fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauka

O nadziei, która może wyleczyć ze schizofrenii

Arnhild Lauveng
Fotorzepa
Norweska psycholog Arnhild Lauveng promuje w Polsce swoją książkę - historię o tym, jak pokonała poważną chorobę.
Arnhild Lauveng: Wyzdrowieć, podobnie jak mnie, udało się wielu osobom. Otrzymuję od nich wiele telefonów. Mit, że to niemożliwe, jest tak mocno rozpowszechniony, iż ludziom tym nie tylko się nie wierzy, ale też się ich naznacza. Dlatego nie mają odwagi powiedzieć tego głośno i dalej żyją, stosując się do mitu.
Ile jest takich osób?
Nie znam dokładnej liczby. Wiem o amerykańskiej psycholog Patricii Deagan. Takie osoby mieszkają w Australii, w Wielkiej Brytanii. Badania pokazują, że mniej więcej jedna trzecia z diagnozą schizofrenii zdrowieje. Jedna trzecia może żyć nieźle, radząc sobie z objawami, a reszta do końca życia pozostaje bardzo chora.
Co to oznacza wyzdrowieć? Nie brać leków?
Dla mnie oznacza to między innymi niebranie leków. Ale także, że czuję się dobrze, nie mam objawów zaburzeń psychicznych, jestem w stanie poradzić sobie z wymaganiami życia codziennego. I że jestem w dostatecznej formie, by pracować w pełnym wymiarze godzin na odpowiedzialnym stanowisku, a nawet robić coś więcej.
Jaki wspólny mianownik łączy ludzi, którzy pokonali schizofrenię?
Badania pokazują, że lepiej sobie z tym radzą kobiety niż mężczyźni. Zdrowieniu sprzyja dobrze rozwinięta sieć społeczna wokół osoby chorej. Gwałtowny i szybki rozwój choroby jest lepszym prognostykiem niż narastający powoli. Lepsze widoki stwarza sytuacja, kiedy choroba rozpoczyna się w wieku dorosłym. Ale istotna jest też wola przyłożenia się do tego procesu. Najważniejszą rzeczą jest zachowanie nadziei, że wyzdrowienie jest możliwe. Bo to męcząca, nudna i żmudna droga. Sądzę też, że przydaje się ogromna dawka uporu.
Była pani pacjentką, teraz jest terapeutką. Co wnosi pani do swojego zawodu z doświadczenia choroby?
Zabrałam z tzw. tamtej strony pokorę, której mam więcej niż inni fachowcy. Nie ulegam negatywnym złudzeniom, którym poddaje się bardzo wiele osób prowadzących leczenie. Wiem, że za każdym czynem i słowem człowieka, niezależnie od tego jak bardzo może się ono wydać dziwne i chore, stoi jakieś uczucie, powód. Naszym obowiązkiem jest szukać logiki, która tym procesem kieruje, a nie koncentrować się na objawach.
Schizofrenia jest chorobą wstydliwą. Nie miała pani obaw mówić o niej głośno?
Gdy rozpoczęłam studia psychologiczne, musiałam podjąć bardzo ważną decyzję, czy opowiem o swojej chorobie, czy też będę próbowała ją ukrywać. Nie mogłam postąpić inaczej, niż postąpiłam. Gdybym w jakikolwiek sposób wstydziła się swojej przeszłości, to nie byłabym w stanie pracować z ludźmi. Oczywiście zdarzały się sytuacje, że ktoś w wyraźny sposób kierował się w stosunku do mnie uprzedzeniami. Ale spotkałam się również z ogromną dozą zrozumienia i wsparcia.
Przeraziły mnie opisy początków choroby. Na ich postawie można powiedzieć, że każdy z nas nie jest do końca zdrowy.
Wszystkie nastolatki mają zazwyczaj problemy z tożsamością, zastanawiają się, kim są. Bardzo dużo pracuję z młodymi ludźmi. Pytam ich, czy wątpią także w to, że w ogóle istnieją. To jest ta granica między zdrowiem i chorobą. Jej przekroczenie wiąże się z utratą kontroli nad podstawowymi sprawami, z pojawieniem się poczucia, że ktoś inny rządzi naszymi myślami i włada naszym ciałem.
Używa pani w książce określenia wariatka. Jaki ma pani do niego stosunek? Kiedyś psychiatrzy w Polsce protestowali przeciwko jego używaniu, bo obraża osoby chore psychicznie.
W pracy nie używam tego słowa. Również w Norwegii wielu pacjentów reaguje na nie negatywnie. Ale ma ono pewną zaletę. Jest słowem dnia codziennego. Podczas gdy określenie schizofrenik, psychotyk są jednokierunkowe, zawsze wypływają od mądrych lekarzy w stronę pacjentów, nigdy odwrotnie. Mam w sobie sceptycyzm do używania terminów fachowych. W rozmowie z ludźmi zwiększają one dystans. Prawie wszyscy moi pacjenci mają bardzo niskie poczucie własnej wartości. Źle się z tym czują, że muszą korzystać z pomocy psychologa. Jeżeli używam prostego języka, to nie pogłębia to ich negatywnych uczuć. Oni sami często tego słowa używają. Pytają: czy jestem wariatem?
Prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego powiedział, że jeśli chorych traktuje się bardziej po ludzku, oni bardziej po ludzku chorują.
Niektóre decyzje służby zdrowia, zwłaszcza na początku mojej choroby, były bardzo szkodliwe i nietrafne. Po pewnym czasie miałam więcej szczęścia, spotkałam zdolnych, zaangażowanych terapeutów, którzy okazali mi nieocenioną pomoc. W 100 procentach zgadzam się, że sposób, w jaki traktujemy ludzi chorych, ma ogromny wpływ na przebieg choroby.
Nie obawia się pani, że swoją książką rozbudzi w innych chorych płonne nadzieje.
Bardzo dużo mówi się obecnie w Norwegii o niebezpieczeństwie stwarzania fałszywej nadziei. Kiedy byłam chora, otrzymałam mnóstwo fałszywego pesymizmu. Dlaczego mamy się bać mówić ludziom, że mogą wyzdrowieć i uważamy, że jest to bardziej niebezpieczne niż powiedzenie im, że nigdy nie będą zdrowi? Jeśli powie się człowiekowi, że nigdy nie będzie zdrowy, to on przestanie pracować nad swoim wyzdrowieniem, czegokolwiek by to dotyczyło. Ktoś z braku nadziei spróbuje odebrać sobie życie. To jest znacznie bardziej niebezpieczne, niż dać płonną nadzieję. Mówię swoim pacjentom, że nie wszyscy będą zdrowi. Ale też, że niczyją winą nie jest to, że komuś nie udaje się wyzdrowieć. Mówię im, że nie mogę dać im gwarancji, ale spróbujmy zrobić to, co możemy.
Wygrana walka ze schizofrenią – brzmi podtytuł wydanej właśnie w Polsce książki. Historię w niej zawartą uwiarygodniają zamieszczone na obwolucie słowa dr. Andrzeja Cechnickiego, krajowego koordynatora programu "Schizofrenia – otwórzcie drzwi". Pisze on, że doświadczenia Arnhild Lauveng pozwalają zrozumieć i nadać sens przeżyciom towarzyszącym chorobie, co czyni lekturę pasjonującą i wiarygodną. Autorka jest absolwentką Uniwersytetu w Oslo. Pracuje jako psycholog kliniczny. W 2004 roku otrzymała nagrodę za promowanie otwartości i swobody w wyrażaniu siebie w ramach psychiatrycznej opieki zdrowotnej. Na schizofrenię zachorowała jako nastolatka. Przyczyniła się do tego wczesna strata ojca – zmarł na raka, gdy miała pięć lat. "Kiedy wychodziłam na podwórko, wiedziałam, że po moim powrocie on może już nie żyć" – wspomina. To spowodowało, że zamknęła się w sobie i stała się smutnym dzieckiem. "Inne dzieci przypuszczalnie uznały mnie za arogancką dziwaczkę. Nie bardzo rozumiałam, dlaczego tak mnie traktują. Czułam się bardzo samotna. Kiedy byłam nastolatką, nie miałam żadnych przyjaciół" – opowiada "Rz". Lauveng przez wiele lat przebywała na oddziałach psychiatrycznych. Własne ciało cięła odłamkami szkła. Dzięki pomocy lekarzy i rodziny udało jej się wyjść z choroby. Od dziesięciu lat nie bierze leków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA