różnych szczebli, którzy mimo, że mogliby pracować mniej, w poczuciu obowiązku pracują często więcej, niż podlegli im sędziowie starając się jednocześnie ich chronić przed wynaturzeniami idącymi z góry. W końcu noblesse oblige. Są jednak i tacy, którzy właściwie zapomnieli jak to jest na sali rozpraw (albo i nigdy większej styczności z salą nie mieli), ponieważ orzekają w minimalnym zakresie lub pracują wyłącznie w wydziałach, w których kontaktu z salą nie ma w rodzaju wydziałów rejestrowych czy wieczystoksięgowych. Znamy wszyscy wieloletnich funkcyjnych, którzy pierwszą funkcję objęli np. po roku pracy (tak to bywało w przeszłości) i tak już np. od 20 lat. Zawód Dyrektor. To oni np. jako przewodniczący wydziału decydują, które sprawy sami rozpoznają, a jakie rozpoznają pozostali sędziowie. To ogromna władza, ponieważ pozwala z jednej strony np. przydzielać sobie najprostsze sprawy i w niewielkiej ilości. Prosty, a jakże skuteczny sposób na szybką karierę – rozpoznaję łatwe sprawy, rozpoznaję ich sporo, ponieważ są to sprawy łatwe, moje wyroki są utrzymywane w instancji odwoławczej i gdy nadarza się okazja – biorę udział w konkursie na stanowisko sędziego sądu wyższego rzędu gdzie deklasuję konkurencję. Są oczywiście inni przewodniczący – tacy, którzy spełniając ustawową przesłankę niezbędną by wykonywać służbę sędziowską tj. będąc nieskazitelnego charakteru, bronią sędziów przed głupimi zarządzeniami, sprawy najtrudniejsze przydzielają sobie, wykłócają się wręcz o dodatkowych sędziów, pracowników, asystentów. Ci są szanowani przez sędziów i pracowników swojego wydziału, ale znienawidzeni przez zwierzchników – często ich droga kariery na tym się kończy, bo wielu prezesów nie chce mieć kłopotliwego przewodniczącego wydziału lub prezesa podległego sądu, który upomina się o prawa swoje i kolegów i odmawia wykonywania zarządzeń niezgodnych z przepisami prawa i zasadami zdrowego rozsądku. Większość z nich nie awansuje do wyższej instancji albo stanie się to po latach, mniejszość – zostanie odwołana pod byle pretekstem by nie denerwować zwierzchników. To powoduje, że jakkolwiek wydawałoby się to najbardziej naturalne i nota bene sprawiedliwe, bardzo często funkcji sądowych nie sprawują najlepsi sędziowie, najbardziej pracowici czy tacy wreszcie, którzy mają zdolności zarządcze. Są niestety sądy, gdzie podstawowym kryterium powołania nie jest umiejętność pracy z ludźmi, ale umiejętność pisania zarządzeń nadzorczych, a przede wszystkim giętki kark umożliwiający podporządkowanie się poleceniom zwierzchników bez słowa protestu. Takim osobom należałoby przypomnieć rotę ślubowania, które składali przy objęciu urzędu. O tym, że o niej zapomnieli świadczą również brzmiące wręcz humorystycznie przykłady „motywowania" sędziów. W jednym z sądów rejonowych nie tak dawno temu prezes wręczał najlepszym sędziom (po jednym z każdego wydziału) wieczne pióra – działo się tak do czasu aż sędziowie wyraźnie mu przekazali, że są sędziami – przedstawicielami władzy państwowej i nie życzą sobie takich „szopek", które tylko kompromitują wymiar sprawiedliwości. Nikogo to jednak niczego nie nauczyło – niektórzy prezesi tak widocznie są zafascynowani teoriami przekazanymi im podczas szkoleń dla kadry zarządzającej prowadzonych zapewne przez tych, którzy wcześniej szkolili przedstawicieli handlowych (z całym szacunkiem dla ciężkiej pracy tych ostatnich), że teraz np. wręczają dyplomy za największą ilość napisanych w terminie uzasadnień. Brak słów by skomentować jak nisko Ci ludzie upadli i jak nas, sędziów traktują. Wracając do rozdziału spraw: podczas tego procesu oprócz decyzji, jakie sprawy przydzielić sobie samemu kapitalne znaczenie ma możliwość decydowania, kto jaką sprawę dostanie. I tak, są miejsca, gdzie dobre relacje z przewodniczącym gwarantują przydział spraw takich samych jakie i przewodniczący sobie przydziela, a więc i ułatwiają awans. Pozwalają one również na odebranie spraw trudnych, które jakimś trafem się znalazły w referacie kolegi i przekazanie ich do rozpoznania innym – najlepiej tym nielubianym albo po prostu sprawnym i ciężko pracującym. W tych samych miejscach oczywistym jest, że dopominanie się o pewne rzeczy powoduje pogorszenie relacji z przełożonym i utworzenie specjalnego zestawu spraw starych, trudnych, źle poprzednio prowadzonych – słowem spraw, które gwarantują, że sędzia zostanie nimi przygnieciony i straci ochotę na polemiki z szefem, a przy okazji straci nadzieje na awans, a w skrajnych przypadkach – odejdzie do innego zawodu prawniczego albo zapadnie na zdrowiu wobec działania w warunkach niekończącego się stresu (i jednych i drugich przypadków znam wiele). Jeżeli np. w Austrii od lat to Kolegium Sądu Okręgowego lub Apelacyjnego decyduje ile np. w pracy sędziego funkcyjnego jest procent czynności administracyjnych, a ile stricte sędziowskich (i rzadko tych sędziowskich jest mniej niż 50 %), a potem to system komputerowy decyduje, która sprawa do którego sędziego trafi, a teraz wprowadza się system komputerowego przydziału spraw na Ukrainie, która w zakresie wymiaru sprawiedliwości ma jeszcze bardzo wiele do zrobienia, ciekawa mogłaby być odpowiedź na pytanie, dlaczego u nas setki milionów złotych można wydać na najdroższy w Europie i powszechnie krytykowany projekt nagrywania rozpraw, a coś tak potrzebnego sędziom co kosztuje może promil tego nie może doczekać się realizacji. Reasumując: co powoduje, że sędziowie chcą pełnić funkcje: szybszy potencjalny awans i możliwość zmniejszenia sobie ilości pracy kosztem innych. Czy to wszystko? Nie. Są jeszcze pieniądze. Nie dysponuję szczegółowymi danymi, ale tendencja jest wyraźna – w ciągu ostatniego dwudziestolecia w funduszu płac sędziowskich znacząco wzrósł udział dodatków funkcyjnych. Co to oznacza? Ano to, że coraz mniejszy procent wynagrodzeń sędziowskich przysługuje wszystkim sędziom, a coraz większy tym z dodatkiem funkcyjnym. Tym samym bardziej opłaca się robić karierę funkcyjną, niż awansować do sądu wyższej instancji. Gwoli przykładu: przewodniczący wydziału w warszawskim sądzie rejonowym awansując do sądu okręgowego traci dodatek funkcyjny w granicach 1.000 zł, a uzyskuje z tytułu awansu na stanowisko sędziego sądu okręgowego podwyżkę w granicach 800 zł. Zaiste dziwny to awans, który charakteryzuje się obniżeniem wynagrodzenia. Splot tych wszystkich czynników powoduje, że sędziowie będąc jednak ludźmi z reguły bardzo inteligentnymi i świetnie wykształconymi potrafiącymi doskonale prowadzić powierzone im sprawy sprowadzani są do roli trybików bezmózgiej maszyny, która (właśnie dlatego, że mózgu jest pozbawiona) za nic ma reguły racjonalnego działania. Jeżeli ten system będzie nadal w ten sposób funkcjonował, żadna reforma mu nie pomoże. Każda normalna firma prywatna zarządzana przez takich „menedżerów" jak niektórzy nasi prezesi czy przewodniczący dawno by upadła, a najlepsi pracownicy zostaliby przechwyceni przez przedsiębiorstwa ceniące wiedzę, pracowitość i sprawność działania. W czasach, w których oczywistością jest, że najcenniejszym aktywem organizacji są jej ludzie i ich zdolności, funkcjonuje system, który tych najlepszych, aktywnych, stosujących prawo, wypycha wręcz na zewnątrz (nie wszystkie odejścia ze służby sędziowskiej są motywowane finansowo – wielu po prostu nie wytrzymało pracy w takich warunkach) albo na swe obrzeża, a do centrum zasysa tych najsłabszych. Jeżeli odpowiedzialnymi za organizowanie pracy sędziów stają się ci, którzy z ludźmi pracować nie potrafią, system taki nie może funkcjonować dobrze. Funkcjonuje powiedzenie znanego pisarza i publicysty „Gdybym nie wiedział, że to głupota, myślałbym że to sabotaż". Pasuje jak ulał. Czas najwyższy to zmienić, a zmiany te powinien wprowadzić nie tylko w najlepiej pojętym własnym interesie Minister Sprawiedliwości (w końcu to on przed Narodem odpowiada za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości), ale również sędziowie. Na początek wszyscy przypominając sobie, że są sędziami, a nie urzędnikami, że zarządzenia nadzorcze nie mają zwykle podstawy prawnej, że próba ich zastraszenia nie może być skuteczna bo to oni są wymiarem sprawiedliwości – nie ich nadzorcy. Już w XVI wieku napisał Étienne de la Boétie w traktacie pt. „Rozprawa o dobrowolnej niewoli" o sposobie na pokonanie tyrana, którym jest państwo: „Unicestwi się sam, byleby tylko kraj nie chciał mu dłużej służyć. Nie chodzi o to, by czegoś go pozbawiać, ale by niczego mu nie dawać". Jeżeli jeszcze czujemy się sędziami powinniśmy wszyscy wziąć sobie te słowa głęboko do serca. Autor jest wiceprezesem zarządu głównego i prezesem oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA