Nauka

„Podróż Bena” - fragment

Archiwum
PIW, 2005, tłum. Anna Gren
– Ile pan ma lat?
– Osiemnaście. Ben wahał się chwilę, zanim odpowiedział, bał się tego, co miało nastąpić. Młody mężczyzna za szklaną szybą chroniącą go przed ludźmi położył na formularzu długopis kulkowy i przyjrzał się Benowi z wyrazem twarzy, który chłopak dobrze znał. Urzędnik pozwolił sobie na okazanie zdumienia i niecierpliwości, ale nie zadrwił z klienta. Patrzył na niskiego, potężnie zbudowanego mężczyznę w za dużej kurtce, który wyglądał na co najmniej czterdzieści lat. Co za twarz! Szeroka, o mocno zniekształconych rysach, usta wykrzywione w uśmiechu – z czego on się śmieje, do cholery? – wielkie, drżące nozdrza, zielonkawe oczy, jasnobrązowe rzęsy pod krzaczastymi, jasnobrązowymi brwiami. Krótka, zadbana, szpiczasta bródka nie pasowała do tej twarzy. Żółte włosy mężczyzny, podobnie jak jego uśmiech, zdawały się wprawiać ludzi w zdumienie i wywoływać irytację. Długie kołtuny, tworzące czub na jego głowie i zmierzwione loki po obu stronach były karykaturą modnej fryzury. W dodatku mężczyzna mówił z akcentem wyższych sfer; a może tylko żartował? Urzędnik poddał Bena krótkim oględzinom, ponieważ chłopak wytrącił go z równowagi.
– Pan nie może mieć osiemnastu lat – wycedził. – Proszę podać swój prawdziwy wiek. Ben milczał, ogarnęła go panika. Czuł całym sobą, że jest w niebezpieczeństwie. Nie powinien był przychodzić w to miejsce, pomieszczenie w każdej chwili mogło zamknąć wokół niego swoje ściany. Nasłuchiwał dźwięków z zewnątrz; dzięki nim czuł się bezpiecznie. Gołębie siedzące na platanie prowadziły szczebiotliwą rozmowę. Ben wyobraził sobie, że siedzi wśród ptaków, myślał o różowych szponach, którymi czepiały się gałęzi i czuł, jak jego palce się zaciskają. Gołębie były zadowolone, słońce ogrzewało ich pióra. W pomieszczeniu rozbrzmiewały obce dźwięki. Musiałby się przysłuchać każdemu z osobna, żeby zrozumieć, co oznaczają. Tymczasem młody mężczyzna czekał, obracając długopis kulkowy między palcami. Rozległ się dzwonek stojącego obok telefonu. Po obu stronach pomieszczenia za szklanymi szybami siedzieli mężczyźni i kobiety. Jedni używali przedmiotów, wydających klekoczące i śpiewne dźwięki, inni wpatrywali się w ekrany, na których pojawiały się i znikały słowa. Ben czuł, że każda z tych hałaśliwych maszyn jest mu nieprzyjazna. Odsunął się na bok, żeby nie widzieć drażniących go odbić w szybie i żeby schować się nieco przed wzrokiem mężczyzny, który był na niego zły. – Tak, mam osiemnaście lat – powiedział. Był tego pewien. Trzy zimy wcześniej pojechał odwiedzić matkę, ale nie został u niej, ponieważ zjawił się znienawidzony brat Bena, Paweł. Matka napisała wtedy na kartce dużymi literami: Nazywasz się Ben Lovatt. Twoja matka nazywa się Harriet Lovatt. Twój ojciec nazywa się David Lovatt. Masz dwóch braci i dwie siostry: Łukasza, Helenę, Janeczkę i Pawła. Są starsi od ciebie. Masz piętnaście lat. Na odwrocie napisane było: Urodziłeś się... Twój adres domowy: ... Kiedy matka wręczyła Benowi kartkę, poczuł tak straszną wściekłość, że wybiegł z domu. Najpierw zamazał imię „Paweł”, potem imiona pozostałego rodzeństwa. Kartka spadła na ziemię i odwróciła się drugą stroną do góry. Ben podniósł ją i zamazał wszystkie wyrazy czarnym długopisem kulkowym; na papierze pozostał dziki labirynt linii. Chłopak zapamiętał liczbę piętnaście, przypominał sobie o niej, kiedy ludzie pytali go: „Ile masz lat?”. Wiedział, że to bardzo ważne, dlatego zapamiętał liczbę. Kiedy nadeszły święta Bożego Narodzenia, a tego nie można było przeoczyć, dodał rok. Teraz mam szesnaście lat. A teraz siedemnaście. Minęła trzecia zima, więc mam osiemnaście lat. - Dobrze, w takim razie kiedy się pan urodził? Z czasem Ben uświadomił sobie, że nie powinien był zamazywać czarnym długopisem słów z kartki. Zniszczył ją w napadzie wściekłości, ponieważ myślał wtedy, że jest bezużyteczna. Wiedział, jak się nazywa. Znał imiona rodziców: Harriet i Dawid. Nie obchodzili go siostry i bracia, którzy życzyli mu śmierci. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy się urodził. Wyczulony na każdy dźwięk, zdał sobie sprawę, że hałas w pomieszczeniu nagle spotęgował się, ponieważ stojąca przed okienkiem kobieta zaczęła krzyczeć na urzędnika, który zadawał jej pytania. Jej złość podziałała na ludzi jak katalizator, kolejka zaczęła poruszać się i falować. Pomrukiwano, głośno wypowiadano takie słowa jak: „sukinsyny" i „gówniarze", brzmiało to wszystko jak szczekanie psa. Słowa te Ben znał bardzo dobrze, napawały go przerażeniem. Na szyi i karku czuł lodowate dreszcze. Mężczyzna stojący za nim zaczął się niecierpliwić. W przeciwieństwie do ciebie nie zamierzam tu sterczeć przez cały dzień - powiedział. Kiedy się pan urodził? Proszę podać dokładną datę. Nie pamiętam - powiedział Ben. Urzędnik zakończył rozmowę, ale problem pozostał nierozwiązany. - Powinien pan zdobyć świadectwo urodzenia - po wiedział. - Proszę pójść do Urzędu Stanu Cywilnego. Tam będzie można wszystko wyjaśnić. Nie zna pan nazwiska swojego ostatniego pracodawcy. Nie zna pan swojego adresu ani daty urodzenia. Urzędnik nie patrzył już na Bena, skinął na stojącego za nim mężczyznę, żeby podszedł do okienka. Mężczyzna zajął miejsce chłopaka, który wyszedł z biura z uczuciem, że każdy, nawet najmniejszy włosek na jego ciele i głowie stoi dęba. Bena ogarnęło przerażenie, czuł się tak, jakby wpadł w pułapkę. Po chodniku kręcili się ludzie, wąska ulica pełna była samochodów. Pod platanem, gdzie gruchały radośnie gołębie, stała ławka. Siedziała na niej młoda kobieta. Ben usiadł na drugim końcu ławki. Kobieta zerknęła na niego raz i drugi, zmarszczyła brwi i odeszła. Po chwili odwróciła się i spojrzała na chłopaka z wyrazem twarzy, który dobrze znał i którego się spodziewał. Nie bała się go, ale Ben wiedział, że za chwilę ogarnie ją strach. Szła coraz szybciej, jakby chciała uciec. Odwróciła się raz jeszcze i weszła do sklepu. Ben czuł głód. Nie miał pieniędzy. Na ziemi leżały okruszki rozrzucone dla gołębi. Zaczął je zbierać, rozglądając się, czy nikt nie widzi. Zdarzało się nieraz, że ludzie go za to karcili. Na ławce usiadł staruszek; przez chwilę patrzył na Bena, ale nic nie powiedział, chociaż intuicja podpowiadała mu, że coś jest nie w porządku. (...) ... Pod koniec drugiego semestru zadzwonili do niej ze szkoły.– Proszę natychmiast przyjechać. Ben zrobił krzywdę innemu dziecku. Od samego początku Harriet bala się, że tak się stanie. Chłopiec wpadł w szał i zaatakował starszą dziewczynkę w ogródku szkolnym. Dziewczynka upadła na ziemię, jej kolana były podrapane do krwi. Ben pogryzł ją i złamał jej rękę. – Rozmawiałam z nim – powiedziała pani Graves. – Nie okazał skruchy. Zachowuje się tak, jakby nie zdawał sobie sprawy, że zrobił coś złego. Tak nie powinno być, on ma przecież sześć lat. Harriet zaprowadziła Bena do domu. Postanowiła, że Pawła odbierze później, chociaż czuła, że to nim powinna się zająć. Kiedy chłopiec dowiedział się, że Ben pobił starszą dziewczynkę, wpadł w histerię. Zaczął krzyczeć, że brat zabije i jego. Harriet wiedziała, że musi porozmawiać z Benem. Chłopiec siedział na stole, machając nogami, i jadł kanapkę z dżemem. Spytał wcześniej, czy John po niego przyjedzie. Chciał go zobaczyć. – Zrobiłeś krzywdę biednej Mary Jones – powiedziała Harriet. – Dlaczego tak się zachowałeś? Ben miał taki wyraz twarzy, jakby nie słyszał. Odgryzał kawałki chleba i połykał łapczywie. Harriet usiadła tuż obok niego, tak że nie mógł jej dłużej ignorować. – Pamiętasz, Ben, jak zawieźli cię do zakładu? Chłopiec zastygł. Po chwili wolno odwrócił głowę i spojrzał na matkę. Jego ręka drżała. Cały się trząsł. A więc pamiętał! Harriet nigdy nie mówiła przy nim o zakładzie i miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała tego robić. – Pamiętasz, Ben? Jego oczy błysnęły dziko. Harriet była pewna, że chłopiec zeskoczy ze stołu i ucieknie. Ben zaczął rozglądać się po pokoju, zerknął na okno, a potem na schody, jakby spodziewał się, że ktoś go zaatakuje. – Posłuchaj, Ben. Jeśli jeszcze raz zrobisz komuś krzywdę, będziesz musiał tam wrócić. Patrzyła mu w oczy i myślała: „Nigdy, nigdy go tam nie poślę”. Groziła mu, ponieważ nie miała innego wyjścia. Ben trząsł się jak mokry, zmarznięty pies. Nieświadomie wykonywał ruchy, których nauczył się w zakładzie. Zasłonił ręką twarz i spojrzał na pokój przez rozsunięte palce. Opuścił rękę i odwrócił się gwałtownie. Po chwili przycisnął drugą rękę do ust. Obnażył zęby, jakby chciał warknąć, ale się powstrzymał. Potem podniósł głowę, otworzył usta, a Harriet wydało się, że słyszy przeciągłe wycie przerażonego zwierzęcia... – Rozumiesz, Ben? Chłopiec zeskoczył ze stołu i pobiegł na górę po schodach, zostawiając na podłodze wąską strużkę moczu. Harriet usłyszała trzask drzwi. Po chwili z góry dobiegły okrzyki wściekłości i przerażenia.Harriet zadzwoniła do Kafejki Betty i poprosiła Johna, żeby przyszedł. Zgodnie z obietnicą zjawił się wkrótce. Kiedy Harriet powiedziała, co się stało, John poszedł do pokoju Bena. Harriet nasłuchiwała w korytarzu. Zdarzyło się to niedługo po tym, jak Harriet zeszła na dół z Łukaszem, Heleną, Janeczką i Pawłem. Ben kucał na stole z surowym kurczakiem w dłoniach. Lodówka była otwarta, na podłodze leżało jedzenie. Chłopiec miał jeden ze swych napadów. Mrucząc z zadowolenia, rozrywał mięso na kawałki. Emanowała z niego siła barbarzyńcy. Po chwili spojrzał na matkę i rodzeństwo, a z jego ust wydobył się warkliwy pomruk. – Niegrzeczny Ben – skarciła syna Harriet. Chłopiec wstał i zeskoczył ze stołu. Z kawałkiem mięsa w dłoniach popatrzył matce w oczy. – Biedny Ben chce jeść – jęknął. Mówił o sobie „biedny Ben”. Harriet zastanawiała się, kto go tak nazwał.
Źródło: PIW

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL