fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Piotr Gociek o finiszu kampanii wyborczej

"Sondaże tym razem się nie pomyliły" twierdzą zgodnie komentatorzy. Ale sama gra sondażami w kampanii wyborczej AD 2011 warta jest jeszcze chwili rozważań. Szczególnie jedna zagrywka Platformy Obywatelskiej, czyli hasło "PiS nas dogania".
Tymczasem w nieoficjalnych rozmowach przedstawiciele TNS OBOP przyznają, że sondaże były przez niemal całą kampanię stabilne (nie mam powodu, by im nie wierzyć), a różnica w przewidywanym wyniku PO i PiS nie była przez niemal trzy miesiące ani razu mniejsza niż 6-7 pk. proc. na korzyść tej pierwszej partii. To oczywiście nie oznacza, że Platforma miała od początku wygraną w kieszeni. Ale sprawia że warto zadać pytanie, dlaczego nagle kwestia zbliżania się PiS do PO stała się tak ważna i nagłaśniana.
Wróćmy do końca sierpnia. Grzegorz Schetyna udziela "Newsweekowi" obszernego wywiadu, w którym mówi m.in.: "Gdy dziś widzę, że mamy 15 proc. przewagi nad PiS w badaniach, to robi mi się zimno. To nieprawda, w rzeczywistości prowadzimy o parę punktów". Wywiad wywołuje burzę i jest komentowany przez kilka dni. Innym ważnym przesłaniem tej rozmowy jest obszerny wywód na temat tego, że PO „nie wszystko się udało", ale gwarantuje stabilność i mocno stara się. To tak naprawdę dwa filary kampanii Platformy: „Polska w budowie" oraz objawiana publicznie troska o to, czy aby PiS już nie dogania PO w sondażach (w domyśle: czy aby jej na finiszu nie przegoni). Genialność tej wrzutki pokazuje fakt, jak bardzo za jej nagłaśnianie wziął się nie tylko obóz rządzący, ale i opozycja. Trudno się dziwić – kilkakrotnie pobici w poprzednich kampaniach zwolennicy PiS znaleźli w niej nadzieję: „oto dowód, warto! Sprawa nie jest stracona, może się udać! Sami platformersi to przyznają!".
Kulminacyjnym punktem akcji „PiS nas goni" były wypowiedzi samego premiera Donalda Tuska, który przed kamerami TVN24 podczas objazdu po Polsce zaczął wygłaszać z zasępioną miną stwierdzenia, o tym, jak bardzo opozycja dogania PO w sondażach. W tym samym czasie sztabowcy PiS poszli jeszcze dalej – zaczęli twierdzić, że z „wewnętrznych sondaży" wynika, iż Prawo i Sprawiedliwość już zrównało się z Platformą, albo że nawet prowadzi. Potem prezes Jarosław Kaczyński podbił jeszcze bębenek twierdząc, że trzy ostatnie „wewnętrzne sondaże" pokazują wygraną opozycji. W jednym czasie zarówno PO jak i PiS generowały więc w istocie... ten sam przekaz: różnica w poparciu między głównymi graczami zmniejsza się szybko, lub nie istnieje. Powtórzę – przez cały czas trwania kampanii notowania tych partii były – według wiarygodnych informacji – bardzo podobne: różnica ok. 6-7 pkt. proc. Po co zatem obydwie partie nagłaśniały to samo kłamstwo? PiS zapewne po to, by zmobilizować swoich wyborców, co (jak pokazał końcowy wynik), było w tej kampanii niesłychanie trudne – w końcu PiS dostał mniej głosów w poprzednich wyborach parlamentarnych i w pierwszej turze prezydenckich. Gra szła zatem o to, by pokazać im, że zwycięstwo jest możliwe. Tylko jak można cieszyć się z tego, że „sondaże są wreszcie po naszej stronie", kiedy wcześniej latami mówiło się, że kłamią? Pytanie, czy mobilizując własnych wyborców PiS przy okazji nie pomógł Platformie zmobilizować jej zwolenników. PO grała tymczasem o coś innego. Nie tylko o to, by wygrać – tego raczej Platforma była pewna – ale by wygrać we właściwych proporcjach. Czyli tak, by do stworzenia koalicji rządowej nie był potrzebny nikt prócz PO i PSL. Takie założenie jest kluczem do zrozumienia wydarzeń ostatnich 10 dni przed wyborami. Wtedy to w kampanii Platformy nastąpił nieoczekiwany zwrot – w miejsce przekonywania o tym, jak bardzo Polska jest w budowie pojawił się spot „Oni pójdą na wybory. A Ty?". Przedstawiał zwolenników PiS jako tłuszczę składająca się w połowie z kiboli, a w połowie z religijnych nienawistników. Jedni komentatorzy albo oburzali się (słusznie), że spot przekracza kolejne granice dobrego smaku w czarnym politycznym PR, bo po raz pierwszy zamiast atakowania przeciwnika pokazuje pogardę dla wyborcy. Inni argumentowali „z PO musi być bardzo słabo, skoro chwyta się tak desperackich chwytów". Sądzę, że chodziło o co innego. Ted Brader w arcyciekawej książce „Campaigning for Hearts and Minds" zajmuje się szczegółową analizą tego, w jaki sposób emocje wykorzystywane są w politycznych reklamach. W jednym z rozdziałów przygląda się reklamie negatywnej wykorzystującej czynnik strachu. Z jego badań wynika, że ten typ przesłania praktycznie nie oddziałuje na zwolenników sponsora przekazu (nie ponosi się zatem strat we własnym elektoracie), natomiast bardzo mocno poszerza grono niezdecydowanych i częściowo zmienia nastawienie najmniej przekonanych zwolenników przeciwnika. Spot „Oni pójdą na wybory" nie miał więc mobilizować elektoratu PO. Miał zwiększyć liczbę niezdecydowanych. Ale po co, skoro jednocześnie komentatorzy podkreślali, że wynik wyborów może być zaskakujący właśnie ze względu na rekordową liczbę niezdecydowanych? Odpowiedzią jest kolejne, ostatnie posunięcie sztabowców PO, którym było hasło „Tusk czy Kaczyński – ty wybierzesz premiera". I sekwencja staje się dość jasna. Akcja „PiS nas dogania" była początkiem inżynierii strachu na finiszu kampanii PO. Spot „Oni pójdą na wybory" jej apogeum, a hasło „Tusk czy Kaczyński – Ty wybierzesz premiera" – logiczną konkluzją podsuniętą niezdecydowanemu wyborcy. W ostatnim przedwyborczym tygodniu (a nawet dniu) miał on stanąć przed alternatywą: albo człowiek, który zdaje sobie sprawę z własnych błędów, ale jednak obliczalny i który „chce dobrze" albo człowiek za którym stoi dziwaczna moherowo-bandycka koalicja, który w dodatku powtarza z uporem stare błędy (z tego punktu widzenia afera ze słowami Merkel była najgorszą rzeczą, jaka mogła Kaczyńskiemu się w tym momencie przydarzyć). Cel został osiągnięty – najmniej zaangażowani zwolennicy PiS zostali w domu, inżynieria strachu zmobilizowała mniej zaangażowanych i wątpiących zwolenników PO do pójścia na wybory; w efekcie frekwencja zamiast spodziewanych 40 proc. wyniosła niemal 48 proc., a różnica między wyborczym wynikiem PO i PiS zamiast dwóch, trzech, może pięciu punktów procentowych wyniosła tych punktów aż dziesięć. W ten sposób Platforma wygrała batalię o bezpieczną większość w parlamencie – bez konieczności poszerzania nowej-starej rządowej koalicji.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA