fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Dłubanie przy technice

ROL
Tomasz Majewski, mistrz olimpijski w pchnięciu kulą, o nieudanym sezonie i igrzyskach w Londynie
"Rz": Zapomniał pan już o porażce na mistrzostwach świata w Daegu?
Tomasz Majewski: Tak i to bardzo szybko. W sporcie oprócz zwycięstw, które są bardzo miłe, trzeba się przyzwyczaić do przegranych i szybko o nich zapominać. Ja to robię, nie rozpamiętuję. Myślami wybiegam już do następnego sezonu i na nim się skupiam. Po Daegu z niepokojem liczyliśmy, ile osób wypada z hojnie finansowanego przez Ministerstwo Sportu Klubu Londyn dla najlepszych polskich olimpijczyków. W wymaganiach ministerstwa miał być medal na rok przed igrzyskami.
To prawda, ale na razie nic nie wiemy. Nie mieliśmy jeszcze spotkania z ministrem, ale pewnie wszystko zostanie po staremu, oczywiście trochę okrojone. Co mają powiedzieć wioślarze, pływacy, reszta dyscyplin? Ten rok w ogóle nie był za szczęśliwy dla polskiego sportu. Spójrzmy prawdzie w oczy: kto ma te medale zdobywać? Nie mamy zmienników. Jeśli czytam w gazetach, że nasz największy faworyt do złota Marcin Dołęga ma kłopoty ze zdrowiem, to robi się naprawdę krucho. Na szczęście ja na zdrowie nie narzekam i oby tak pozostało jak najdłużej. Wspominał pan, że pracujecie z trenerem nad zmianami w technice przed Londynem? To są szczegóły, mrówcza praca. Obaj z trenerem wiemy, czego chcemy i jak to ma wyglądać, tylko że czasem to wyjdzie, a czasem nie. To gdzie jeszcze można szukać rezerw? Rok przedolimpijski to nie jest dobry czas, żeby ich szukać. W zeszłym roku zrobiłem tak dużą pracę, że ma mi starczyć na dwa lata. To był najcięższy sezon przygotowawczy w mojej karierze. Teraz będę z tego korzystał i dłubał przy technice. Już wiele u siebie nie poprawię. Siłowo jestem tak przygotowany, że teraz mogę szukać zmian tylko w technice. Jak pan patrzył na Davida Storla przed konkursem w Daegu, to widział pan siebie z Pekinu? Po eliminacjach myślałem, że mu wyszło, ale potem się okazało, że to był jego dzień i nikt nie mógł mu odebrać tytułu. Może mogłem zrobić to ja, gdybym się ogarnął, ale się nie ogarnąłem (śmiech). Gdybym ustał pierwszy rzut, to pewnie bym z nim wygrał, ale go nie ustałem, więc nie ma o czym mówić. Storl to jest niesamowity talent i to trzeba podkreślić. Oprócz tego, że zdobył w Daegu złoto, to jeszcze pobił rekord świata juniorów Udo Beyera. Ten rekord miał chyba ze 30 lat. Beyer był niepokonany przez cztery lata między Montrealem a Moskwą, gdzie przegrał z Władimirem Kisielowem i Aleksandrem Barysznikowem. I Storl to jest ta skala talentu. On wszedł do światowej czołówki przebojem. Ja byłem w innej sytuacji, byłem trochę bardziej otrzaskany, dla mnie to nie była pierwsza impreza. Ja się przesunąłem z drugiego do pierwszego szeregu, a on z poziomu juniora od razu wskoczył na szczyt. Patrząc na Storla, nie można uciec od skojarzeń z Robertem Hartingiem, mistrzem świata w rzucie dyskiem. Piotr Małachowski narzeka na zarozumiałość rywala. A jak to jest u Storla, nie poczuje się zbyt ważny? Pan po Pekinie dalej jeździł metrem. Nie, to jest naprawdę fajny dzieciak, otwarty i sympatyczny. Metrem nie będzie jeździł, bo z tego, co wiem, już ma samochód, ale nie boję się o niego. Nic nie wskazuje na to, żeby miał się zmienić. Poza tym pchnięcie kulą to jest sport, który uczy pokory i potrafi szybko sprowadzić na ziemię. Tu jeden sukces się nie liczy i trzeba szybko o nim zapomnieć, bo na wspomnieniach nie da się wjechać kolejny raz na szczyt. -rozmawiał Łukasz Majchrzyk
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA