Polityka

Kielecki Czołg na szefa Klubu PiS?

Rzeczpospolita
Od miesięcy prawie nie było go w mediach, teraz może go być jeszcze więcej niż dawniej
– Zostawcie Przemka na pustyni, a zamieni ją w oazę – żartował kiedyś publicznie z Przemysława Gosiewskiego Jarosław Kaczyński. I wie, co mówi, bo gdy w 2001 roku wysłał Gosiewskiego do Kielc, żeby budował tam struktury PiS, Świętokrzyskie było bastionem postkomunistów. W ciągu sześciu lat stworzył tam tak silną partię, że w ostatnich wyborach PiS wyraźnie pokonało konkurencję, a sam Gosiewski uzyskał blisko 140 tysięcy głosów – czterokrotnie więcej niż drugi w kolejności lider tamtejszej PO Konstanty Miodowicz. – Udowodniłem, że nie ma podziału na polityków krajowych i regionalnych, tylko na skutecznych i leniwych – mówi „Rz” wicepremier. Dzięki tym wynikom pozycja Gosiewskiego w PiS rośnie.
Jest najpoważniejszym kandydatem na nowego szefa Klubu PiS. Zawsze słynął z tego, że ma „parcie na szkło”. – Trudno w Sejmie przejść dziesięć metrów, żeby nie spotkać kilku dziennikarzy – bagatelizuje to dzisiaj. Jednak rok temu zniknął z ekranów, zamknął się w swoim gabinecie w Kancelarii Premiera, z którego wychodził często po północy. Każdą wolną chwilę spędzał w Świętokrzyskiem. Przez ostatnich sześć lat spotkał się tam z wyborcami dwa tysiące razy. – Wbrew swojemu medialnemu wizerunkowi jest ciepły i bezpośredni. Ludzie go lubią – mówi jego kolega z czasów Porozumienia Centrum, poseł Marek Suski. Ale Miodowicz nie szczędzi słów krytyki: – Jego relacje z elektoratem to prosty mechanizm: dojechać do wyborcy, podać rękę, możliwie mocno ją uścisnąć i obiecać dowolną rzecz, której sobie życzy. Gosiewski rzeczywiście obiecuje na potęgę, ale trudno odmówić mu skuteczności.
Dwa lata temu obiecał mieszkańcom Włoszczowy peron kolejowy i to, że będzie się w niej zatrzymywał ekspres z Krakowa do Warszawy. Słowa dotrzymał, ale spadła na niego fala krytyki, że wydaje duże publiczne pieniądze na zachcianki swojego elektoratu (sprawą na wniosek posłów PO zajęła się prokuratura). Wyborcy się tym nie przejęli. We Włoszczowie zdobył ponad dwa razy więcej głosów niż pozostałych 31 kandydatów razem wziętych. – Media nagłośniły sprawę, bo chciały na mnie zrobić nagonkę, ale dzięki temu Włoszczowa stała się symbolem poprawy polityki rządu wobec małych miejscowości – tłumaczy Gosiewski. Za swoje sukcesy uważa także duże pieniądze od rządu i UE na rozwój regionu, działania na rzecz budowy lotniska w Kielcach oraz fakt, że Akademia Świętokrzyska będzie wkrótce uniwersytetem. – To wszystko kłamstwa – grzmi poseł Miodowicz. – Gosiewski podpina się pod wszystkie korzystne dla regionu decyzje budżetowe – krytykuje. Jak Gosiewski trafił do polityki? Pochodzi ze Słupska, wychował się w Darłowie. W czasie studiów na Uniwersytecie Gdańskim zaangażował się w działalność opozycyjną. Został szefem NZS na uczelni, a w 1988 roku nawet jednym z przywódców wielkiego strajku studenckiego. Gdy w połowie lat 80. poznał braci Kaczyńskich, pochłonęła go działalność polityczna, przez co pracę magisterską obronił dopiero w 1997 roku. Chciał przed wyborami wpisać na ulotkach, że ma wyższe wykształcenie. W wolnych chwilach chodzi z żoną do warszawskiej opery. – Zaczyna się sezon, więc będzie nas tam można często spotkać – zapowiada. W partii Gosiewski jest nazywany Czołgiem. Potrafi pracować przez kilkanaście godzin dziennie i jest doskonale zorganizowany. – Czyta list, dyktuje sekretarce pismo, odbiera telefon, a w międzyczasie je kanapkę, bo szkoda mu czasu na obiad w restauracji – opisuje jedną z wizyt w jego gabinecie poseł Suski. – Potrafi prowadzić kilkanaście spraw naraz i nad wszystkim ma pełną kontrolę – dodaje Ryszard Klimczyk, działacz PiS z Gdańska, który za czasów PC pracował z Gosiewskim w jednym gabinecie. – Nie spotkałem nikogo, kto byłby bardziej oddany jakiejś organizacji, niż on był oddany PC. I to zupełnie bezinteresownie. Pracował 20 godzin dziennie i nigdy nie pytał, co będzie z tego miał – mówi Klimczyk. W partii nie brakowało jednak głosów, że jest karierowiczem. Szczególnie w latach 90., gdy jako sekretarz zarządu głównego PC miał za zadanie pilnować struktur partii w terenie. Lokalni działacze przelewali na niego wszystkie swoje frustracje. Jednak czasy, gdy kierował Klubem PiS, jego koledzy oceniają bardzo dobrze. – Klub za jego czasów działał jak szwajcarski zegarek. O niebo lepiej niż za Kuchcińskiego – mówi jeden z posłów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL