fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sławomir Sierakowski o rewolucji w krajach arabskich

Sławomir Sierakowski
Rzeczpospolita, Raf Rafał Guz
Zachód zamiast wymagać od ludów północnej Afryki imitacji znanych mu z własnego porządku instytucji, powinien chuchać i dmuchać na każdą ideę, wokół której zorganizują się ludzie – twierdzi szef "Krytyki Politycznej"
Oceniając szanse dzielnych ludów Maghrebu szturmujących swoje autokracje, warto już dziś postawić pytanie, dlaczego rewolucje się nigdy nie udają? Dlaczego zawsze kończą się restauracją? Czy w związku z tym należy już szykować się na restaurację w zrewoltowanych krajach islamskich?

Bezpański etos  "Solidarności"

O rewolucji "Solidarności" w Polsce mówi się z ukrywanym bądź jawnym smutkiem. Dobre słowa płyną jakby z obowiązku. Powodów do powszechnego absmaku jest wiele. Być może najbardziej bezpośredni jest ten, że do tradycji solidarnościowej najgłośniej przyznaje się dziś środowisko gromadzące się wokół Jarosława Kaczyńskiego, wraz z samym związkiem zawodowym "Solidarność" – formalnym kontynuatorem słynnej na cały świat "Solidarności" z 1980 roku. U dołu środowisko to gromadzi ludzi przegranych i najbardziej sfrustrowanych Polaków, którym każdy porządny człowiek powinien okazywać solidarność, ale u góry – najbardziej cynicznych i bezwstydnych. Pierwszych z drugimi wiąże populistyczny kontrakt. Dla sfrustrowanych mas najbardziej charyzmatyczny okazuje się ten, który ma największy deficyt lęku, czyli największy rozrabiaka. Zaś rozrabiaka odgrywa rolę mściciela na reszcie transformacyjnych elit, odpowiedzialnych świadomie lub nie za upadek tych pierwszych. Kontrakt jest populistyczny, bo ci na dole nie mają żadnych innych korzyści ze swojej reprezentacji poza symboliczną satysfakcją.
W ten sposób – nie tylko w Polsce zresztą – obrońcy wykluczonych podczas swoich rządów zajmują się obniżką podatków dla najbogatszych i innymi działaniami sprzyjającymi de facto wykluczeniu. O "Solidarności" nie potrafią bez kłopotu myśleć także pozostałe środowiska polityczne w Polsce. Druga odwołująca się do tej tradycji partia pod kierownictwem Donalda Tuska zbudowała sobie tożsamość na liberalizmie ekonomicznym, stanowiącym nie tylko zagrożenie dla każdego związku zawodowego, ale rozpuszczającym samoorganizujące się społeczeństwo w rywalizujące ze sobą jednostki. Pozostałe obecne w parlamencie partie mają rodowód postkomunistyczny. W ten sposób etos "Solidarności" właściwie od zwycięstwa w 1989 roku pozostaje w wielkiej polityce bezpański, uświęcany rocznicowo jedynie przez rytualne kłótnie spadkobierców. Sama rewolucja "Solidarności" okazała się – jeśli nie zdradzona – to niedokończona.

Syndrom pieriestrojki

Na tym tle jeszcze gorzej prezentują się przemiany w Rosji. A przecież rosyjska pieriestrojka była warunkiem możliwości realizacji polskiego snu o wolności. W Rosji skończyła się wielką traumą upadku państwa i rozpadu społeczeństwa. Do tego stopnia, że mówi się tam o "syndromie pieriestrojki", który do dziś służy za wyjaśnienie funkcjonującej powszechnie obawy przed naruszaniem w jakikolwiek sposób status quo, choćby nikomu się nie podobało, wynikającej z przekonania, że jakakolwiek zmiana musi skończyć się w tym państwie jego likwidacją. Nigdzie w cywilizowanym świecie nie słychać równie często jak tam przepowiedni o rychłej katastrofie. Nigdzie też autorytarna władza nie ma tak silnej społecznej legitymizacji i tak słabych przeciwników. Entuzjazm Rosjan wywołany przed dwiema dekadami skończył się tak wielkim rozczarowaniem, że niemal nikt nie chce dokańczać rewolucji rozpoczętej pieriestrojką, a odpowiedzialni za "utracony skarb rewolucji" popularnością biją na głowę byłych i potencjalnych jej zwolenników. Ukraina leży pomiędzy Polską i Rosją, o czym wciąż na miłującym demokratyczne ideały Zachodzie wie niewielu. Powszechna obawa towarzysząca obserwatorom przyglądającym się ukraińskiej polityce jest taka, że demokratyczne przemiany nabrały z początku polskiej dynamiki, ale skończą się jak w Rosji. Społeczny entuzjazm, zdalna sympatia zagranicy, a potem wielka kłótnia i powszechne rozczarowanie, które prowadzą do rządów autorytarnych bazujących na społecznej apatii.

Reakcja na stary porządek

Jesień ludów przyniosła liberalizację wolności politycznych, ale nie zrealizowała swoich celów, czyli przywrócenia godności i podmiotowości obywatelom. Doprowadziła wszędzie do ogromnych nierówności społecznych, alienacji klasy politycznej zamkniętej w błędnym kole tworzących się nawzajem i zwalczających neoliberałów i populistów. Nie udało się wcielić w życie idei solidarności, samorządności pracowniczej, spójności społecznej, godności pracy i dobrobytu osiągalnego nie tylko dla elit, ale dla szerokich mas społecznych. W Polsce objęto nim przynajmniej klasę średnią, natomiast najbiedniejsi wciąż żywić się muszą seansami nienawiści. Co jest takiego w figurze rewolucji, że zawsze kończy się klęską? Większość odpowiedzi udzielanych na tak postawione pytanie oparta jest na bezpośrednim nawiązaniu do idei grzechu pierworodnego lub na tej matrycy. Rewolucje się nie udają, bo zakładają całościową i natychmiastową zmianę społeczną, a ponieważ człowiek jest niedoskonały, to nie tylko przemiana taka jest niemożliwa, ale zazwyczaj fatalnie się kończy. Akurat jesień ludów robiona była przez ludzi, którzy doskonale sobie z tego zdawali sprawę, a mimo to porażki nie uniknęli. Przy tej okazji warto – za Borysem Kagarlickim – wskazać na istotne rozróżnienie między kontrrewolucją a restauracją. Pierwsza jest zwycięstwem sił starego porządku nad siłami rewolucji, zaś druga pewnym kompromisem między nimi, stąd jedynie częściowa wymiana elit. Właśnie ze zjawiskiem restauracji w mniejszym lub większym stopniu mieliśmy do czynienia i w Polsce, i w Rosji, a także po pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Rewolucje są niedokończone, bo jako akt negacji czegoś zawsze to zarazem afirmują. To już nie Kagarlicki, ale Nietzsche. W społecznym akcie zaprzeczenia jest zachowana struktura – istota tego, na co się reaguje. Rewolucje nie udają się nie dlatego, że są za bardzo radykalne, ale właśnie dlatego, że są za mało radykalne. Ich podstawą, główną motywacją i uzasadnieniem jest reakcja na stary porządek, która tym samym prowadzi do uzależnienia się od niego. Udaje się tyle, ile wynika z aktu czystego tworzenia, zaś wszystko, co jest jedynie reakcją na zastany porządek, okazuje się przeciwskuteczne.

Antykomuniści  jak postkomuniści

To symptomatyczne, jak wszędzie niemal antykomuniści zaczęli upodabniać się do postkomunistów po 1989 roku. To znaczące, jak sformułowana przez opozycjonistów "antypolityka" skończyła się wschodnioeuropejską wersją "postpolityki", doprowadzając do podziału politycznego po 1989 roku, który uczynił konflikt polityczny zupełnie bezużytecznym dla modernizacji. Dziś odbywa się ona raczej wbrew polityce niż dzięki niej. Warto dziś przypomnieć, że podczas jesieni ludów, a z pewnością w polskiej "Solidarności" tym aktem czystego tworzenia była samoorganizacja społeczna. Gdy zaczęła przeszkadzać w realizacji celów przyjętych po upadku komunizmu zakładających pospieszną imitację zachodniej modernizacji, zaczęły rodzić się rozmaite patologie, w tym te najgorsze nacjonalizmu, populizmu i religijnego fanatyzmu. Północnoafrykańska zima ludów ma szanse – najogólniej mówiąc – jeśli jak najszybciej idea obalenia zastanego porządku zastąpiona zostanie ideą nowego porządku, potrafiącą łączyć ludzi, wyrywać ich z apatii i atomizacji. Zachód zamiast wymagać imitacji znanych mu z własnego porządku instytucji powinien chuchać i dmuchać na każdą ideę, wokół której zorganizują się ludzie. To najlepsza asekuracja, żeby nie powrócił stary porządek oparty na autorytaryzmie, władzy tradycji lub fanatyzmie religijnym. Autor jest socjologiem, założycielem  i redaktorem naczelnym pisma "Krytyka Polityczna" oraz prezesem Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego.  Powyższy artykuł ukazuje się jednocześnie w izraelskim dzienniku "Haaretz"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA