fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Młyny wietrzne

ROL
Ostatni warszawski wiatrak znajduje się 50 kilometrów od stolicy, za Górą Kalwarią. Przeniesiono go tu przed prawie stu laty i tylko dlatego ocalał. Reszta poszła na opał
Stołeczne nazwy, jak Młynarska, osiedle Młynów, rondo Wiatraczna, mówią same za siebie. Jednakże informacji, kiedy i gdzie były młyny oraz wiatraki, w zasadzie nie ma, nie licząc nader ogólnikowych wzmianek. Ale znalazłem na to sposób...

Mapy

Wiatraki pojawiły się na Mazowszu w XIV wieku i pracowały nawet jeszcze po II wojnie światowej. W Warszawie apogeum swej świetności zanotowały w pierwszej połowie XIX wieku. Niestety, nie wiadomo, ile ich wtedy było, choć reporter „Kuriera Warszawskiego" wspominał w 1904 r., iż kilkadziesiąt lat wcześniej – aż 160. Moim zdaniem, jest to zbyt optymistyczny szacunek, bowiem na planie miasta z 1856 r., opartym na rosyjskiej mapie wojskowej, doliczyłem się 116 wiatraków w lewobrzeżnej części grodu i czterech w prawobrzeżnej. Najwięcej tych urządzeń było na Woli oraz Kole, w miejscach położonych wysoko i nieosłoniętych od zachodu drzewami. Dlatego też nie znajdziemy tych budowli w rejonie skarpy wiślanej.
Artykuł pochodzi z "Życia Warszawy" z 19.05.2011Jak układała się geografia stołecznych „młynów wietrznych" (tak je drzewiej zwano)? Otóż dwa znajdowały się w Folwarku Świętokrzyskim, czyli mniej więcej na terenie dzisiejszego Pałacu Kultury. A teraz patrząc na zachód od ulicy Okopowej. Po obu stronach Wolskiej (do tzw. reduty Sowińskiego) było ich w sumie 21. Na terenie Koła i późniejszej tzw. kolonii Młynów – aż 51, między cmentarzami Ewangelickim a Powązkowskim (tam gdzie dziś Cmentarz Żydowski) stało ich też 21, a kolejnych 21 było na północ od tzw. placu Broni w rejonie ulic Stawki i Dzikiej.
Co ciekawe, w pobliżu skrzyżowania Obozowej z Wawrzyszewską doszukałem się na wspomnianej mapie – Karczmy Młynarskiej, której nazwy nie trzeba chyba komentować, ale można domniemywać, że to właśnie od niej wzięła nazwę ulica i potem – osiedle. Jeśli idzie o Pragę, to w 1856 r. odnalazłem tam tylko cztery wiatraki w rejonie „rogatek zombkowskich", bo mapa dalej nie sięgała, gdyż Praga się tam kończyła. Jednak z przekazów wynika, że w rejonie ronda Wiatraczna pracowało kilka młynów wietrznych.
Co się z tym wszystkim stało? Otóż po 40 latach z 21 urządzeń wiatrowych między wspomnianymi cmentarzami ostało się jedynie pięć. A w 1904 roku, cytowany już tu reporter, ubolewał, iż „pozostało tylko 8 wiatraków na Woli oraz na Kole", a resztę niestety „zabiło współzawodnictwo młynów turbinowych i parowych, głównie zaś dowóz mąki z Cesarstwa", czyli Rosji, jakbyśmy to dziś powiedzieli.

Mielenie mąki

Młyny wodne pojawiły się w okolicach miasta wraz z jego powstaniem. Niestety stołeczne rzeczki były nader niemrawe i dość szybko sięgnięto po siłę powietrza. Natomiast koła wodne stosowane były jeszcze przez wiele stuleci jako napęd drobnych urządzeń przemysłowych.
Można powiedzieć, że w zasadzie jedynym typem wiatraka w rejonie Warszawy był tzw. koźlak, czyli buda ze skrzydłami, obracana do wiatru, za pomocą specjalnego, wystającego na kilka metrów drąga. Do obrotu używano albo koni, albo kołowrotu. Tzw. holendrów, czyli wiatraków, w których do wiatru ustawiano tylko górną część budowli, prawie nie stosowano.
Dobry koźlak, wystawiony w odpowiednim miejscu, przerabiał pół tony ziarna dziennie.
A trzeba pamiętać, że w rejonie Warszawy notowano do jednej trzeciej dni w roku odpowiednio wietrznych. Kolejnym pytaniem jest – po co było nam tyle młynów wietrznych? Otóż miasto rozrastało się i zapotrzebowanie na chleb rosło, a jak wynika z dawnych relacji, wielu piekarzy było zarazem właścicielami wiatraków. Jednakże z czasem woleli kupować tanią mąkę mieloną gdzie indziej i na początku XX wieku cech młynarzy liczył zaledwie 34 majstrów.
Młyn wietrzny, niebędący urządzeniem skomplikowanym, nie miał zbyt dużej żywotności. Jego ruchome elementy przenosiły duże obciążenia i ciągle się psuły, drewno było podatne na zmiany atmosferyczne oraz działania różnych korników, a poza tym wszystko było łatwopalne. „Kurier Warszawski" w 1825 roku doniósł: „Dzisiejszy nocy wszczął się Pożar za Wolskiemi rogatkami w Młynie wietrznym, lecz spieszny ratunek niedozwolił rozszerzać się płomieniom". Paliło się dość często i wiedziano, jak sobie z ogniem radzić. Wertując stare gazety wydane trzy lata później, natrafiłem na następujący passus – „gorliwy ratunek ocalił sąsiednie possessyie".

Para buch...

Jak wspomniałem, wiatrak pracował przeciętnie przez jedną trzecią roku, a tu trzeba było mleć mąkę, bo ludzie potrzebowali chleba. No i po wojnach napoleońskich dowiedziano się, że zbudowano machiny parowe. Części do pierwszej, przeznaczonej na napęd młyna sprowadzono w 1826 r., a po kilkunastu miesiącach młyn parowy stał się w mieście znany. Powstały też kolejne, lecz były to tylko początki industrializacji i z racji niedoskonałości urządzeń zdarzały się pożary, wybuchy oraz katastrofy. W marcu 1829  r. warszawiacy dowiedzieli się, że „z powodu pęknięcia koła głównego, podającego poruszenie od Machiny parowej do kamieni, Machina parowa nie mająca oporu, rozpędzona została w najwyższym sposobie, skutkiem czego sztaba pomiędzy żurawiem a korbą, 60 cetnarów ważąca na troie pękła, a spadając z impetem załamała część belek, na których oparty był mechanizm, uszkodziła pompę do wody i regulatora". Naprawa miała potrwać dwa miesiące.
Ale to jeszcze nic, bo w 1855 roku eksplodował kocioł machiny w młynie parowym na Solcu. „Gazeta Warszawska" doniosła, że w cylindrze ważącym 22 tysiące funtów rozerwało blachy poszycia. Rzeczony kocioł przeleciał przez bramę młyna na odległość 136 stóp i wyrwał dwie szyny kolejowe; o dziwo było tylko dwóch rannych (gwoli wyjaśnienia: cetnar warszawski – ok. 65 kg, stopa warszawska – 30 cm, funt nowopolski – 0,4 kg).
Młyny płonęły, tak jak dawniej wiatraki. W 1912 r. spalił się młyn parowy przy Brzeskiej 3, a po paru miesiącach, przy Brzeskiej 8 – takie samo urządzenie, ale służące mieleniu kasz perłowych. W tym czasie znikały ostatnie wiatraki. Ten, o którym mówiliśmy na początku, został rozebrany i wywieziony poza miasto w 1917  r. Podobno pracował do końca ostatniej wojny. Reszta poszła na podpałkę w latach 20., choć spotkałem się z relacją, że szczątkami jakiegoś wiatraka z Koła palono jeszcze kilka ognisk w latach 50.
Warszawa nie ma już żadnego wiatraka, choć w magazynach spoczywa rozebrane takie urządzenie, sprowadzone do nas spod Garwolina. Przed paroma laty miało stanąć na Woli, jak symbol dawnej profesji. Nie stanęło do dziś.
Źródło: Życie Warszawy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA