fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Made In Poland wchodzi na ekrany kin

Przemysław Wojcieszek (1974) reżyser, scenarzysta, dramaturg. Autor filmów „Zabij ich wszystkich” i „Doskonałegopopołudnia” oraz spektakli „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię”, „Osobisty Jezus”, „Królowe Brytanii”. Na zdjęciu (w środku) na planie „Made in Poland”
Fotorzepa
Rozmowa: Przemysław Wojcieszek, reżyser „Made in Poland” – od piątku w kinach
Rz: Filmowe „Made in Poland" miało teatralną wersję w Legnicy w 2004 r. Grane w blokowisku przedstawienie zaczynało się od krzyku zbuntowanego bohatera, który wzywał wszystkich do rewolucji. Czytaj serwis Młode Kino
Przemysław Wojcieszek: W teatrze, wówczas konserwatywnym, mocne wyjście poza scenę dobrze zadziałało. Spektakl kończył się szczęśliwie – powrotem buntownika do wspólnoty. Finał podkreślał, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy razem. Teraz główna postać filmu jest samotna. Żyje w kraju, gdzie nie ma nośnej idei, która dawałaby nadzieję i organizowała świat. Zgodziliśmy się już na udział w wyścigu szczurów?
Zapanowała apatia, ale wyczuwam tęsknotę za ideą. U mojego bohatera nie łączy się ona ani z ideologią lewicową, ani prawicową, bo straciłby wiarygodność. Idee do Polski się importuje. Lewica naśladuje zachodnią Europę i Skandynawię, prawica jest zafascynowana Orbanem na Węgrzech. Nic z tego jednak nie wynika. Nawet jeśli jest potrzeba rewolucji, wszystko się rozmywa. Ostatnio radykalne hasła formułował profesor Gross. Chce wstrząsnąć Polakami, być polskim Sołżenicynem. Ale, de facto, jest ignorowany. Do radykalizmu namawiał Jarosław Marek Rymkiewicz w książce „Wieszanie". Jest szalony, ale jako jeden z niewielu próbuje mieszać w polskiej zastałej kałuży. Tylko że nie jestem po stronie jego wybrańców. Jarosław Kaczyński budzi we mnie opór. Ciągle kłania się katolicko-endeckiemu elektoratowi, który wprowadziłem zresztą do swego filmu. Jego radykalizm zawsze będzie silniejszy od anarchicznego buntu takich bohaterów jak mój, bo jest głęboko zakorzeniony w narodzie, który wyrósł w tradycji endeckiej. Protestuję: tradycja PPS i piłsudczykowska była równie silna. W elitach. W polskim, słabo zorganizowanym społeczeństwie Kościół pozostaje jedyną strukturą obecną w każdej gminie. Nawet jeśli rola Kościoła osłabnie, nigdy nie będziemy drugą Szwecją. Dla Kościoła w Polsce jako jedynej trwałej instytucji nie ma alternatywy. Spójrzmy globalnie, upadające świeckie reżimy w północnej Afryce zostaną zastąpione przez państwa wyznaniowe. Dlaczego ten sam proces nie miałby dokonać się u nas? Mit postępującej laicyzacji jest pozbawiony podstaw. A zauważył pan, że nawet polscy klerykałowie są antyklerykalni – chodzą do Kościoła i źle mówią o księżach? Taką mamy naturę: jesteśmy leniwymi anarchistami. Strukturalnie jednak Kościół jest silny. Teraz czeka nas rocznica katastrofy smoleńskiej, a potem beatyfikacja Jana Pawła II. To będzie bezwzględny pokaz siły. To prawda, że Polacy lubią celebrować przeszłość, ale też daje o sobie znać brak autorytetów. Dla pana nie są nimi księża, pokazuje pan kapłanów o grzesznych życiorysach. Unikam ich od 12. roku życia. W mojej parafii prawie każdy fajny ksiądz, który grał z nami w piłkę, miał kochankę i obsesję seksualną. Podczas spowiedzi interesowali się głównie naszą seksualnością. Nie spotkałem kapłana, który by mnie ujął religijnością i otwartością. Jestem ateistą, ale mój stosunek do wiary ewoluuje. Co to znaczy? Jako trzydziestolatek miałem odjazd Jezusowy. Wielu mężczyzn w tym wieku go ma. Żegnamy się z młodością, jesteśmy znużeni konsumpcją. Zwracamy się w stronę duchowości. Sięgnąłem po Ewangelię, jest jak punkowy kawałek: krótka, konkretna i na temat. Nadal interesuje mnie protestanckie ujęcie chrześcijaństwa, bo proponuje model wiary wolny od zabobonu. W Kościele katolickim interesuje mnie nauka społeczna – jest antyliberalna. Postulowana przez nią solidarność stanowi cenną wartość. Neoliberalizm to nowotwór, który zniszczy to i tak słabe państwo. Destrukcyjnie działa na więzi społeczne. Atakuje instytucje publiczne. Już teraz jesteśmy jednym z kilku krajów o największym w Europie rozwarstwieniu. Zaczął pan od filmów, których bohaterowie musieli walczyć o to, co się im należało. Kraj się rozwija – niestety na kredyt i kosztem najbiedniejszych. Coraz częściej słyszę rozmowy o tym, ile co kosztuje. Rano poszedłem po bułki. Facet przede mną kupił paczkę najtańszych papierosów i rolkę najtańszego papieru toaletowego. Piękna metafora kryzysu – starcza na to, żeby się otumanić i wydalić. Najbardziej irytuje mnie, że społeczna solidarność stała się czymś wstydliwym. Jej brakuje najbardziej. Ale nakręcił pan film „Doskonałe popołudnie" o irracjonalnej polskiej nadziei. Doczekamy się jeszcze takiego popołudnia? Jak sobie zapracujemy na nie obywatelską aktywnością. Mam nadzieję, że Polacy wciąż potrafią się aktywizować, kiedy dostają w tyłek. Nie wyobrażam sobie, byśmy nie rozliczyli polityków z obietnic. Każdy może zagłosować. Na kogo?! Do października mamy sporo czasu. Nie zagłosuję na PO, bo szczerze nienawidzę neoliberałów, ale mam też ogromny problem z głosowaniem na katoendeków z PiS. SLD? Nie wiem. Symptomatyczne, że polska pseudolewica siedzi w kawiarni, a robotników bronią związki zawodowe zorientowane na Radio Maryja. To typowo polski paradoks! Zobaczymy, jak będzie. Trzeba zacisnąć zęby i zagłosować.  
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA