Styl życia

To nie nowomowa, to brutalmowa

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Językoznawcy przestrzegają: język oficjalny staje się coraz bardziej brutalny i nie pozostaje bez wpływu na młode pokolenie
– „Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno i byle głupio” – oby ten satyryczny tekst z teatrzyków studenckich nie okazał się samospełnieniem – mówi prof. Andrzej Markowski, językoznawca i prezes Rady Języka Polskiego PAN.
Współczesne mechanizmy deprawujące język to np. powszechność nagrywania, a co za tym idzie – brak szacunku dla prywatności, intymności, a więc i dla osobistego sposobu porozumiewania się, oraz niebezpośredniość komunikowania się (SMS, Internet), a w związku z tym bezkarność (ze względu na anonimowość nadawcy) wulgarnego wypowiadania się. – Mamy dziś też do czynienia z sytuacją czysto orwellowską, czyli z manipulowaniem semantyką słów – mówił profesor Tadeusz Zgółka. – Kiedyś słowo „elita” było określeniem ładnym, szanowanym. Dziś, z powodu różnego rodzaju publicznych debat i określeń typu „łże-elity”, nabrało pejoratywnego znaczenia. Inteligencja. Używa się jeszcze tego słowa? Raczej mówi się „budżetówka”. I to pogardliwie. „Oligarcha” zostało nacechowane złem niczym słowo „mafiozo”. Wulgarnych określeń, takich jak „ścierwojady”, wypowiadanych wprost przed obiektywami kamer, nawet nie chcę tu wymieniać, bo ich wpływ na powszechny język polski wydaje się oczywisty. To odgórne przyzwolenie na brutalizację języka polskiego. Młodzi natychmiast to przechwytują i przekuwają na własny użytek - stwierdził.
Badania CBOS wykazały, że 75 proc. uczniów i studentów przekleństwa nie rażą. – Wyrażenie „pieprzyć” nie ma dla nich żadnego wulgarnego ciężaru – mówił prof. Zgółka. – Jeden z nauczycieli opowiadał mi, jak namawiał uczniów, by zamiast słowa „zajebiście” używali „zajefajnie”. Na to jeden z nastolatków stwierdził, że edytor tekstów słowa „zajebiście” mu nie podkreśla, a „zajefajnie” tak, więc gdzie problem? To są dowody na stępienie leksykalno-werbalne - ocenił. Członkowie Rady Języka Polskiego służą opinią ludziom aktywnym w polityce. Próbują zwracać uwagę na problem coraz większej brutalizacji języka. W odpowiedzi słyszą często, że ludzie kultury i rozrywki też nie są wolni od sformułowań mocnych, wręcz wulgarnych, a podchwytują je media. Rzeczywiście, gdyby przyjrzeć się niektórym polskim filmom, nie tylko „Psom” Pasikowskiego, ale też „Dniu świra” Koterskiego, gdzie bohater mówił „Dżizus, k... wa, ja pierdolę”, czy książkom typu „Monologi waginy”, czy wreszcie piosenkom, takim jak ta Kazika Staszewskiego, w której śpiewa „Coście sk... syny uczynili z tą krainą”, to można by przyznać im rację. Tyle że tu wulgaryzmy służą podkreśleniu artystycznej ekspresji i nie są niczym nowym w sztuce i literaturze, wystarczy wspomnieć choćby Vonneguta czy Millera, w Polsce Stasiuka i Wojaczka. Politycy ripostują, że brutalność języka w Sejmie też nowością nie jest, a przodował w niej Piłsudski. – Piłsudski jednak – stwierdza prof. Zgółka – kierował swój ostry język do przeciwnika politycznego, nigdy do jego elektoratu. W tamtych czasach nie było epitetów obrażających społeczeństwo typu „moherowe berety” czy „spieprzaj dziadu”. Prof. Maciej Grochowski, autor „Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów”, pisze, że norma językowa nie jest czymś danym na zawsze. Ale o tym, co nią jest, a tym samym co jest kulturą języka, zawsze, w sposób demokratyczny, decydujemy my. Głosowanie odbywa się poprzez stosowanie. Również publiczne.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL