fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Triumfalny powrót The Eagles

Rzeczpospolita
Amerykanie wydali pierwszy od 28 lat w pełni nowy, podwójny album. Jeden krążek jest countrowy, drugi dla nas ciekawszy – poprockowy. Po tygodniu „The Long Road Out Of Eden” rozszedł się w 700 tys. egzemplarzy
Zgadzam się z Donem Henleyem z The Eagles, że album „The Long Road Out Of Eden” powinien być krótszy. Pozostali muzycy zadecydowali jednak, że będzie zawierać 20 utworów. Pewnie dlatego, że nieraz rozstawali się z powodu osobistych niesnasek, postanowili nie krytykować swoich kompozycji i zaakceptowali wszystkie.
Z nowego repertuaru można wykroić co najmniej dwa kompakty – country-folkowy i poprockowy. Nie jest to bez znaczenia, bo o ile w Ameryce ta pierwsza konwencja ma licznych fanów, o tyle Europa podobnych sympatii nie podziela. Pewnie dlatego w Polsce grany jest przez radia właściwie tylko jeden przebój The Eagles – „Hotel California”. Oczywiście i na pierwszym countrowym kompakcie są przepiękne kompozycje – jak choćby śpiewana a cappella uwertura „No More Walks In The Wood”, tkliwe „Waiting In The Weeds” czy funkująca „Fast Company”. Myślę jednak, że Polakom bardziej przypadnie do gustu drugie CD.
Najlepsza jest piosenka tytułowa, rozbudowana do 10 minut – z solówką, która przypomina „Hotel California”, choć klasą jej nie dorównuje. Świetnie słucha się gitarowych riffów w „Frail Grasp In The Big Picture”, świeżo i intrygująco wypadło przetworzenie latynoskich rytmów w „Last Good Time In Town”. Podobać się będzie taneczne „Business As Usual” i piękna gitarowa ballada „Center Of The Universe”. O ile na temat muzyki można się spierać, o tyle rynkowej siły The Eagles lekceważyć nie można. Ich „Greatest Hits” wydane w latach 70. sprzedało się do dziś w 40 mln egzemplarzy. Lepszy wynik osiągnął tylko „Thriller” Michaela Jacksona. Premierowy album tylko w pierwszym tygodniu obecności na rynku rozszedł się w USA w 700 tysiącach egzemplarzy. A jest dystrybuowany tylko przez jedną sieć sklepów – Wal-Mart, co zazwyczaj powiększa ryzyko przedsięwzięcia. Jednak nie w przypadku The Eagles. Stąd obecne domysły, że zespół specjalnie wydłużył do sześciu lat sesję nagraniową, by wynegocjować lepszy kontrakt dystrybucyjny. Inna wersja bierze pod uwagę fakt, że grupa musiała uregulować kwestie prawne, gdy odszkodowania domagał się wyrzucony z niej przed kilku laty Don Felder. Członkowie grupy zarzekają się, że dopiero jego odejście pozwoliło stworzyć nowe piosenki. Przestały też powracać ponure wspomnienia z przeszłości, kiedy The Eagles zachowywali się wobec siebie jak rozrabiacy z punkowej kapeli. Bernie Leadon fakt zerwania z zespołem zakomunikował, wylewając piwo na głowę Henleya. Timothy B. Schmit, który wzmocnił formację pod koniec lat 70., był przerażony zastaną sytuacją. W lipcu 1980 r. doszło do tak zwanej złej nocy w Long Beach, kiedy muzycy kłócili się na scenie w obecności widowni, a potem pobili się jak kowboje w saloonie, co zapoczątkowało rozpad. Nawet teraz nie kryją, że album rodził się w bólach i może być ostatnim, jaki nagrali razem. Może to prawda, choć niewykluczone, że w tym komunikacie kryje się sugestia, by czym prędzej pobiec do sklepu po płytę lub na koncert, nie patrząc na to, że najlepsze miejsca kosztują 300 dolarów. Do nas The Eagles pewnie przyjadą, a album trafia do sprzedaży z opóźnieniem, bo negocjowano polską cenę – 34,99 zł. The Eagles, The Long Road Out Of Eden, Universal CD2007
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA