Kultura

Agata Kulesza i Marcin Dorociński są obecnie gwiazdami Teatru Ateneum

Agata Kulesza w „Kantacie na cztery skrzydła”, 2010 rok
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
W kwietniu zapadają decyzje w sprawie angażu gwiazd, które mają wzmocnić zespoły w nowym sezonie – pisze Jacek Cieślak
Najbardziej gorącą teatralną parą jest obecnie Agata Kulesza i Marcin Dorociński - od tego sezonu w warszawskim Teatrze Ateneum. 21 kwietnia zagrają w najnowszej premierze tej sceny  „Marylin Mongoł" w reżyserii Bogusława Lindy, który powrócił za reżyserski stolik.
Dorociński już od dawna ma wysokie notowania u telewizyjnej i kinowej widowni. Kulesza zrobiła furorę kreacją w  „Sali samobójców". Oczekiwanie na ich wspólny sceniczny występ podgrzewa fakt, że razem zagrali w najlepszym polskim filmie ostatnich miesięcy  „Róży". -  Przez lata byłem związany z Teatrem Dramatycznym, gdzie Agata Kulesza i Marcin Dorociński pracowali wcześniej i miałem szansę obserwować ich rozwój -  mówi dyrektor Andrzej Domalik. -  Gdy zostałem szefem artystycznym Ateneum, zaproponowałem Agacie i Marcinowi angaż. Mogę się tylko cieszyć, że przyjęli moją propozycję jeszcze przed sukcesem  „Róży", a nawet buńczucznie powiedzieć, że odczuwam satysfakcję.
-  Pracowałam w Teatrze Dramatycznym przez 17 lat -  mówi Agata Kulesza. -  Kiedy skoncentrowałam się na filmie, wzięłam urlop bezpłatny, a potem przeszłam na pół etatu. Za dyrekcji Pawła Miśkiewicza zmienił się również profil sceny -  na laboratoryjny. I choć nie jestem aktorką, której performance jest szczególnie bliski, nie to było powodem mojego odejścia. Zeszły z afisza przedstawienia, w jakich grałam, kilka premier z moim udziałem nie doszło do skutku. Nie narzekam, bo to były ważne doświadczenia. Ale chciałam czegoś więcej. Gdy Andrzej Domalik zaproponował mi angaż, skorzystałam z propozycji. Nasz zawód jest przecież wędrowny. W Dramatycznym czułam się jak w rodzinie -  tam dorastałam. W Ateneum też jest dobrze, choć inaczej, bo czego innego teraz szukam. - Aktorzy zatrudnieni na etacie mogą liczyć na pensję 1,2 - 1,4 tys. zł, tylko w teatrach narodowych jest lepiej. Osobno płaci się za spektakl: od kilkuset złotych, najlepszym ponad tysiąc. Przyczyną transferu Agaty Kuleszy do Ateneum nie są jednak pieniądze. - Nie wydaje mi się, żebym mogła utrzymać się z samego teatru -  mówi Kulesza. -  Chodzi o to, że scena jest miejscem, gdzie aktor może się sprawdzić, i nawet jeśli niektóre doświadczenia bywają frustrujące, rozwijać się. Nie da się ukryć, że sukces  „Róży" zwiększy zainteresowanie premierą w Ateneum. - Pewnie tak, ale z tego mogą się też brać porównania, które będą krytyczne -  zauważa aktorka. -  Nie zamierzam się tym przejmować. Nie ścigam się z nikim, tylko z samą sobą. Wiele emocji wzbudza formowanie zespołu Teatru Studio przez nową dyrektorkę artystyczną Agnieszkę Glińską. Mówi się, że będą w nim Joanna Szczepkowska, Monika Krzywkowska, Dorota Landowska, Krzysztof Stroiński. Niewykluczone, że Dominika Ostałowska i Łukasz Lewandowski. - Z mojego zespołu przejdzie do Studio kilku aktorów; z nazwisk mogę ujawnić tylko Krzysztofa Stelmaszyka - mówi Jan Englert, szef artystyczny Narodowego. - Tym, których chcę mieć w zespole, złożyłem propozycje, zawsze kieruję się potrzebami premier. Mam je zaplanowane, co najmniej z rocznym wyprzedzeniem. Joanna Szczepkowska nie zdecydowała się, czy przyjmie etat w Studio, choć jest tą sceną zainteresowana. - W tradycji teatralnej niezwykle ważnym pojęciem jest  „płodozmian". Mówił mi o tym również ojciec: tradycja taka, że aktor powinien zmieniać zespół co pięć lat #<\a> uważa Joanna Szczepkowska. - Aktor nabiera bowiem przyzwyczajeń - do kolegów, publiczności, tymczasem, żeby się rozwijać, potrzebna jest mu świeżość i adrenalina. Dla mnie, osobiście, ważna była i jest wolność. Ciężko znoszę władzę nad sobą, zwłaszcza gdy chcę realizować własne projekty poza sceną, np. pisząc. Ostatnio aktorka odeszła z Dramatycznego, po słynnym happeningu w czasie premiery  „Ciało Simone Krystiana Lupy. - Bywa, że moje odejścia skutkowały dwu-, trzyletnimi przerwami, co będzie miało wpływ ma moją emeryturę - mówi Joanna Szczepkowska. -  Wracałam na scenę, godziłam się na bycie w zespole, bo w teatrze chodzi o coś więcej niż o pieniądze. Z drugiej strony obowiązki etatowe bywają przeszkodą w przyjęciu propozycji z filmu czy spotkania, dzięki której w jeden dzień można zarobić więcej niż na scenie przez miesiąc. Na najwyższe honoraria mogą liczyć artyści o dużym dorobku, którzy nie zdecydowali się na etat i negocjują honorarium za wieczór. Najlepsi otrzymują nawet 2 tysiące złotych i więcej. Nie brakuje jednak głosów, że podporządkowanie repertuaru gwiazdom spoza zespołu, rujnuje teatry nie tylko finansowo. - Bywa, że świetni aktorzy zatrudnieni na stałe pauzują, frustrują się - mówi Kasia Kalwat, reżyserka. - Udział w spektaklach artystów spoza zespołu uzależnia też repertuar od ich zajęć, których jest wiele. Jeśli jest kolizja terminowa, przedstawienie jest grane niezwykle rzadko. Kasia Kalwat przywołuje przykład teatru niemieckiego. - Dwa lata temu podczas warsztatów Korber Studio Junge Regie Festival w hamburskiej Thalia Theater mieliśmy spotkania z szefem największej niemieckiej sceny Deutsches Theater, który mówił o etyce pracy zespołowej - mówi reżyserka. -  Wspominał, że gdyby w wyniku złej organizacji aktorzy, których zdecydował się zatrudnić, pauzowali, a frekwencja spadłaby poniżej 60 proc. zostałby wywieziony na taczkach przez związki zawodowe. Dlatego jego głównym obowiązkiem jest takie zaplanowanie premier i przedstawień, by artyści niewystępujący np. w produkcji wieloobsadowej mogli w tym czasie liczyć na występ w mniejszych spektaklach. Chodzi także o zapewnienie każdemu szansy na rozwój zawodowy. W Polsce aktorski rynek jest zdezorganizowany. Każde przyjście nowego dyrektora może oznaczać dla nich zawodowy przestój. Wtedy, jeśli nie dostają szansy na sprawdzenie się w nowej formule teatru, decydują się na zmianę sceny - mówi Kasia Kalwat.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL