fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Polska w sercu Ebiego

Rzeczpospolita
Rz: Czuje się pan największym bohaterem eliminacji?
Euzebiusz Smolarek: Nie, po prostu strzelałem bramki, a pracowała na nie cała drużyna. Jakbym nie ja przystawiał nogę w odpowiednim momencie, to robiłby to kto inny. Najważniejsze, że jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być. Na początku gry o Euro nie miał pan miejsca w składzie, a teraz Leo Beenhakker nosi pana na rękach.
Dziękuję trenerowi, że znalazł dla mnie to miejsce, bo w pierwszym meczu, z Finlandią, siedziałem na ławce. Beenhakker wie, jak bardzo tego nie lubię. Nie bałem się mówić o tym głośno, bo tak powinien myśleć piłkarz. Ale w ogóle moje pierwsze powołania i mecze dla Polski, jeszcze długo przed przyjściem Beenhakkera, nie były łatwe. Wszyscy wiedzieli, czyim jestem synem. Jestem z tego dumny, ale nie wtedy, gdy słyszę, że gram w reprezentacji za nazwisko. Mnie tata na boisku za rękę nie trzyma, sam o wszystko walczyłem. I chciałem walczyć właśnie dla Polski. Może źle mówię po polsku, ale w sercu mam ten kraj. I bardzo się cieszę, że ten kraj mnie chciał. A co pan powiedział Beenhakkerowi, gdy stanęliście razem po zejściu z boiska? Przypomniałem mu, jak to było, gdy byłem juniorem i on co sobota przychodził do Varkenoord, ośrodka Feyenoordu, żeby się nam przyglądać. Powiedziałem: „Pewnie pan wtedy nie myślał, że kiedyś coś takiego dla pana zrobię, prawda?”. A salutowanie po pierwszym golu co miało znaczyć? Powiem, jak skończę karierę. Które gole z tych dziewięciu w eliminacjach były najważniejsze? Sobotnie, bo decydujące. Ale wszystkie moje bramki były takie, jak lubię. Nie na 4:0 czy 5:0, ale bardzo znaczące. Z Belgią padły dopiero, gdy trener kazał wam się zamienić miejscami: pan do ataku za Macieja Żurawskiego, Żurawski tam, gdzie grał wcześniej Jacek Krzynówek, a Krzynówek na lewą stronę, gdzie wcześniej biegał pan. Może tak powinno być od początku? Mnie się na lewej stronie też dobrze gra. Jeśli takie zamiany nam służą, to możemy je robić w każdym meczu. Trener się popłakał, pan też? Nie, chłopaki nie płaczą, a na pewno nie do kamer. A to, co zrobił Beenhakker, gdy do niego podbiegłem, było bardzo miłe. Przed meczem było śmiesznie, bo trener zagadnął: „Co tam, Ebi, strzeliłeś trzy bramki Kazachstanowi, tak? Ciekawe, czy dzisiaj strzelisz”. Ja powiedziałem: „Zobaczymy, trenerze. Dzięki tym moim trzem bramkom tutaj jeszcze jesteś i będziesz do 2010 r.”. Trochę się pośmialiśmy. Trener też. Gdy 50 tysięcy kibiców krzyczy „Ebi! Ebi!”, to czuje się miły dreszcz? Na pewno, w Polsce pierwszy raz słyszałem to od tak wielkiego tłumu, ale przecież grałem już w Dortmundzie przy 80 tysiącach i tam też strzelałem bramki. Chcę jeszcze coś powiedzieć: po meczach mam zwykle jakieś żale do wyrzucenia, to i teraz to zrobię. W poniedziałek, gdy przyjechałem na zgrupowanie kadry, dostaliśmy do podpisania karty reprezentanta przygotowane przez głównego sponsora. Był tam błąd w moim imieniu. Pomyślałem sobie, że sponsor kadry mógłby wiedzieć, jak się nazywam i że meczem w Chorzowie mu o tym przypomnę. Nazywam się Smolarek. Eu-ze-biusz Smolarek. Tym razem też pan wziął piłkę jak po meczu z Kazachstanem? Nie, bo strzeliłem tylko dwie bramki, a piłka się należy za trzy. Przy pierwszej ruszył pan do przodu, jakby już wcześniej wiedział, że Vertonghen się pomyli. Widziałem, że on popatrzył najpierw na bramkarza, potem na środek boiska. Jest młody, więc można się było spodziewać jakiegoś błędu. Ruszyłem sprintem, gdy już kopał piłkę. I udało się, wyprzedziłem bramkarza. Podobną bramkę zdobył w 1973 r. w Chorzowie Włodzimierz Lubański w meczu z Anglikami. No to mnie jeszcze wtedy nie było na świecie. Przy drugiej bramce też byłem spokojny. Widziałem, że bramkarz już się położył, więc pomyślałem, że go przelobuję. Nie trzeba było uderzyć mocno, byle trafić. Co było gorsze w sobotę: presja czy zimno? Presja to jest coś, co istnieje tylko w głowie. Kto jest odpowiednio skoncentrowany, umie o niej zapomnieć. Nie był to łatwy mecz, nie graliśmy dobrze, ale jedziemy na mistrzostwa i to jest najważniejsze. Dla takich meczów zostaje się piłkarzem? Tak, teraz wszystko jest świetnie. „We are winning, we are friends”. Ciekawe jak długo. Ma pan już 13 bramek w reprezentacji, tyle co ojciec. To jeszcze nie powód, żeby mówić, że jestem tak samo dobry. Pamiętam, co on osiągnął z reprezentacją, i czuję respekt.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA