fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Unia Euroazjatycka pod przewodnictwem Rosji - Memches

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Unia Eurazjatycka, w przeciwieństwie do UE, może odnieść sukces. Bo kluczem jest tu wspólna mentalność elit politycznych – twierdzi publicysta
WYIM: Znamienna jest wypowiedź rosyjskiego dziennikarza Siergieja Dorienki: „z naszego punktu widzenia Rosja graniczy bezpośrednio z Niemcami"
Im kłopoty Europy są większe, tym efektowniej brzmią pomysły na ich rozwiązanie. Zbliżający się szczyt Unii Europejskiej w sprawie paktu fiskalnego powinien więc przynieść jakieś nowe zaklęcia na temat wspólnej Europy. Na razie warto jednak jeszcze nawiązać do berlińskiej mowy Radosława Sikorskiego.
Szef polskiej dyplomacji, wysuwając otwarcie ideę europejskiego sfederalizowanego supermocarstwa pod przewodnictwem Niemiec, pojechał po bandzie. Nic dziwnego, że wywołał gorący entuzjazm zwolenników przyspieszenia integracji europejskiej i równie gorące oburzenie jej przeciwników. Tyle że emocje te są jałowe. Wystąpienie ministra spraw zagranicznych RP jest nieadekwatne do sytuacji, w jakiej się znalazła Europa. Szczególnie że tuż obok rodzi się nowa potęga.

Brak wspólnoty ducha

Wizja Sikorskiego zawiera pewne fałszywe założenie: unie walutowe zapobiegają wojnom i są podstawą budowania wspólnot narodów. Tymczasem pieniądze to nie wszystko, z czego chyba nawet zdaje sobie sprawę szef polskiego MSZ. Bo przecież z jakiegoś powodu twierdzi on, że kwestie tożsamości narodowej czy moralności publicznej „powinny na zawsze pozostać w gestii państw". Nie o taką więc głęboką integrację tu chodzi, o jakiej głośno jest w mediach. A skoro tak, to idea federacji europejskiej okazuje się – zwłaszcza dzisiaj – utopią, wokół której robi się dużo krzyku.
Owszem, procesy globalizacyjne minionego półwiecza sprawiły, że narody europejskie stały się do siebie nawzajem podobne. Młodzież z Aten ogląda te same filmy, słucha tej samej muzyki co młodzież z Helsinek. Ale to nie oznacza, że kultury polityczne Grecji i Finlandii są takie same. Dotyczy to też innych krajów. Ich klasy polityczne różnią się pod względem mentalności, co z kolei wpływa na decyzje o charakterze aksjologicznym. Laicyzm w wersji francuskiej bądź holenderskie swobody obyczajowe (takie jak legalność marihuany czy instytucjonalizacja związków homoseksualnych) nie dadzą się łatwo przeszczepić na grunt polski, gdzie wciąż znaczącą rolę odgrywają wartości, których strażnikiem pozostaje Kościół katolicki.
Europie nie udało się zatem stworzyć alternatywy dla chrześcijaństwa jako siły integrującej duchowo Stary Kontynent. Średniowieczną Christianitas zastąpiły państwa narodowe i projekt UE jest pewną próbą zmiany tego stanu rzeczy. Ale jak widać, egoizmy narodowe są wciąż górą. Można próbować je ujarzmiać przy pomocy Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, niemniej jednak mechanizmy biurokratyczne to za mało. A i same instytucje UE są polem rywalizacji jej członków. Nie łudźmy się, silniejsi ogrywają tu słabszych.
Kiedy Unia Europejska boryka się z kłopotami, w tym z widmem swojego rozpadu, za jej wschodnią granicą kształtuje się stara-nowa wspólnota polityczna pod przewodnictwem Rosji. To Unia Eurazjatycka. Po 20 latach od krachu ZSRR większość terytorium tego nieistniejącego państwa podejmuje próbę reintegracji. Na razie mamy Unię Celną Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Od 1 stycznia tego roku procesy integracyjne odbywają się pod egidą Eurazjatyckiej Komisji Gospodarczej. I wszystko to ma miejsce niezależnie od politycznych napięć, jakie targają w tej chwili Rosją.

Odrodzenie eurazjanizmu

Unia Eurazjatycka w przeciwieństwie do UE może odnieść sukces. Bo kluczem jest tu wspólna mentalność elit politycznych. W Rosji, na Białorusi, w Kazachstanie i innych krajach aspirujących do członkostwa w eurazjatyckiej wspólnocie u władzy wciąż pozostają ludzie wychowani przez system sowiecki. Tak jest przecież zarówno w przypadku Władimira Putina, jak i Aleksandra Łukaszenki Nursułtana Nazarbajewa oraz innych postsowieckich kacyków. Przekłada się to na systemy polityczne poszczególnych państw.
Oczywiście występują różnice, ale rzucają się w oczy głównie cechy wspólne. Mamy do czynienia z fasadowymi demokracjami sterowanymi. Realna opozycja nie ma szans na przejęcie rządów w wyniku wyborów (co pokazały ostatnie wybory do Dumy). Władza powiązana jest ściśle z wielkim, oligarchicznym biznesem. Królują nepotyzm i lekceważenie prawa, które w UE wprawdzie również występują, lecz jednak w nieporównywanie mniejszym stopniu.
Przyszła Unia Eurazjatycka ma solidną podbudowę ideologiczną, która może służyć za uzasadnienie procesów integracyjnych. I nie jest to bynajmniej sowiecki komunizm w jakimś nowym wydaniu. Chodzi o odrodzenie eurazjanizmu. Dziś stanowi on odpowiedź na tendencje odśrodkowe w samej Federacji Rosyjskiej, z którymi się liczy, przynajmniej deklaratywnie, przywódca antyputinowskich protestów, młody liberalny nacjonalista Aleksiej Nawalny. Tyle że czas Nawalnego chyba jeszcze nie nadszedł, a skoro tak, to Rosja nie stanie się, przynajmniej szybko, europejskim państwem narodowym. Rozważania nad Unią Eurazjatycką zachowują zatem jak najbardziej sens.

Emanacja dawnej Rosji

Eurazjanizm kojarzony jest w Polsce najczęściej z Aleksandrem Duginem, znanym współczesnym myślicielem, który właśnie wycofał swoje poparcie dla Władimira Putina (nowego faworyta nie ma), ale nie zrezygnował ze swojej koncepcji. W naszym kraju Dugin może być postrzegany jako ekscentryk, ale w Rosji już niekoniecznie.
Bo i sam eurazjanizm to poważny nurt rosyjskiej refleksji historiozoficznej i geopolitycznej. Narodził się jeszcze w okresie międzywojennym wśród białych emigrantów. Tacy ich przedstawiciele jak Piotr Sawicki czy Nikołaj Trubieckoj doszli do wniosku, że ZSRR to kolejna emanacja rosyjskiego imperium. Byli oni przekonani o odmienności cywilizacyjnej Rosji względem Europy – odporność na idee oświeceniowe i liberalną kulturę polityczną – oraz o tym, że państwo sowieckie będzie stopniowo pozbywać się obcego mu ciężaru o proweniencji europejskiej, za jaki uważali komunizm.
W drugiej połowie XX wieku do eurazjanizmu nawiązywał wybitny historyk Lew Gumilow, który nieprzypadkowo dziś jest patronem Uniwersytetu Eurazjatyckiego w Astanie.
Jeszcze do niedawna głośniej było jednak o innej koncepcji. Półtora roku temu prominentny ekspert do spraw międzynarodowych Siergiej Karaganow nakreślił wizję Związku Europy i Rosji. Chodzi o budowę wspólnej przestrzeni geopolitycznej od Atlantyku do Pacyfiku i o to, że Rosja ma się rozwijać w kierunku liberalnej demokracji na modłę zachodnią, chociaż z zachowaniem swojej prawosławnej tożsamości historycznej. Projekt Karaganowa z pewnością w Berlinie czy Paryżu może uchodzić za zdecydowanie bardziej poprawny politycznie niż eurazjanizm, który wobec takich okoliczności nie będzie na Zachodzie przez Rosję eksponowany.

Strefa buforowa

Współcześni praktycy eurazjanizmu nie zamierzają uprawiać izolacjonistycznej polityki międzynarodowej. Plany przyszłej Unii Eurazjatyckiej mogą wybiegać dalej niż zachodnia granica dawnego ZSRR. Jakiś czas temu 22 tys. Serbów z Kosowa zwróciło się o nadanie im obywatelstwa rosyjskiego. Liczą oni na to, że Rosja obroni ich interesy wobec popieranej przez UE i USA albańskiej większości. W odpowiedzi ambasador Rosji przy NATO Dmitrij Rogozin zaproponował utworzenie „Rosyjskiej Legii Cudzoziemskiej". Tworzyliby ją Serbowie i Bułgarzy.
Zastanawiająca jest pozycja Polski w tym układzie. Sprawa wydaje się prosta – nasz kraj leży w strefie buforowej między Europą a Eurazją. Znamienna w tym kontekście jest wypowiedź rosyjskiego dziennikarza Siergieja Dorienki, jaka padła w białoruskiej telewizji państwowej: „z naszego punktu widzenia Rosja graniczy bezpośrednio z Niemcami. Te dwa ogromne „heartlands" rosyjski i niemiecki graniczą przez „cieśniny lądowe" – bo Polska, Czechy, Słowacja i Białoruś odnoszą się do kategorii takich cieśnin". Dorienko ewidentnie używa pojęć zaczerpniętych z terminologii eurazjanizmu.
Rodzi się oczywiście pytanie: czy Polsce grozi dziś nowe niebezpieczeństwo ze wschodniej flanki? Odpowiedź nasuwa się następująca: skoro Amerykanie coraz mniej się garną do militarnej obecności w Europie, a UE pogrążona jest w kryzysie, to nasz kraj wydany jest na pastwę losu.
Trzeba jednak uwzględniać też inne czynniki. Wspólnotę eurazjatycką tworzą przecież kraje, które same borykają się z poważnymi kłopotami, więc muszą sprostać własnym słabościom. Dlatego w relacjach z Zachodem będą raczej szukać możliwości utargowania czegoś dla siebie, niż dążyć do konfrontacji. Kwestią jednak otwartą pozostaje to, czy „cieśnina lądowa", a więc Polska, będzie tu traktowana jako część Zachodu.
Autor jest dziennikarzem, publicystą, współpracownikiem portalu Rebelya.pl, redaktorem periodyku „44 / Czterdzieści i Cztery", autorem książek „Słudzy i wrogowie imperium. Rosyjskie rozmowy o końcu historii" i „Ekonomia w judaizmie".
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA