fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Donald Tusk nie powstrzyma emigracji

Dwa miliony polskich emigrantów to dowód, że Polacy są realistami. Nie śnią o gruszkach na wierzbie. Ale widzą, że w Polsce gruszki nie chcą rosnąć nawet na gruszy – piszą publicyści
Żaden rząd kijem Wisły nie zawróci. A za takie przedsięwzięcie należałoby uznać wysiłki rządu, gdyby ten chciał tracić czas, energię i pieniądze podatników, żeby urzędowo ogłaszać programy powstrzymywania emigracji z Polski. Idea taka pewnie nie mogłaby być zresztą zrealizowana, gdyż żyjemy w świecie, gdzie granice przestały mieć kluczowe znaczenie. Wielkie odległości łatwo dziś pokonać za stosunkowo niewielką cenę. Ponadto, przynajmniej do pewnego stopnia, na terenie UE ludzie doświadczają dobrodziejstwa otwartych rynków pracy. Dlatego to obywatele Unii, a więc i Polacy, sami podejmują decyzje, gdzie chcą żyć i pracować. I rządom nic do tego.
Inna kwestia jest ciekawsza. Co rodzima emigracja – wedle przybliżonych danych prawie 2 miliony ludzi – myśli i mówi nam o Polsce? Przede wszystkim pokazuje, że nie jest to kraj, w którym za uczciwie wykonywaną pracę człowiek mógłby mieć gwarancję godnego życia. Nie chodzi o luksusy: drogi samochód, wakacje na egzotycznej wyspie czy przestronny apartament w centrum Warszawy. Problemem są bardziej przyziemne sprawy: czy miesięczna pensja starczy na opłacenie rachunków bez popadania w długi. Polacy chcą mieć pewność – a w rodzinnym kraju często jej nie mają – że ani sobie, ani swoim dzieciom nie będą musieli racjonować żywności, aby przeżyć kolejny miesiąc. I marzą – bo dla przygniatającej większości to wciąż jest marzenie – aby jakimś cudem wejść w posiadanie własnych czterech kątów. Polacy emigrują nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także osobistych. Nie wyjeżdżają natomiast z powodów politycznych Liczna emigracja dowodzi zatem, że Polacy są realistami. Nie śnią o gruszkach na wierzbie. Ale widzą, że w Polsce – jakimś cudem – gruszki nie bardzo chcą rosnąć nawet na gruszy. To, zdaje się, główny powód, dlaczego tak wielu rodaków wybiera emigrację. Tam za uczciwą pracę otrzymują wszystko, co w ojczyźnie osiąga się tylko przy łucie szczęścia, a zwykle wtedy, gdy ma się „szerokie plecy” i łokcie mocniejsze od sąsiada. Polacy emigrują nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także osobistych. Nie emigrują natomiast z powodów politycznych. Wystarczy usiąść w pierwszym lepszym pubie w Dublinie i pogadać z polskimi imigrantami, by przekonać się, jak mało interesują ich rodzime spory. I jak bardzo dziękują Bogu czy losowi, że nie muszą brać udziału w codziennych seansach nienawiści, jakie serwują nam rodzimi mężowie stanu. Z zazdrością mówią o irlandzkim rządzie, który robi wszystko, aby nie koncentrować na sobie zbytnio uwagi obywateli. Bo każda sprawna ekipa rządowa jest od tego, by stwarzać warunki do godziwego życia, w czym mieści się też możliwość rozwijania zainteresowań i pasji obywateli. Większość uczciwie pracujących tam naszych rodaków stać też na krótkie wakacje w Hiszpanii, weekendowy wypad do Rzymu czy, o czym myśli coraz więcej z nich, zaciągnięcie kredytu hipotecznego na zakup mieszkania. Polacy nie wybrali zatem emigracji dlatego, że szczególnie podobała się im irlandzka konstytucja lub jakość dublińskiego życia politycznego. To nie resentyment względem zaściankowej czy niedostatecznie liberalnej (w sprawach gospodarczych czy obyczajowych) polskiej polityki kazał większości z nich z Polski wyjechać. Wyjechali, gdyż mieli poczucie, że ojczyzna nie daje im wystarczającego statusu ekonomicznego, dzięki któremu mogliby w sposób wolny realizować swoje życiowe marzenia i cele. Także nie liberalizm obyczajowy zachodnich społeczeństw (na temat którego krążą zresztą u nas różne nieprawdziwe mity) skłania do emigracji. Świadczy o tym choćby fakt, że polscy imigranci nie rezygnują z tradycji przywiezionych z Polski i przywiązania do Kościoła. Przeciwnie, jak podkreślają irlandzcy czy brytyjscy duchowni, zaangażowanie religijne emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej pozytywnie wpłynęło nawet na życie religijne wyspiarzy. Czy zatem Donald Tusk, tak jak zapowiadał, jakimś cudem może zatrzymać ludzi, którzy wyjeżdżają, by szukać dla siebie i swych dzieci lepszego miejsca do realizowania pragnień? Nie. I jako premier nie ma do tego moralnego prawa. Co zatem lider PO może zrobić, aby zahamować ten wielki exodus? Jedynym skutecznym działaniem jest dynamiczna modernizacja kraju. Premier musi pokazać, że Polska przeistacza się w państwo, w jakie warto inwestować i w którym warto żyć. Wedle takiej logiki państwo nie jest od tego, by mówić obywatelowi, co ma myśleć, gdzie jechać i jak przeżywać swoją narodową tożsamość. Państwo nie powinno też sugerować, jak człowiek ma postępować w swoim prywatnym życiu. Nowoczesne państwo to przestrzeń stwarzania możliwości rozwoju dla wszystkich obywateli, przede wszystkim przez poprawę ich stopy życiowej. Nie znaczy to jednak żadną miarą, iż państwo ma się przeistoczyć w rodzaj spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Przeciwnie: jego skuteczność nie polega na tym, że zrzuca z siebie wszelkie zobowiązania. Probierzem nowoczesnego państwa jest to, że potrafi skutecznie zadbać o tych obywateli, którzy z różnych powodów nie dają sobie rady w globalizującym się świecie. Powrót do kraju tych, którzy niedawno wyjechali, stałby się możliwy dopiero wtedy, gdyby zniknęły powody, dla których się emigruje. Dziś wielu Polaków pracujących w krajach starej Unii ma świadomość, że są skazani na pracę poniżej ich kwalifikacji. Tyle że wykorzystanie ich potencjału w Polsce będzie możliwe tylko wtedy, kiedy wrócą. A podejmą decyzję o powrocie, jeśli będą pewni, że ich status materialny nie ulegnie pogorszeniu i otworzą się przed nimi realne szanse rozwoju. Złudna jest też nadzieja, że emigracja wróci, gdyż tak będzie nakazywała jej patriotyczna powinność. Taka retoryka to zdarta płyta. Dziś każdy polski imigrant wie, że mieszkając i pracując w Dublinie, nie przestaje być Polakiem. O tym, czy z Irlandii do Polski powróci, zadecyduje poziom jego zakorzenienia w kraju, kulturze i społeczeństwie, do którego wyemigrował. Część irlandzkich czy brytyjskich Polaków na razie nie zdaje chyba sobie sprawy, że może okazać się to trudne. Za kilka lat wielu z nich może się zorientować, że status ich imigranckich rodzin jest w przybranym społeczeństwie dość niski. Czy polskiego kierowcę autobusu w Londynie będzie stać na opłacenie dobrej szkoły i studiów dla dzieci? Jest wielce prawdopodobne, że droga społecznego awansu przed wieloma polskimi imigrantami może okazać się zamknięta. Być może takie osoby będą trwać w polskich gettach, hołubiąc swoje status quo wraz ze strachem przed powrotem do Polski, który po latach dla wielu z nich okaże się za trudny. Sukces osiągną na pewno profesjonaliści. Oni jednak najmniej zdają się potrzebować zakorzenienia. Ich tożsamość staje się coraz bardziej globalna. Mogą przez kilka lat mieszkać w Anglii, by potem przenieść się do USA czy Australii. Takich kosmopolitów będzie jednak niewielu. Większość będą stanowili ci, którzy osiągnąwszy godziwy materialny poziom życia, będą pragnęli dla siebie także lepszego statusu społecznego. I jeśli Polska będzie im w stanie zapewnić godziwe życie, będą do niej wracać. Jeśli tak się nie stanie, argumenty ekonomiczne i możliwość osobistego rozwoju okażą się ważniejsze od trudności z asymilacją. Do kraju wtedy nie wrócą – i o tym premier Tusk powinien pamiętać. Jarosław Makowski i Sebastian Duda są publicystami i członkami katolickiego think-tanku Centrum Kultury i Dialogu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA