Kultura

Europejski Kongres Kultury: Sierpowy artystów

Gwiazdą był Krzysztof Penderecki. Na zdjęciu (od prawej) z Markiem Mosiem (Aukso) i Jonnym Greenwoodem (Radiohead)
EKK/Marcin Oliva Soto
Europejski Kongres Kultury ujawnił siłę sztuk wizualnych i remiksu
Kongres był trafioną inwestycją. Podniesie nasze notowania na europejskiej giełdzie, ponieważ Wrocław stał się areną spotkania mistrzów światowej kultury. Obsypanych Oscarami, Polar Prize i Grammy – Pendereckiego, Rybczyńskiego, Bałki, Greenwooda, Aphex Twin, Eno, Kaegi, Furlano, Lupy. Tych, którzy decydowali i będą decydować o przyszłości sztuki. Europejski Kongres Kultury - czytaj więcej
Imprezy oglądali dyrektorzy festiwali w Edynburgu i Awinionie, ministrowie kultury UE, i to musi mieć wpływ na ich artystyczne oraz finansowe decyzje. Kilkusetmetrowa kolejka młodych ludzi przed Halą Stulecia nie ustawiła się po bilety na walkę Kliczki czy show Lady Gagi, lecz na koncert Krzysztofa Pendereckiego. Pokazał się jako patron młodych kompozytorów piszących partyturę jutra.
Potęga dźwięku, z jaką uderzył Aphex Twin w kilkutysięczną widownię remiksem twórczości polskiego kompozytora, mało nie zmiotła z estrady orkiestry Aukso, widzów zaś wbiła w fotele. Oszałamiające wrażenie robił na ekranach kalejdoskop przetworzonych portretów autora "Polymorphi". Gdy wiązki laserowego światła cięły przestrzeń hali na barwne płaszczyzny, irlandzki didżej wykrajał z kompozycji "Ofiarom Hiroszimy – Tren" i "Kanonu" najmocniejsze fragmenty i miksował, dając im drugie życie. Utwory wzorowane na Pendereckim pokazały, że wiele musi się jeszcze od niego nauczyć. Jonny Greenwood z Radiohead skomponował "48 Responses to Polymorphia". Udało mu się coś niesamowitego: pokazał, że orkiestra pod dyrekcją Marka Mosia potrafi zagrać więcej niż komputer odtwarzający setki muzycznych ścieżek – i to w jednej chwili. Czekamy na płytę i pierwsze miejsce na awangardowej liście przebojów.

Ludzie i awatary

Hitem wystawy młodych kuratorów była instalacja "Śniło mi się, że jestem gwiazdą". W wesołym miasteczku, wsuwając głowę w otwór makiety, mogliśmy się stać pilotem lub gwiazdą Hollywood. Masa Cvetko i Alenka Korenjak odtworzyły plan "Popiołu i diamentu", a używając komputerowego miksera, podpowiadając amatorom dialogi przez teletrompter, dały szansę zagrania roli Zbyszka Cybulskiego i obejrzenia jej – wklejonej w oryginalną ścieżkę. Eksperyment uczy pokory wszystkich tych, którzy myślą, że zagrać w filmie każdy może. Zbigniew Rybczyński, od 2009 r. szef wrocławskiego studia nowych technologii wizualnych, przekonywał, że najważniejsze dzieła XXI w. stworzą artyści programiści w języku komputerów. Zaprezentował też śmiałków, którzy pracują nad megawirtualnością. Dzięki nim już niedługo aktorzy – a może ich awatary, będą grać na tle dowolnego pejzażu – antycznego bądź przedwojennej Warszawy. Sprzęt HD sprawi, że nie odróżnimy prawdy od fikcji. Massimo Furlan odtworzył konkurs Eurowizji z 1973 r. tradycyjnie – używając kostiumów i wyobraźni. Z jednej strony obnażył idiotyzm muzycznego projektu europejskich biurokratów, którzy niczym dr Frankenstein chcieli stworzyć nową kosmopolityczną sztukę, a wyprodukowali kiczowatego potworka. Z drugiej, pokazał, że siła Europy polega ma zdolności do krytycznej autorefleksji. Posługując się artystycznym recyklingiem, nawet z kiczu potrafimy zrobić inteligentne dzieło. Przekonywał o tym Cliff Richard, który dzięki magii teatru zszedł z telebimu na scenę. Dowodził, że kopia może być ciekawsza od oryginału, jeśli pozwala zdefiniować istotę cywilizacyjnych zjawisk w ironiczny sposób. Chodzi o to, by nie bać się nazywać je po imieniu, tak jak to uczynił Oskar Dawicki w happeningu "Anatomia złego smaku". Częstował gości zjawiskowo wyglądającymi daniami i trunkami, po których wszyscy mieli mdłości – jak po lekturze tabloidu czy obejrzeniu konkursu Eurowizji. Wniosek prosty: sztuka musi być odtrutką na szmirę. Albo kłamstwo ideologii, w które uderzył Mirosław Bałka. Swoją instalacją skomentował stuletnią historię Hali Stulecia, miejsca faszystowskich i komunistycznych sabatów. Do gigantycznego silosu wpuścił z dużej wysokości strumień brudnej wody, który cyrkulował w zamkniętym obiegu. Ostrzegał przed politykami, którzy wciąż mącą nam w głowach.

Solidarność sztuki

W wypełnionym po brzegi audytorium odbywały się debaty o tym, jak tworzyć sztukę użyteczną społecznie. Aneta Szyłak mówiła o gdańskim Instytucie Sztuki Wyspa i pracach Grzegorza Klamana na terenie Stoczni Gdańsk. Doprowadził do pojednania Andrzeja Gwiazdy z Lechem Wałęsą, wykorzystując sobowtóra przewodniczącego. Spełnił marzenia Polaków zawiedzionych profanacją idei "Solidarności", jakiej dopuścili się jej twórcy. Zorganizował też autobusową "Linię subiektywną", której każdy pasażer może wyrazić swoje poglądy, nie będąc cenzurowanym lub poniżanym. Stefan Kaegi, lider Rimini Protokoll, mówił o projekcie "Miasta równoległe". Jego bohaterkami są sprzątaczki hoteli Ibis zatrudnione w Warszawie, Buenos Aires i Berlinie. Ograniczone przez pracodawców do roli robotów – opowiadają o tym, że mogą sprzątać sformatowane pokoje hotelowej sieci z zamkniętymi oczami, podczas wideoprojekcji miały okazję opowiedzieć koleżankom z koncernu kim są, o czym marzą, a także poznać swoich szefów. Kaegi uwalnia człowieka z odhumanizowanej ekonomicznej rzeczywistości. Nokautuje globalizm humorem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL