Ekonomia

Gospodarki są nadmiernie zadłużone

Fotorzepa, Szymon Łaszewski Szymon Łaszewski
Rozmowa z Tomaszem Kaczorem, głównym ekonomistą Banku Gospodarstwa Krajowego
Rz: Ekonomiści zastanawiają się, czy to, co się dzieje w tej chwili, to końcówka poprzedniego kryzysu, czy krótki nowy etap zwolnienia, czy też kolejny kryzys.
Tomasz Kaczor: Zacznę od takiej retoryki wojennej, modnej w ostatnich dniach. Tak jak druga wojna światowa była konsekwencją nieposprzątanych spraw po pierwszej wojnie, tak to, co się teraz dzieje, jest pewną konsekwencją kryzysu z 2008 r. Takie kryzysy, które zaczynają się nie od zwykłego zacieśnienia polityki monetarnej, tylko dlatego, że gospodarki nagle muszą pozbyć się nadmiernego długu, kończą się bardzo słabym odbiciem. One czasami z powrotem przeradzają się w recesję i powrót do zdrowego wzrostu jest bardziej długotrwały.
My tak dużo mówiliśmy o tej drugiej fali kryzysu, że gdy się ona pojawiła, nie jesteśmy zaskoczeni. W takim razie mamy nowy czy stary kryzys? Wcześniej mieliśmy okres długiego umiarkowania w gospodarce, gdzie nie było bardzo szalonego wzrostu, ale też głębokich kryzysów. Fakt, że teraz nam się trafiają dwa kryzysy jeden po drugim, nie jest niczym niezwykłym. To nowa odsłona problemu związanego z zadłużeniem. Zbyt duże zadłużenie różnych podmiotów gospodarczych, w tym instytucji finansowych i gospodarstw domowych w USA, przeniosło się na kryzys zadłużenia państw. To konsekwencja ratowania systemu bankowego w bardzo wielu krajach, ale też w wielu państwach zadłużano się więcej niż było to uzasadnione z innych przyczyn. W tym sensie mamy wspólne przyczyny i dlatego lepiej mówić o tym jako drugiej odsłonie jednego kryzysu. Grecja zbankrutuje? Zapewne, prawdopodobieństwo bankructwa jest wyceniane na 90 proc. Ale coraz bardziej prawdopodobne jest, że jednak uda się uniknąć rozejścia się tego zapalenia po całym ciele strefy euro. Kraje potencjalnie zagrożone wykonują ogromną pracę. Włosi, mimo tych wszystkich wolt, uchwalili zmiany prowadzące do surowej, jak na włoskie warunki, dyscypliny fiskalnej. Hiszpanie przyjęli zmiany w konstytucji, które są czystą kopią niemieckiego zapisu o zakazie zadłużania się. Tego rodzaju działania dają szansę na uniknięcie załamania kolejnych państw. Co to dla Polski może oznaczać? Zbyt duże zadłużenie różnych podmiotów gospodarczych przeniosło się na kryzys zadłużenia państw Bankructwo Grecji może mieć krótkookresowe konsekwencje dla kursu złotego. Przez długi czas byliśmy dla inwestorów zagranicznych ważnym rynkiem. Jeśli inwestowali oni w Europie Środkowo-Wschodniej, to przede wszystkim w Polsce ze względu na to, że polski rynek jest największy i stosunkowo płynny. W momencie kiedy inwestorzy się wycofują, to właśnie z rynków, gdzie najwięcej zainwestowali. Warto zwrócić uwagę na to, że ostatnio bezpośrednie inwestycje zagraniczne są ujemne. To prawdopodobnie oznacza wycofywanie zysków z Polski. Wiosna i lato to czas wypłat dywidend. Mamy nadzieję, że teraz to zmniejszanie odpływu kapitału spowolni. Nie wierzy pan, że mogą upaść jeszcze inne kraje? Jeżeli upadnie Grecja, bardzo szybko zobaczymy, czy ten kryzys się rozprzestrzenia, czy nie. Jeżeli w ciągu kilku tygodni po upadku Grecji nie będzie widać oznak tego, np. problemów w Irlandii czy Portugalii, to będziemy mogli powiedzieć, że najgorsze już za nami. Jak wyjdziemy z tego spowolnienia, to powinniśmy się spodziewać, że przyjdzie kolejne? Nie. Ale nie można zakładać, że minie rok i będziemy mieli znowu wzrost gospodarki światowej o 4 proc. rocznie. Powrót do normalnego, potencjalnego tempa wzrostu trwa od pięciu do siedmiu lat, my jesteśmy dopiero trzy lata od początku kryzysu. Jak przebiega granica między spowolnieniem a kryzysem? Recesją często określa się spadek PKB przez dwa kolejne kwartały. Ale to nie musi być realny spadek wzrostu do zera czy poniżej. W Polsce dla sytuacji gospodarczej i percepcji społecznej najważniejsze jest tworzenie nowych miejsc pracy. W naszej gospodarce zatrudnienie przestaje rosnąć przy 2 – 3-proc. wzroście PKB. A to oznacza, że wzrost poniżej 2 proc. można określić jako kryzys w Polsce. Czyli wzrost, który jest satysfakcjonujący dla przeciętnego kraju strefy euro, dla polskiej gospodarki jest zdecydowanie już kryzysem. Ale słowo „kryzys" zakłada, że dzieje się coś nagłego, a ja myślę, że to, co się teraz wydarzy, pomijając możliwość upadku Grecji, to będzie powolny proces stagnacji, która może trwać wiele kwartałów i zahaczyć pojedynczymi kwartałami o spadki PKB.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL