Literatura

Wszystkie grzechy Güntera Grassa

Günter Grass przez dziesięciolecia ukrywał kompromitującą prawdę, że był żołnierzem Waffen SS
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
"Przy obieraniu cebuli" jest kluczem do twórczości noblisty. Autobiografia pisarza od dziś w księgarniach
Niemiecka premiera wspomnień wywołała prawdziwą burzę. W książce dominuje poczucie winy, co oczywiście nie znaczy, że Grass zrezygnował z wisielczego humoru i drwiny. Prowokując, czasem zapędza się zbyt daleko.
Burza rozpętała się, kiedy pisarz, który przez dziesięciolecia zabierał głos jako autorytet moralny, wyjawił na kartkach autobiografii i w promującym ją wywiadzie, że należał do Waffen SS. To zbrojne ramię okrytych ponurą sławą Sztafet Ochronnych (SS) zostało po wojnie, na mocy wyroku Międzynarodowego Trybunału w Norymberdze, uznane za organizację zbrodniczą. Komentatorzy zastanawiali się, czy wcześniejsze ujawnienie przeszłości odebrałoby Grassowi szansę na Nobla. Stawiano hipotezy, że pisarz przywołał frontowy epizod w mundurze z powodów czysto komercyjnych - miało mu chodzić o należyte nagłośnienie książki. W obronie kolegi po piórze stanął uchodzący za sumienie Niemiec Ralph Giordano: "Zmagając się przez wiele lat ze swą tajemnicą, został w pewien sposób ukarany".
Faktycznie, prawda wyszła na jaw późno. Trzeba jednak podkreślić, że Grass wyjawił ją z własnej woli. Mimo że do Waffen SS został zmobilizowany, mimo że nie oddał strzału, w książce napisał: "byłem wciągnięty w system, który zaplanował, zorganizował i dokonał unicestwienia milionów ludzi. Nawet jeśli mogłem wyperswadować sobie czynną współwinę, to pozostawała nieusunięta po dziś dzień resztka, którą zbyt gładko zwie się współodpowiedzialnością. Mam pewność, że będę z nią żył przez pozostałe lata". Uważam, że to szczere i potrzebne słowa. Ale to nie przynależność do Waffen SS najbardziej ciąży Grassowi. Od pierwszych stron autobiografii powtarzają się słowa: żadnych pytań, lepiej nie wiedzieć. Najpierw Franc Krause - lubiany wuj pisarza, obrońca Poczty Polskiej w Gdańsku - został rozstrzelany z wyroku sądu wojskowego. Natychmiast potem najbliżsi przestali wspominać jego imię. Było tak, "jak gdyby wszystko, co dotyczyło jego i jego rodziny, było nie do wypowiedzenia". Grass nie zgłaszał wątpliwości. Zwykłe "dlaczego?" nie chciało przejść mu przez gardło ani wtedy, ani potem, gdy zniknął ze szkoły krytycznie nastawiony do nazizmu nauczyciel łaciny. Jak każdy nastolatek Grass trafił na szkolenie do paramilitarnej organizacji Arbeitsdienst. Podczas musztry jeden z kolegów uparcie wypuszczał z ręki karabin. Na czynione uwagi odpowiadał dziwacznie brzmiącą kwestią: "My czegoś takiego nie robimy". Początkowo śmieszyło to pozostałych, później, gdy przełożeni zastosowali metodę zbiorowej odpowiedzialności, wywołało agresję. Aż nagle i on przepadł. Tym razem także pytania nie padły. Grass nie byłby sobą, gdyby opisując najdramatyczniejsze sceny, wyrzekł się wisielczego humoru. Kilkakrotnie śmierć minęła go o włos. Chociażby wtedy, gdy razem z towarzyszami broni znalazł się w pełnej rowerów piwnicy na linii frontu. Feldfebel, który wydawał rozkazy, nie namyślając się długo, zadecydował, że każdy chwyta jednoślad i zasuwa na drugą stronę ulicy. Kiedy Grass zameldował, że niestety nie umie jeździć na rowerze, został wyznaczony do osłaniania odwrotu. Z pozoru straceńcze zadanie uratowało mu życie. Ledwie cykliści wydostali się na zewnątrz, zostali skoszeni jedną serią. Śledząc, na mój gust zbyt drobiazgowo opowiedziane, powojenne losy pisarza, odkrywamy kulisy powstania najważniejszych dzieł, w tym gdańskiej trylogii. Autor łamie kod "Blaszanego bębenka" - zdradza, skąd się wziął pomysł, by narratorem uczynić karłowatego dobosza Oskara. "Przy obieraniu cebuli" kończy się w przeddzień wydania tej wielkiej powieści. Grass tłumaczył, że o tym, co robił potem, lepiej od niego wie opinia publiczna. Szkoda, że pisząc wspomnienia, nie zapanował nad temperamentem niestrudzonego komentatora i aktywisty SPD. Fragmenty, które poświęcił na dokładanie Adenauerowi czy podkreślanie zasług Brandta, trącą publicystyką. Natomiast zdanie, że ostatnie dni Jana Pawła II były "bezwstydnym wystawianiem się na pokaz", trzeba uznać za faul. Tym bardziej brutalny, że z rozmysłem popełnił go człowiek wrażliwy na cierpienie bliźniego. Grass wprawił w ruch machinę, która zetrze jego pomnik na proch - pisał Volker Schlöndorff. Po roku od publicznej spowiedzi Grassa, że był żołnierzem Waffen SS, można powiedzieć, że Schlöndorff nie miał racji. Na pomniku pojawiły się najwyżej rysy. - Chciał być sumieniem narodu, a okazał się zwykłym hipokrytą - głosili zgodnie krytycy Grassa z bliskich mu środowisk niemieckiej lewicy. Poczuli się zdradzeni i zawiedzeni. Ich zdaniem pisarz przez 62 lata ukrywał mroczną stronę swej biografii, bo wiedział, że jako były żołnierz SS nie miałby szans ani na odgrywanie roli sprawiedliwego sędziego niemieckiej historii, ani tym bardziej na Nagrodę Nobla. Obrońcy Grassa dowodzili, że epizod z okresu młodości nie ma znaczenia i liczy się wyłącznie cały dorobek pisarza: jego polityczne zaangażowanie i nienaganna postawa obywatelska. Dokumenty świadczące o służbie w Waffen SS leżały spokojnie w archiwach. Zaczęto w nich grzebać dopiero po wyznaniu Grassa. Okazało się, że zarówno Martin Walser, jak i Siegfried Lenz mieli dobrowolnie wstąpić do NSDAP. Obaj pisarze twierdzili, że to nieprawda, ale całe zamieszanie odciągnęło nieco uwagę od Grassa. On sam nigdy nie wytłumaczył przekonująco, dlaczego zwlekał z ujawnieniem prawdy. Nie brakuje głosów, że Grassowi chodziło o reklamę. Książka trafiła do księgarń wcześniej, niż planowano, a pierwsze 150 tys. egzemplarzy zniknęło z półek w kilka dni.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL