Publicystyka

Ich Troje

Olga Tokarczuk
Fotorzepa, Sławomir Mielnik
Taka literatura nie jest możliwa. Tylko w grotesce Stanisława Lema konstruktor Trurl zbudował elektronicznego poetę, nazwanego Elektrybałtem, któremu wmontował specjalne filtry antygrafomańskie, pękające zresztą z początku jak zapałki. Żywi pisarze takich nie mają
Dlatego też to my - zwyczajni standardowi czytelnicy - dla obrony przed tandetą sami musimy wyhodować w sobie stosowne filtry. Okazuje się to dość trudne nie tylko dla nieprzygotowanego czytelnika, ale również dla czytelników zawodowych, tj. jurorów nagród literackich. Mamy do czynienia z natręctwem przyznawania na siłę dorocznych nagród i wyróżnień - chociaż kandydaci nie zasługują nawet na nagrody pocieszenia (raczej czytelnikom należy się pocieszenie!). Nie służy to niczemu poza satysfakcją biurokratów literackich i czyni spustoszenie w świadomości czytającej publiczności, utożsamiającej nagrodzone z wartościowym.
Oto trójka autorów - Tokarczuk, Huelle i Chwin.
Czym, poza brakiem kryteriów, tłumaczyć powodzenie wśród krytyków takich książek jak "Podróż ludzi Księgi"? "Na początku Bóg stworzył świat z przełamanej litery. Z pękniętego słowa ciało wyciekło jak krew. Ciało jest więc niedoskonałym słowem". Dlaczego? - chciałoby się zapytać, ale już mniejsza o to. Te słowa są początkiem tekstu o Świętej Księdze, którą Bóg podarował Adamowi, zabrał, oddał, znów zabrał, ale obiecał, że odda ludziom, gdy przyjdzie czas. Akcja powieści rozgrywa się w określonym czasie historycznym - w końcu XVII w. Nie daje jednak poczucia żadnego historycznego ani społecznego, ani psychologicznego konkretu, jest umieszczona w absolutnej próżni. Pod względem zawartości intelektualnej powieść ta jest jednak szczytowym osiągnięciem Olgi Tokarczuk. Zjazd - prawda, że nie z wysoka - widzimy w następnych książkach, np. "Prawiek i inne czasy". Między "Podróżą" a "Prawiekiem" była jeszcze jedna powieść o owczym tytule "E. E." traktująca o pierwiastku irracjonalnym, tym razem w psychice dziewczynki, u której dorośli wykrywają zdolności mediumiczne i wykorzystują w seansach łączności z zaświatami. Tutaj tajemnicę niszczą biologia do spółki z historią: zdolności dziewczynki znikają po osiągnięciu dojrzałości, co się akurat zbiega z początkiem pierwszej wojny światowej - zakrwawione majtki i grzmiące armaty - jakież to wymowne. Z kolei czytając "Grę na wielu bębenkach" - zbiór opowiadań tej samej autorki - mamy dojmujące wrażenie przeżywania czytelniczego déjá vu. Wszystko już skądś znamy. Np. w "Podmiocie" bohater - pisarz odpowiada dokładnie wszystkim stereotypom pisarza z PRL (setkę wódki wypija jednym haustem) jakby był wzięty z dawnych satyrycznych opowiadań Janusza Głowackiego. Tyle że kiedy u tamtego była to ironia, u Tokarczuk wszystko jest na serio. Są opowiadania współczesne i historyczne ("Zdobycie Jerozolimy. Raten 1675"): chłopi, korzystając z zamieszania powstałego w związku z zainscenizowanym przez właściciela ziemskiego zdobyciem Jerozolimy, łapczywie pochłaniają jedzenie wystawione na zamku, a resztki zabierają przy pomocy żon i dzieci na potem, co napełnia właściciela (narratora?) nieokreślonym smutkiem i zadumą. To pewnie metafora kontrastu między idealnym a przyziemnym. Następna książka Tokarczuk "Ostatnie historie" kolejno: matki, babki i córki jest bardzo nierówna. O babce umie opowiedzieć, o wnuczce żyjącej teraz - nie. Kolejne dzieło "Anna In w grobowcach świata" jest najbardziej kuriozalnym w dotychczasowej twórczości Olgi Tokarczuk. Tym razem jest to, opowiedziany własnymi słowami, sumeryjski mit. Jak na okładce książki informuje autorka swoją osobliwą polszczyzną, "historia ta została spisana na tabliczkach klinowych" (chyba pismem klinowym). Mamy być jednak szczęśliwi z tego powodu, że pisarka podjęła się "przeniesienia jej w możliwie największą bliskość współczesnego czytelnika". A oto inny przepis na powieść: wspominamy dzieciństwo. Dzieciństwo - niezbyt ciekawe, ale przecież temat nie odgrywa decydującej roli‚ eksploatują dwaj panowie z Gdańska: Huelle i Chwin. Świat widziany oczami dziecka. Wzorem Schulza i u jednego, i u drugiego, występuje ojciec, ale nie jest to wzmocniony hiperbolą prorok, marzyciel, tylko realistycznie szary poczciwina, który traci pracę, zagląda do kieliszka, jest zakompleksionym piratem drogowym itd. Jak kiedyś na "Upadek" Camusa Iwaszkiewicz odpowiadał opowiadaniem "Wzlot", tak w naszych czasach na "Blaszany bębenek" Grassa Huelle odpowiada "Weiserem Dawidkiem". Podobieństwa między grassowskim bohaterem a jego polskim odpowiednikiem Dawidem Weiserem są uderzające, zaś różnice - charakterystyczne. Obaj pochodzenie mają niepewne: Oskar to Polakokaszub, choć ojcem jego formalnie jest gdański Niemiec, Weiser to chyba Żyd, ale ma tylko dziadka, więc i to niejasne. Obaj odmawiają dojrzewania, wejścia w świat dorosłych. Oskar zatrzymuje się w fizycznym rozwoju na poziomie trzylatka, Weiser jest nastolatkiem i nigdy nie wydorośleje, bo znika. Obaj mają nadnaturalne zdolności: Oskar przenikliwym krzykiem kruszy szkło, Weiser - lewituje; Oskar bębni, Weiser jest piromanem, robi fajerwerki; jeden i drugi lubią wpędzać dorosłych w kłopotliwe sytuacje itd. A różnice? "Blaszany bębenek" to pornograficzna groteska niestroniąca od bluźnierstwa i nieuznająca żadnych narodowych świętości. Tam dzieje się historia, a w "Weiserze" można najwyżej dostać po uszach od srogiego nauczyciela. Grass jest prowokacyjny i obrazoburczy, a Huelle ugrzeczniony, Grass jest dosadny, a Huelle wstydliwy, Grass ma wizję, a Huelle jedynie łatwość pisania, jak dobry z polskiego uczeń. Motyw spódnic jest jedną z charakterystycznych różnic. U Grassa babka bohatera Oskara zostaje matką jego matki, gdy udziela schronienia pod swoimi czterema obszernymi spódnicami pewnemu ściganemu przez żandarmów Kaszubowi. Huelle podejmuje grzecznie wyzwanie i postanawia przewyższyć Grassa pomysłowością. Weiser chodzi ze swą dziewczyną Elką na lotnisko, tam kładą się na wznak przed pasem startowym, aby strumień powietrza spod lądującego samolotu zadzierał Elce spódnicę, co podglądają z dala narrator z kolegami. Po latach Elka urządza narratorowi podobny spektakl, tym razem pod dachem, używając zamiast samolotu wentylatora. "Opowiadania na czas przeprowadzki" kontynuują przepis dziecięco-wspomnieniowy. Rzeczy dzieją się w Gdańsku i okolicach. Silnie zaznaczony jest wątek poniemieckości, jak w "Weiserze" i w "Hanemannie" Chwina. Opowiadania skonstruowane są starannie, jak gdyby autor uczęszczał na kursy twórczego pisania u Izabeli Filipiak i właśnie odrobił lekcje. Np. nuda oczekiwania na lotnisku urozmaicana jest retrospekcjami, z których poznajemy historię dziadka Antoniego ("Cud"). Niektóre opowiadania zdradzają niepospolite ambicje: "Winniczki, kałuże, deszcz" zaczynają się niemal jak Stary Testament: "Na początku był deszcz". Na początku czego, właściwie? - zadaje sobie pytanie czytelnik. Zdradzają też pewne kłopoty z polskim i logiką: "...rozbuchana zieleń zdawała się lada chwila rozsadzić zwilgotniałe mury kamienic..." czy "piwo... o aromatycznym zapachu". Parę zdań dalej ojciec narratora "ciągnie cienisty napój", czym autor dowodzi swojej erudycji ("Napój cienisty" to tytuł zbioru poetyckiego Leśmiana), nie wiadomo tylko, po co. W opowiadaniach tych panuje duch poczciwości, szlachetnej łagodności, pogodnego umiaru, zadumy nad losem, a jedyny w nich ruch to wyrównana walka pretensjonalności ze stereotypem: matka, jak to kobieta - burkliwa i podejrzliwa, ojciec - otwarty i rozumiejący itd. Stereotypowa wyobraźnia tego autora połączona jest jednak ze sporym sprytem. Występował dotąd głównie w filmach. Jest to - w zamian za sponsoring - pokazywanie produktu lub mówienie o nim w celach reklamowych, ale z zachowaniem pozoru, że produkt ten występuje w danym kontekście naturalnie i przypadkowo. W literaturze pierwszy raz się pojawia, o ile mi wiadomo, za sprawą przedsiębiorczego Pawła Huelle i jego książki "Mercedes-Benz", sponsorowanej przez wyłącznego przedstawiciela marki Mercedes-Benz, czego historia literatury pewnie mu nie zapomni. Ta książka ma też innego sponsora - Bohumila Hrabala - niestety, nieświadomego, który w odróżnieniu od Mercedesa niczego w zamian nie otrzymał. Hrabal napisał opowiadanie o robieniu prawa jazdy na motocykl. Huelle przepisał je własnymi słowami, zamieniając motocykl na samochód i opatrzył podtytułem "Z listów do Hrabala". W ten sposób, w swoim mniemaniu, wykpił się z braku własnych pomysłów. Prostodusznie można by oczekiwać, że kto nie ma własnych pomysłów - milczy. Tymczasem brak pomysłów podniesiono do rangi znaku firmowego współczesnej literatury. Inny przykład tej plagi to kompletnie bezsensowna powieść Jerzego Sosnowskiego "Apokryf Agłai", w której główny pomysł, tj. kim, a właściwie czym, jest tytułowa Agłaja, został ściągnięty ze Stanisława Lema, do czego zresztą Sosnowski się przyznaje, składając autorowi "Fiaska" na końcu książki podziękowania, co jest kolejnym polskim patentem literackim: ukradłeś - to podziękuj i już możesz bez wstydu używać. Niektórzy autorzy odmawiają stosowania tego patentu, np. Antoni Libera ze swoją "Madame", parantelom literackim, wskazywanym przez krytykę, agresywnie zaprzecza. Aleksander Jackiewicz wydał w 1963 roku powieść pt. "Madame", opowiadającą o miłości ucznia do nauczycielki francuskiego. Powieść Libery z 2000 roku pod takim samym tytułem opowiada - przypomnijmy - o tym samym. Po hołdzie złożonym Hrabalowi składa Huelle równie osobliwy hołd Tomaszowi Mannowi, powołując bohatera "Czarodziejskiej Góry" na bohatera swojej książki "Castorp". I ta powieść wpisuje się więc w utwory naśladowcze. Huelle, niczym 40 lat temu Jerzy Andrzejewski, chętnie demonstruje swoje możliwości techniczne. Każda jego nowa książka jest inna pod względem formalnym i stylistycznym. W "Weiserze Dawidku" mieliśmy narrację w pierwszej osobie, pełną retrospekcji, nowocześnie tradycyjną. "Mercedes-Benz" to powieść bez kropek, tzn. jest tam trochę kropek, ale autor ma ambicję, żeby nie było ich więcej niż jedna na rozdział. "Castorp" to - w postmodernistycznym duchu - powieść niby XIX-wieczna, rozgrywająca się w Gdańsku w przededniu I wojny światowej, z wątłą romantyczno-kryminalną intrygą, z postaciami marionetkami i wszechwiedzącym narratorem raczącym czytelnika uwagami w rodzaju: "aby zaspokoić naturalną w tym miejscu ciekawość czytelnika, wyznajmy jednak, co ominęło naszego bohatera w dalszej części wieczoru". Dlaczego informacja, że śpiewano burszowskie pieśni i wypito po 10 kufli piwa ma być wyznaniem? O przesłaniu książki można powiedzieć niewiele: kiedyś w Gdańsku mieszkali Niemcy (i trochę Polaków), a teraz - po dwóch straszliwych wojnach - Polacy. I nie jest to źle ani dobrze. Tak się świat po prostu zmienił. Powieść "Ostatnia wieczerza" dzieje się w niedalekiej przyszłości. Postaci w niej podróżują - a ściśle mówiąc stoją w korkach - alejami Braci Kaczyńskich w Gdańsku. Komu Huelle chce złożyć hołd "Ostatnią wieczerzą" - nie wiem. Wiadomo, z kim się chce rozliczyć. W książce występuje pod przezroczystym kryptonimem Monsignore gdański duchowny ubierający się w białą papieską sutannę i handlujący winem. Występują i osoby bardziej sympatyczne, np. kontrabasista Helmut. Huelle zastosował starą metodę opisaną przed wojną przez Karola Irzykowskiego, którą wybitny krytyk nazwał wstawianiem. Pisarz chodzi po mieście, spotyka się z ludźmi i potem wstawia ich do swojej powieści. Takie postępowanie grozi popsuciem sobie stosunków towarzyskich, ale to nie nasz problem. Naszym problemem jest nuda. Autor bardzo się stara, aby swoją powieść, w porównaniu z poprzednimi, ubogacić jakąś akcją i różnymi zaskakującymi wstawkami. W usta bohaterów wkłada jednak rozważania tak banalne, że nigdy by się zapewne nie zdecydował na wypowiedzenie ich we własnym imieniu. Więc po cóż tworzy to sztampowe królestwo? Z braku własnych odpowiednio dramatycznych i traumatycznych wspomnień autorzy urodzeni w okresie stalinowskim przypominają przeżycia pokolenia swoich rodziców, tj. pokolenia, które przeszło wojnę, powstanie warszawskie, burzenia, wywózki, zesłania i przesiedlenia. Jednakże sprawy te znamy z pierwszej ręki od tych, co w tych wydarzeniach osobiście uczestniczyli. Stefan Chwin stworzył efektowny termin - archeologia pamięci - pamiętajmy jednak, że nie jest to jego pamięć. Przejście dramatycznych wydarzeń przez filtr pamięci Chwina czy Huellego w ogóle ich nie wzbogaca. Stefan Chwin też opowiada o swoim dzieciństwie. Tak dzieje się zarówno w powieści "Hanemann", jak i w bardziej hybrydycznej, wspomnieniowo-eseistycznej książce "Krótka historia pewnego żartu". Mniej typowa jest powieść "Esther", także i dlatego, że dzieje się głównie w Warszawie, a nie w Trójmieście. To wspomnienia sprzed kilku pokoleń. "Esther" uzmysławia nam dobitniej niż inne pozycje tego autora, dlaczego książki Chwina pod względem treści i formy tchną sztucznością i artystycznym fałszem. To mianowicie książki o rzeczach, a nie o ludziach. Ludzie, ich czyny, myśli, a przede wszystkim język, jakim mówią, są tak samo martwe jak otaczające ich przedmioty. A i miłość do przedmiotów nie jest autentyczna; to raczej chęć zaimponowania czytelnikowi umiłowaniem szczegółu, dogłębną wiedzą o epoce, dokładnością, spostrzegawczością. Ta mania powoduje, że żaden przedmiot, tj. rzeczownik, ani żadna czynność, tj. czasownik, nie występują w tej prozie same dla siebie, wszystko musi być natrętnie określone, jak w technicznym opisie lub instrukcji obsługi, jest tu za dużo przymiotników i przysłówków. Każda szyba czy lampa jest z mlecznego szkła, kieliszek - kryształowy, kort - gęsto tkany, gąbka - grecka, a pociągnięcie ścierką - mocne. Ta, mająca uwieść czytelnika wiedza autora o świecie materialnym, przybiera nieraz kształty humorystyczne. Oto narrator wchodzi do pogrążonego w półmroku audytorium. Po ciemku gorzej widać, a jednak - ile spostrzegł: "Trzy rzędy niżej mężczyzna w białym fartuchu narzuconym na jasny trencz z angielskiej wełny uważnie ostrzył scyzorykiem cedrowy ołówek...". Zachodzimy w głowę, dlaczego narrator nie poinformował nas, że scyzoryk był szwajcarski, skoro rozpoznał, że ołówek był cedrowy, a wełna angielska. Autor jest przekonany, że za pomocą takich chwytów (pasztet zajęczy od Jurgi, łóżko kupione jeszcze u Zelmera z Hożej itp.) daje czytelnikowi wrażenie obcowania z autentykiem - tymczasem rozsiewa pretensjonalną nudę. To, co uderza u trójki naszych utytułowanych i nagradzanych autorów, to nienowoczesność i zaskakująco nieporadny język. Tokarczuk, Huelle i Chwin posługują się szkolną, drętwą, nieciekawą polszczyzną. Oczywiście są między nimi różnice. Tokarczuk ze szkolnej polszczyzny usiłuje uciekać w tani irracjonalizm i mglistość; Huelle - w udawaną naiwność, tylko Chwin - starszy referent literacki - nigdzie nie może uciec ze swego drewnianego języka i stylu. Podobnie nieudolne są kompozycja i narracja. Jest to ślimaczo ciągnące się, jednowątkowe i linearne opowiadanie jednego po drugim, tak że o kompozycji nie ma właściwie mowy, co w połączeniu z płaskim i matowym językiem daje przygnębiające uczucie nudy, ale i swojskiego ciepła, tak jak ciepła jest telenowela w porównaniu z kawałkiem życiowej i artystycznej prawdy. Prosta narracja w pierwszej osobie, bez żadnej kompozycyjnej finezji czy suspensu jest najprostszym gatunkiem literackim występującym w szkole - to forma wypracowania "Opisz, co robiłeś w czasie wakacji". Mistrzostwo w takim opisie osiąga Huelle. Tokarczuk rozmazuje język zgodnie ze swoją koncepcją irracjonalności czy dziwności wszystkiego dookoła; Chwin pisze solennie, jak przed wiekiem "no, wiesz - odpowiadał Wujek, poprawiając ułożenie widelca obok talerza - ale...", a Huelle - nawija. Z kokonów składa się jego narracja. Autor, niczym prząśniczka, przędzie wątłą nić, ale daremnie czeka czytelnik, aż się kiedyś zerwie... Jemu nie zrywa się nigdy. Taki jest nasz - pożal się Boże - Parnas literacki dzisiaj: Ich Troje literatury polskiej. W tym tercecie największym złoczyńcą artystycznym jest niewątpliwie Stefan Chwin. Ale nikt z nich nie jest w stanie wymyślać fikcji i kompozycji, ich bohaterowie nie mówią niczego interesującego ani w interesujący sposób. Ci pisarze cierpią na brak kontaktu z rzeczywistością, a więc usilnie starają się pokazać konkret, co wychodzi karykaturalnie. Wypełniają swoje utwory banałem i rezonerstwem. A jak już trafi się jakiś pomysł to - pożyczony. Ich szczytowe osiągnięcia stylistyczne to mizdrząca się mityzacja na siłę: urodziłem się nad zatoką zimnego morza, jakby nie można było napisać normalnie, że w Gdańsku, albo: szczególizacja i pseudoautentyzm wyrażający się w monotonnym wyliczaniu kolejno mijanych ulic, jak w przewodniku turystycznym, albo takimi rewelacyjnymi obserwacjami jak ta, że Wełtawa jest w dole, a Hradczany w górze. Ludzie piszący takie rzeczy muszą być kawalarzami, którzy postanowili, jak to się mówiło przed wojną, wziąć na kawał czytelników i krytyków. To, że tak im to gładko poszło, jest symptomem poważnego schorzenia smaku - raczej jednak recenzentów niż konsumującej literaturę i inne sztuki publiczności w Polsce.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL