Społeczeństwo

Czarne punkty nie działają

Przyzwyczajenie kierowcy do tego, że w danym miejscu jest czarny punkt, powoduje, iż go ignoruje – twierdzą eksperci. Na zdjęciu wypadek w miejscowości Garbów (trasa Warszawa – Lublin) w 2009 r.
Fotorzepa, Mac Maciej Kaczanowski
Ponad 70 proc. kierowców nie zwraca uwagi na oznaczenia, że miejsce jest szczególnie niebezpieczne
Co trzeci kierowca w miejscach oznaczonych czarnym punktem przyspiesza, zamiast zwalniać. Zwalnia zaś zaledwie co czwarty. 40 proc. w ogóle nie zwraca uwagi na takie znaki – wynika z danych firmy Data System Group. Badanie przeprowadzono w 50 miejscach oznaczonych czarnymi punktami. Sprawdzono zachowania 56 tysięcy prowadzących pojazdy.
– Badania pokazały, że wprowadzenie czarnych punktów nie zmieniło nawyków kierowców, a zdecydowana większość ignoruje je – mówi Tomasz Waligóra, prezes zarządu DSG. – Będzie bezpieczniej – deklarował w 1998 r. minister transportu Eugeniusz Morawski, inaugurując program tworzenia czarnych punktów. W jego ramach wytypowano ponad tysiąc miejsc na polskich drogach, w których szczególnie często dochodzi do wypadków. Wkrótce pojawiły się olbrzymie tablice z informacjami o tym, jak często dochodzi tam do wypadków i ile było ofiar śmiertelnych. Akcja miała spowodować, że w tych miejscach kierowcy jeździć będą szczególnie ostrożnie.
Nie wszędzie się to powiodło. W Brudzowicach na trasie Warszawa – Katowice aż 85 proc. kierujących przyspiesza – wynika z badania DSG. W Wityniu koło Świebodzina (trasa Nowy Tomyśl – Świecko) robi to 70 proc. – Rozpacz, tragedia, ludzie tu giną jak muchy – tak wiceburmistrz Świebodzina Krzysztof Tomalak charakteryzuje miejsce w Wityniu. Dlaczego kierowcy zamiast tu zwolnić, przyspieszają? – Wityń to zaledwie cztery chałupy, jest kilometr za skrzyżowaniem krajowej dwójki i trójki – wyjaśnia Tomalak i dodaje, że samo skrzyżowanie dróg krajowych to komunikacyjna katastrofa. – Mimo ronda natężenie ruchu przekracza jakiekolwiek normy, tworzą się ogromne korki, więc jak już kierowcy się z nich wydostaną, mają wrażenie, że wpadli na autostradę – podkreśla. Nieco inaczej sytuacja wygląda w Brudzowicach. Zdaniem burmistrza Zdzisława Banasia czarny punkt w tym miejscu powinien zostać dawno zlikwidowany. – Poprawiono łuk, na którym wypadało mnóstwo aut i teraz droga jest tu bezpieczna, jedzie się z góry, jest dobra widoczność – tłumaczy. – To najlepiej pokazuje, że kierowcy nie przywiązują dużej wagi do tego typu znaków. Wystarczy, że przejadą koło niego kilka razy i już dla nich nie istnieje – zwraca uwagę prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny z UW. Jego zdaniem jedynym rozwiązaniem tragicznej sytuacji na drogach jest ich przebudowa. – Choć część kierowców zachowuje się za kierownicą jak samobójcy, to jednak większość wypadków wynika z fatalnego stanu dróg – podkreśla. Jerzego Polaczka, byłego ministra infrastruktury w rządzie PiS, nie dziwi statystyka dotycząca ignorowania czarnych punktów. – To rozwiązanie sprawdzało się kilkanaście lat temu, ale jego podstawową wadą było właśnie punktowe i bardzo proste zwracanie uwagi na zagrożenia – zauważa. Jego zdaniem takie miejsca trzeba po prostu przebudowywać. – I to się zresztą od kilku lat dzieje – podkreśla i przytacza dane Krajowej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Według nich w ramach programu likwidacji miejsc niebezpiecznych na drogach od 2005 r. do końca 2007 r. przebudowano 205 miejsc niebezpiecznych. Program kontynuowano, likwidując w następnych dwóch latach ponad 170 takich miejsc. – Liczba wypadków w tych miejscach spadła o ponad 70 proc. – podkreśla Polaczek. Oprócz przebudowy w grę wchodzą i inne rozwiązania. – Fotoradary, siatki zabezpieczające przed wejściem zwierzyny na pasy ruchu, słupki i bariery oddzielające ciągi piesze, a czasem dostosowanie ograniczeń prędkości do realiów – wylicza Polaczek. Marcin Hadaj, rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, zapewnia, że w ciągu kilku lat z polskich dróg znikną wszystkie czarne punkty. – Od 2003 r. nie stawiamy już nowych. Zamiast tego postawiliśmy na kompleksowe inwestycje. Uruchomiliśmy program „Drogi zaufania". Co roku w jego ramach na poprawienie bezpieczeństwa wydajemy ok. 1,5 mld zł. Przynosi to efekty. Od 2007 r. liczba ofiar wypadków śmiertelnych na drogach krajowych spadła o 25 proc. – podkreśla. Eksperci zwracają jednak uwagę, że liczba ta wciąż należy do najwyższych w Europie. A zgodnie z unijnymi zaleceniami powinna w ciągu najbliższych dwóch lat spaść o połowę. masz pytanie, wyślij e-mail do autorów: j.strozyk@rp.pl, j.kalucki@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL