fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Całkiem poważna walka o media

Rzeczpospolita
Krzysztof Czabański opublikował list otwarty do premiera Tuska. W ten sposób prezes Polskiego Radia włączył się w dyskusję o przyszłości abonamentu i konsekwencjach jego zniesienia. Głos ten w pełni obnaża hipokryzję zwolenników utrzymania status quo – twierdzi szef Omnicom Media Group
Czabański pisze: „Obszar mediów publicznych jest w Polsce ustrojowo oddzielony od obszaru władz ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych, a formuły powoływania i odwoływania członków władz mediów angażujące jednocześnie Sejm, Senat, rząd i prezydenta mają na celu zagwarantowanie instytucjom mediów publicznych autonomii i niezależności od władz państwowych”.
To pierwsza z wielu fałszywych tez tego dokumentu. Prezes najwyraźniej zapomniał, w jakim trybie go powołano. Otóż ustawa o radiofonii i telewizji była jedną z pierwszych zmienionych przez jego partyjnych kolegów, a ekspresowy tryb tej zmiany wyraźnie odbiegał od parlamentarnych standardów. Media publiczne były jedną z pierwszych dziedzin odzyskanych przez PiS, a sam pan Czabański zawdzięcza swoje stanowisko bliskiej zażyłości z Jarosławem Kaczyńskim. Obsadzenie kluczowych stanowisk w mediach publicznych najbardziej zaufanymi ludźmi byłego premiera (Czabański, Siwiec, Urbański) jest dowodem, jak wielką wagę Jarosław Kaczyński przykładał do kontroli nad mediami i jak „oddzielenie od władz ustawodawczych, wykonawczych i sądowniczych (...) mających na celu zagwarantowanie instytucjom mediów publicznych autonomii i niezależności” w praktyce wygląda. Kto jak kto, ale Czabański nie powinien tego rodzaju tez wygłaszać, bo naraża się na śmieszność. Nie kto inny bowiem z wybitną nadgorliwością realizował program swej partii, prowadząc „lustrację” w szeregach pracowników Polskiego Radia, mimo że nowa ustawa regulująca jej zasady nigdy nie weszła w życie. Nie kto inny przecież wywołał skandaliczny konflikt z własnymi dziennikarzami, podważając ich niezależność, twardo egzekwując jedynie słuszną linię programową własnej partii. Druga teza listu, i kolejna fałszywa, zawiera się w zdaniu: „Finansowanie mediów publicznych zostało ustanowione w sposób zapewniający im maksymalną autonomię, gdyż przewidziano dla nich odrębną daninę – abonament, i niezależnego jej operatora – Pocztę Polską”. Jak pokazuje praktyka, niezależność polityczna mediów publicznych ma się nijak do źródeł ich finansowania. Zależy wyłącznie od możliwości sprawowania politycznej kontroli nad mediami publicznymi poprzez powoływanie ich władz spośród działaczy własnej partii. Gdy jest to niemożliwe – zależy od możliwości przeprowadzania przez zwykłą większość stanowiącą aktualnie rządzącą koalicję zmian legislacyjnych, które takie roszady personalne w krótkim czasie umożliwią. Jedyną gwarancją niezależności mediów jest ich prywatna własność, choć i w tym przypadku, jak pokazało ugięcie się Zygmunta Solorza pod naciskiem rządzącej ekipy, nie jest to gwarancja doskonała. Powoływanie się na przykład Wielkiej Brytanii i BBC nie ma najmniejszego sensu, bo jest to system funkcjonujący w kompletnie innym otoczeniu prawnym, a co najważniejsze – w zupełnie innej kulturze politycznej. To, co u nas stało się normą (podsłuchy dziennikarzy, podejrzenia podsłuchiwania urzędującego premiera, naciski służb w sprawie obsady programów informacyjnych w prywatnych telewizjach itp.), w Anglii wywołałoby skandal nieuchronnie prowadzący do dymisji rządu. Tak więc zostawmy BBC, bo jest to piękna historia, tyle że do realiów polskich pasująca jak do świni siodło. W kolejnym zdaniu Czabański pisze: „Podporządkowanie mediów publicznych władzy wykonawczej czy uzależnienie od dotacji budżetowej to prosta droga do ich marginalizacji”. Jaka szkoda, że doszedł do tego wniosku tak późno… Trzecia i ostatnia teza omawianego listu, i trzecia fałszywa, brzmi: „Decyzja o likwidacji abonamentu (...) będzie de facto decyzją o likwidacji mediów publicznych, a przynajmniej publicznej radiofonii”. Media publiczne otrzymują ok. 2,99 mld zł w postaci przychodów z abonamentu. Z tej kwoty ponad 500 mln trafia do TVP. Stacja ta jest workiem bez dna. W 2006 r. 1 200 000 zł stanowiły przychody TVP z reklam. Razem budżet publicznego nadawcy to 1 700 000 zł. Raportowane przez TVP koszty realizacji misji publicznej to 1,6 mln zł, zysk wyniósł 39,5 mln zł i zmalał w stosunku do poprzedniego roku o 32 proc. Parę pytań ciśnie się na usta: dlaczego przy rosnącym rynku reklamowym i wzroście przychodów nożyce zysków, zamiast się rozwierać, w przypadku TVP się zwierają? Czy powszechne prawa ekonomii nie dotyczą telewizji publicznej 1,6 mln zł, jakie kosztowała misja publiczna w TVP, to ogromna kwota przekraczająca całość środków Ministerstwa Kultury. Co za te pieniądze wyprodukowano? Jakie programy, filmy, seriale? I co najważniejsze, gdzie te wszystkie dobra kultury są, skoro w ramówce TVP ich nie widać? W tym roku rynek reklamowy dynamicznie rośnie. Prognozuje się wzrost wydatków na reklamę w telewizji o 12 proc., jednocześnie sprzedane zasoby czasu reklamowego w TVP wzrosły o 40 proc. i reklama zajmuje już 9 minut na godzinę, czyli zaledwie jedną czwartą mniej niż dopuszczalny limit w stacjach komercyjnych. Można zatem zasadnie przewidywać wzrost przychodów TVP o gigantyczną kwotę 480 mln zł, zakładając konserwatywnie utrzymanie cen na ubiegłorocznym poziomie. Wystarczy zatem nie podwyższać kosztów, by telewizja publiczna była w stanie utrzymać się bez abonamentu. Wzrost przychodów z reklam powinien całkowicie zrównoważyć utratę wpływów abonamentowych. TVP może spać spokojnie – rynek reklamowy udźwignie nawet koszty publicznego molocha, który zatrudnia dziesięć razy więcej ludzi niż jego prywatni konkurenci. Jeśli to, co robi dotychczas TVP, to realizacja misji, nie powinna ona ucierpieć i nie trzeba nawet szukać oszczędności. Bardzo często obrońcy status quo w mediach publicznych, nie mając z oczywistych przyczyn argumentów przeciw zniesieniu abonamentu, w przypadku TVP powołują się, podobnie jak prezes Czabański, na Polskie Radio jako dobro kultury nieuchronnie skazane bez wpływów abonamentowych na zagładę. Jednak Polskie Radio, podobnie jak telewizja, jest liderem na polskim rynku. Wszystkie stacje (PR 1, PR 2, PR 3, PR Bis; PR stacje lokalne tzw. Audytorium 17) mają 25,3 proc. udziału w rynku słuchalności i jest to o 5 proc. więcej od największej stacji komercyjnej RMF (wraz z RMF Classic i Maxx) i o 27 proc. więcej od wszystkich stacji należących do grupy Eurozet. Kolejne miejsca zajmują: ZPR (Eska, Eska Rock, VOX FM, Wawa, Hit FM) z udziałem 9,35 proc., Agora (Złote Przeboje, TOK FM, Roxy FM) oraz Adpoint (Planeta, Radio 94, Flash) – 1,7 proc. Udział radia publicznego w słuchalności kompletnie nie przekłada się na udział w rynku reklamowym, i to mimo że nie ma w radiu ograniczeń w nadawaniu reklam, którym poddana jest telewizja publiczna. Nie widzę więc żadnego powodu, by radio publiczne generowało jedynie jedną trzecią przychodów reklamowych w stosunku do swojej mniej popularnej komercyjnej konkurencji (przychody radia publicznego z reklam w okresie od stycznia do października, według Expert Monitor, wynoszą brutto 111 mln zł, RMF – 324, Radia Zet – 318, ZPR – 310). Nawet radiostacje Agory cieszące się słuchalnością niższą o 82 proc. od radiostacji Polskiego Radia wykazują wpływy wyższe o 40 proc.! Może pan prezes, zamiast biadolić nad likwidacją publicznej radiofonii, poświęciłby czas na zbadanie przyczyn chronicznej nieudolności własnej instytucji. To, że łatwiej wyciągnąć rękę po publiczne pieniądze, to słaba wymówka. Najwyraźniej prezesowi jak każdemu politykowi bliżej jest do pieniędzy z kieszeni podatników niż do racjonalnego zarządzania powierzoną mu instytucją. Jeśli Polskie Radio ponosi koszty związane z realizacją misji publicznej w wysokości 494 mln zł, to blisko połowę tej sumy można pokryć poprzez zwiększenie wpływów reklamowych do wysokości odpowiadającej udziałowi radiostacji publicznych w słuchalności. Nie jest też dla mnie oczywiste, że misja musi być realizowana przez cztery stacje ogólnopolskie i 17 ośrodków regionalnych. Może wystarczyłyby dwie? Mam zatem dla pana prezesa parę rad: po pierwsze, proszę zrezygnować z zarabiających na polskim radiu pośrednikach, gdyż prawie całość oferty reklamowej Polskiego Radia jest sprzedawana z drugiej ręki, co stanowi najlepszy dowód na nieudolność kierownictwa. Po drugie, niech pan powierzy sprzedaż czasu reklamowego w radiu Biuru Reklamy TVP. Ten zespół świetnie zna realia rynku i jest w stanie potroić wpływy Polskiego Radia z reklam praktycznie bez inwestycji. Po trzecie, proszę się zastanowić, czy Polskiemu Radiu potrzebne są trzy orkiestry i chór, może wystarczy jedna? Może Polskie Radio nie powinno wyręczać Ministerstwa Kultury, sprawując tak liczny i stały, jak pisze pan w swym liście, mecenat nad „instytucjami i środowiskami twórczymi”. Może aż cztery stacje ogólnopolskie to zbyt dużo? Proszę nie tracić czasu na pisanie listów. Niech pan lepiej zajmie się tym, za co panu płacą: wprowadzeniem elementarnych zasad racjonalnego zarządzania instytucją, którą pan kieruje. Dla słuchaczy i dla radia, i dla jego misji może pan zrobić w ten sposób wiele dobrego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA