Teatr

Samotność współczesnych metropolii

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Lupa uzmysławia nam, że choć sztuki Czechowa rozgrywają się na wsi, ich tematem jest klęska, którą bohaterowie ponieśli lub poniosą w mieście
Kiedy Krystian Lupa z rosyjskim zespołem przyjmował brawa na scenie Teatru Narodowego, wyglądał niczym Woland ze świtą w „Mistrzu i Małgorzacie” ze swojej wcześniejszej inscenizacji. Jakby chciał powiedzieć, że robiony po bożemu teatr nie wystarcza, by uporządkować świat – trzeba poznać siły ciemności.
Na początku tonacja spektaklu nie była jednak tak mroczna jak w „Zaratustrze”, przypominała raczej adaptacje Bernharda z Dramatycznego. Petersburscy aktorzy grali, nie komplikując rysunku postaci. Tyle tylko, że im bardziej stawały się realistyczne, tym bardziej były przegrane. Niepokój wywoływał gigantyczny zardzewiały bojler w pofabrycznej ruinie zaproponowany w spektaklu młodego reżysera Treplewa zamiast czechowowskiej rodzajowości z samowarem w roli głównej. Sielski pejzaż jeziora został wyparty przez przeciwpożarowy basen. Dzięki tej ponurej, postindustrialnej scenografii Lupa wyzwolił Czechowa ze stereotypu znawcy dusz. Przeczytał jego sztukę głębiej – jako proroctwo samozniszczenia europejskiej kultury i wielkiego exodusu do miast, gdzie ludzie nie cierpią mniej z powodu samotności, ale zyskują przynajmniej anonimowość. Chciałoby się powiedzieć, że w tak interpretowanym Czechowie znalazło się miejsce na uczniów Lupy – Warlikowskiego, Jarzyny, którzy w nieczynnych już fabrykach wystawiają spektakle o piekle metropolii i braku miłości.
Motyw teatru w teatrze pokazany w fabrycznej przestrzeni miał też inny sens: oglądaliśmy recykling ludzkich uczuć i sztuki. Zespół techniczny poganiał aktorów, bo cóż nowego można wykrzesać z klasycznego dramatu. Reżyser udowodnił, że można. „Spektakl nad jeziorem”, wizjonerska scena genialnie zinterpretowana przez Lupę, zaskakuje nowym odczytaniem Czechowa. Zelektryzowała widownię. Fosforyzowała czerwienią rama sceny, wypalały się na ekranie ponure animacje – tajemnicze niczym dalekie eksplozje w kosmosie. Jak nasze życie. Inscenizator kontynuuje również wątek podejmowany w swoich adaptacjach Bernharda – prozy życia twórców, którzy czują się jak fabryka arcydzieł i cierpią zarówno w obliczu konieczności tworzenia, jak i wtedy, gdy z ich taśmy produkcyjnej schodzi bubel. A zwykli ludzie się dziwią, że są nieszczęśliwi tak samo jak oni. Finał „Mewy” można by zatytułować za Gorkim „Na dnie”. Jak klątwa spada na scenę charakterystyczna dla projektów Lupy liszajowata ściana czynszowej kamienicy, przepowiadając, że życie bohaterów będzie coraz bardziej zagmatwane lub zawieszone w próżni. Tak jak wyjście na balkon, którego nie ma, co wygląda na zaproszenie do samobójstwa. Arkadina i inni nawet nie kryją obojętności. Na prośbę o uczucie bez zdrad odpowiadają milczeniem. A jeśli błagają o ostatnią szansę – to naprawdę ostatni raz. W chwili odrzucenia rozumiejąc, że finał miłości jest zawsze ten sam.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL