fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szansa na hat trick Pawlaka

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Kto będzie premierem po 2010 roku, jeśli Donald Tusk wystartuje w wyborach prezydenckich i je wygra? Może... Waldemar Pawlak? Taki scenariusz jest możliwy – pisze psycholog społeczny
Słusznie Waldemar Pawlak jest wychwalany przez prasę za to, że w ciągu ostatnich siedmiu lat pokonał swoje różne ograniczenia. Należy takie postawy doceniać, stawiać za wzór. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że nie można zmienić swojej osobowości ot tak, jakby zmieniało się siermiężnego poloneza na nowoczesny japoński samochód. Nawet po psychicznym liftingu pewne elementy pozostaną ze starszej, kanciastej wersji Pawlaka, a ich działanie ujawni się w sytuacji trudnej, na politycznych wybojach.
Dziś żaden komentator nie wróżyłby chyba Waldemarowi Pawlakowi posady premiera. Tyle tylko, że nikt przed 1992 rokiem nie przewidywał, że Pawlak aż dwukrotnie będzie desygnowany na ten zaszczytny urząd. W tych przypadkach musi więc być jakaś prawidłowość. Pierwszy raz Pawlak został desygnowany przez Lecha Wałęsę na stanowisko szefa rządu w czerwcu 1992 roku, po „aferze teczkowej”. Ważnym powodem decyzji prezydenta było to, że młody Pawlak znakomicie się nadawał na figuranta. Wydawał się na tyle nieociosany, by nie wyrosnąć na nową gwiazdę, która przewróciłaby polityczny firmament. Jego misja była wtedy z góry skazana na niepowodzenie. Za jego plecami był formowany rząd Hanny Suchockiej. Niemniej jednak już rok później, w 1993 roku, Pawlak stanął na czele koalicji rządowej SLD – PSL, mimo że to SLD wygrał wybory. Drugie premierowanie Pawlaka mogły tłumaczyć interesy polityczne Kwaśniewskiego, który – zainteresowany przyszłą prezydenturą – nie chciał stworzyć sobie silnego i medialnie wyrazistego konkurenta z grona SLD. Pawlak rzeczywiście nie stanowił zagrożenia – w wyborach w 1995 roku zdobył jedynie 4,3 proc. głosów. Nie wiadomo jednak, czy historia nie zatoczy koła. Co działoby się w 2010 roku, gdyby Donald Tusk zdecydował się startować w wyborach prezydenckich i je wygrał? Kto zostałby premierem? Może... Waldemar Pawlak? Jest kilka powodów, dla których taki scenariusz jest możliwy, choć oczywiście nie jest wysoce prawdopodobny. Po pierwsze w Platformie nie ma dziś silnej politycznie i popularnej postaci, która mogłaby niejako naturalnie przejąć premierowską schedę po Tusku. Być może jest jakaś słuszność w komentarzach, które zakładają, że Tusk chciałby być jedyną gwiazdą we własnej partii. Może nie chciałby tworzyć sobie kontrkandydata w obrębie Platformy? Ale przy okazji pozbył się także potencjalnych następców. Z trzech tenorów zakładających PO pozostał tylko Donald Tusk. Odszedł także d’Artagnan, szermierz słowa, czyli Jan Rokita. Bronisław Komorowski dostał posadę marszałka Sejmu – oficjalnie drugiej osoby w państwie, faktycznie urzędnika zawalonego codzienną pracą. Pawlak ma więc pewną szansę na hat trick. Niewykluczone, że objęcie przez niego za trzy lata premierowskiego fotela zostałoby pobłogosławione przez Tuska. Bowiem według wielu analiz PSL jest dziś jedyną partią mogącą odebrać PiS elektorat ludowy, z małych miasteczek, zwłaszcza ze wschodniej części Polski. Być może więc Platforma – chcąc równocześnie osłabić PiS i wzmocnić PSL – sceduje na lidera tej partii kierowanie rządem. Możliwe, że Waldemar Pawlak – w znany tylko sobie sposób – do takiego scenariusza będzie potrafił przekonać Donalda Tuska. Jakie sposoby polityczne ma Pawlak? Jest on niepozornym, ale zręcznym politykiem. Po odwołaniu z funkcji premiera wycofał się na siedem lat z pierwszego szeregu polityki. W tym okresie zmienił się z „cyborga” w żartownisia (potrafi dziś rzucić niespodziewanie, że „bagnetami można przywrócić porządek, ale trudno na nich siedzieć”), światłego polityka (cytującego Fukuyamę), stratega (w ostatnich wyborach konsekwentnie zajął niszę partii opowiadającej się za porozumieniem, normalnością, nie angażował się w spory), biznesmena (do 2005 roku był prezesem zarządu Warszawskiej Giełdy Towarowej), piewcę nowych technologii. Ta metamorfoza świadczy o inteligencji, samozaparciu, ogromnej motywacji do samodoskonalenia. Za trud zmian ludzie nagrodzili Waldemara Pawlaka ogromnym zaufaniem (ufa mu 50 proc. Polaków, natomiast Tuskowi o 1 punkt procentowy mniej). Gdyby ponownie „odstawić” Pawlaka na siedem lat, to być może narodziłby się polityczny Leonardo da Vinci, prezydent Waldemar Pawlak. Wielu komentatorów twierdzi, że zagrożeniem dla rządu Tuska jest jego koalicjant, czyli PSL. Zgadzają się z hasłem tej partii „Porozumienie służy ludziom”, aczkolwiek inaczej je interpretują niż jego autorzy. Porozumienie ma służyć „ludziom PSL”. Wśród najczęściej wymienianych argumentów są niewyjaśnione, ciemne sprawki z przeszłości: powołanie na stanowisko prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych polityka PSL Stanisława Dobrzańskiego (pod hasłem: „Staszek chciał się sprawdzić w biznesie”), afery z „trójkątem Buchacza” czy też z firmą InterAms, której właścicielem był kolega Pawlaka. Pawlak w nowoczesnej wersji, po liftingu, ma być gwarantem tego, że nie powtórzą się afery, wykorzystywanie pozycji przez polityków PSL do nagradzania swoich zwolenników. Moim zdaniem to zagrożenie będzie nieaktualne tak długo, jak długo rząd i Waldemar Pawlak będą w dobrej kondycji, nie nastąpi kryzys gospodarzy, jakieś zagrożenie, afera, silny spór polityczny. Niestety, w sytuacjach trudnych w ludziach (a i w partiach) budzą się głęboko ukryte demony. Kiedy napięcie staje się zbyt duże, pojawiają się błędy (wtedy mówi się „a sio” do reporterów). Choć dojrzały Pawlak nieźle sobie radzi ze swoim temperamentem, z jego ostatnich wywiadów z Moniką Olejnik czy z Jackiem Żakowskim widać, że po kilku konkretach, dobrych zwrotach lider PSL zaczyna odpowiadać w sposób wymijający, ogólnikowy, mdławy. W miarę upływu czasu, i zadawana kolejnych trudnych pytań kontrola emocjonalna jest coraz mniej skuteczna. Ponadto Waldemar Pawlak jest raczej osobą zamkniętą w sobie, introwertyczną. Ten temperament sprawia, że dziennikarze siedem lat temu obdarzyli go mianem „cyborga”, „terminatora”; stał się przedmiotem żartów. „Kult” śpiewał o nim piosenkę „Panie Waldku, pan się nie boi...”. Introwertycy są często bardzo reaktywni emocjonalnie, lękliwi. Ta lękliwość przejawiała się w ciągu 33 dni pierwszego premierostwa Pawlaka, w 1992 roku, a także w okresie drugiego premierostwa, wyhamowania tempa zmian, unikania konkretów, trudności w podejmowaniu decyzji (pytany o to, kiedy podpisze listę firm przeznaczonych do Programu NFI, odpowiedział, że zrobi to po powrocie z Radomia. „A kiedy pan jedzie do Radomia?” – spytał dziennikarz. „Na razie się nie wybieram” – odparł). Teraz Waldemar Pawlak jak mantrę powtarza swoje pierwsze zamierzenie, jakim jest zniesienie podatku Belki. Natomiast nic nie wiadomo o dalszych planach wicepremiera. Jaki będzie los KRUS, Euro, podatku liniowego itp.? Czyżby znów, podobnie jak siedem lat temu, czekał nas odpoczynek w reformach? Gorzej, gdyby do Polski zawitało widmo kryzysu gospodarczego, którego odległe zwiastuny widać już w Stanach Zjednoczonych. W sytuacji zagrożenia ludzie dbają o „swoich”. PSL to różni od innych partii, że owymi „swoimi” są nie Polacy, lecz ludowcy, czyli własne struktury partyjne. Kiedy trudniej będzie o pracę, prowadzenie działalności biznesowej, mogą powrócić stare demony. Młody Waldemar Pawlak, obarczony piętnem swojego temperamentu, nie podołał kiedyś szansie, którą dał mu los. Potem nastąpiło siedem lat chudych, refleksji, zmian, przygotowań. Teraz więc pewnie czas na lata tłuste. Przejawem zręczności Pawlaka jest układ koalicyjny z PO, w którym malutki klub parlamentarny otrzymał trzy ważne ministerstwa i możliwość realnego wpływania na wszystkie ważniejsze decyzje rządu. Zgodnie z temperamentem Pawlaka odłożono na nieokreśloną przyszłość wszelkie ważniejsze reformy planowane przez Platformę. Bardziej negatywny scenariusz można przewidywać, kiedy nastąpi odwrócenie sondaży i koalicja rządowa zacznie tracić poparcie. Wtedy PSL może postawić pod ścianą Platformę, a rząd pewnie ogarnie paraliż. Dlatego Tusk nie ma wyboru – musi z jednej strony dostosować się do strategii Pawlaka, a z drugiej odnieść szybko sukces, aby spełnić oczekiwania wyborców. Czy uda mu się wykonać taki szpagat? Autor jest psychologiem społecznym, kierownikiem Studiów Podyplomowych Psychologia Reklamy organizowanych przez Uniwersytet Warszawski i agencję reklamową Publicis
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA