Siatkówka

Najważniejsza chłodna głowa

Marco Bonitta
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
- Potrafię krzyknąć, nie ukrywam emocji - mówi Marco Bonitta
Rz: Będzie pan spał spokojnie przed sobotnim półfinałowym meczem z Serbkami?
Marco Bonitta: Mam nadzieję. Znamy je bardzo dobrze, wiemy, jak zagrać, ale to bardzo trudny przeciwnik. One są jak dobrze dobrany chór, do tego ze znakomitym dyrygentem - rozgrywającą Mają Ognjenović. Kiedy się pan najbardziej denerwował w Hasselt?
To chyba oczywiste: w piątym secie meczu z Bułgarkami. Graliśmy źle, przegrywaliśmy wysoko, ale do końca nie straciliśmy nadziei, że je dogonimy. I udało się. Małgorzata Glinka powiedziała, że po tym dramatycznym spotkaniu wszystkie zawodniczki bardzo się do siebie zbliżyły... Trafiła w sedno. Takie zwycięstwa cementują zespół. Co jest siłą polskich siatkarek? Chłodne głowy. I jeśli głowy wytrzymają, to również w tych meczach, które przed nami, będzie dobrze. Od początku wiedziałem, że w naszej grupie, przy takich rywalkach, nie może być miejsca na stres. Robiłem, co mogłem, by dziewczyny nie czuły nadmiernej presji. One nabierają mocy z każdym meczem, w drugiej rundzie przegrały tylko jednego seta. Mamy silną ławkę rezerwowych i skuteczną broń na wszystkie rywalki - mocną, celną zagrywkę. Taką jak w meczach z Serbią i Holandią. Z drugiej półfinałowej pary Rosja - Włochy kto jest silniejszy? Rosjanki mają zdecydowanie najmocniejszy atak, szczególnie z wysokich piłek. Taka broń bardzo się przydaje w trudnych, kluczowych sytuacjach. Włoszki lepiej bronią, to nie ulega wątpliwości. Mają też więcej dobrych rezerwowych, co w długim, ciężkim turnieju mocno się liczy. Mogą dzięki temu oszczędzać siły i dopiero kiedy to najbardziej potrzebne, włączyć szósty bieg, by uciec rywalkom. Mówił pan o chłodnych głowach Polek. Kadra nie potrzebuje psychologa? Sam staram się nim być. Jakie ma pan metody? Krzyknąć czy raczej przytulić i powiedzieć coś ciepłego? Nie ma jednej metody. To zależy od sytuacji, od osoby. Potrafię krzyknąć, nie ukrywam emocji. Zna pan polskie przekleństwa? Znam jedno, które znają wszyscy, ale nie używam. To nie w moim stylu. Co było największym problemem przed mistrzostwami? Odbudować zespół z Grand Prix, gdzie wygrywaliśmy z najlepszymi. Zwycięstwa z Rosją, Chinami i Włochami dały nam pewność siebie, wzajemne zaufanie. Pokazały, że nasza praca ma sens. Nie targały panem wątpliwości, gdy przyszło podejmować trudne decyzje? Wątpliwości mam zawsze, często z podjęciem decyzji czekam do ostatniej chwili. Miałem je też, kiedy ustalałem ostateczny skład na mistrzostwa Europy. Na to, by tu być, zasłużyła m.in. Klaudia Kaczorowska, ale kiedy do drużyny wróciła Małgorzata Glinka, musiałem poszukać innych rozwiązań. Wiem, że czasami muszę dać Małgosi odpocząć, dlatego wziąłem Joannę Mirek, by ją mogła zastąpić, gdy zajdzie taka potrzeba. Jak pan myśli, zawodniczki pana lubią? Odbiera pana takie sygnały? Myślę, że raz lubią, innym razem mniej. Tak zwykle jest w tym zawodzie. Do Polek łatwiej dotrzeć niż do Włoszek czy trudniej? Różnice są ogromne - inna kultura, inna filozofia życia - ale problemy podobne. Inna kultura, inny język - godząc się na pracę z Polkami, podjął pan ogromne wyzwanie... Miałem tego świadomość. Jednocześnie objąłem drużynę, która już coś wygrała. Miałem więc szczęście. Mnie na pewno było łatwiej niż im. Co powiedziała żona, kiedy się dowiedziała, że wystartuje pan w konkursie na trenera reprezentacji Polski? Bardzo mnie wspierała. Gdy miałem wątpliwości, powiedziała: - Jedź. Zrób to! I przyjechał pan. Jakie były pierwsze wrażenia? Bardzo miłe. W Warszawie był śnieg, a ja bardzo lubię śnieg. A ludzie? Mijali pana bez uśmiechu na ustach? Tak mówią o Polakach. Nic podobnego. Mam przeciwne zdanie. Jesteście pełni radości, spontaniczni. Oczywiście nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale tak jest w każdym miejscu na świecie. Pan też jest spontaniczny? Tak. To najbardziej wyrazista cecha mojej osobowości. I na tym poprzestańmy, nie lubię mówić o sobie. Trzeba być bardzo ostrożnym w ocenie samego siebie. Tęskni pan za rodziną, często dzwoni do domu? Dzwonię codziennie, czasami po kilka razy. Długie rozmowy z żoną i dziećmi są mi bardzo potrzebne. Dzieci są jeszcze małe? Syn ma już prawie siedem lat, córka pięć i pół. Dzieci były z żoną w Polsce, odwiedziły mnie na zgrupowaniu w Szczyrku. Chcę, żeby przyjechały też w zimie. Co pan wcześniej wiedział o Polsce? Sporo czytałem, znam waszą historię, problemy, osiągnięcia. Najwięcej jednak dowiedziałem się od Włochów mieszkających w Polsce. To były praktyczne wskazówki, które wiele mi dały. Nawet nie wiedziałem, że aż tylu moich rodaków tutaj mieszka. Podobno po igrzyskach w Pekinie kończy pan pracę z kobietami i zaczyna z mężczyznami. To jest prawda? Moim celem są igrzyska, nie ukrywam, że chcę poczuć smak olimpijskiego medalu. Z Włoszkami nie było mi go dane zdobyć, bo w Atenach w 2004 r. pokonały nas w ćwierćfinale Kubanki. Mam nadzieję, że Polki staną na olimpijskim podium, a ja dotrzymam obietnicy, którą dałem, podpisując kontrakt. Co będzie dalej, nie wiem i, prawdę mówiąc, nie ma sensu teraz o tym mówić. rozmawiał Janusz Pindera Urodzony 5 września 1963 r. w Rawennie. Żonaty, dwoje dzieci. W marcu 2001 r. został pierwszym trenerem reprezentacji Włoch. Kilka miesięcy później Włoszki zdobyły srebrny medal mistrzostw Europy, a rok później w Berlinie wywalczyły mistrzostwo świata. We wrześniu 2006 r. po konflikcie z czołowymi siatkarkami zrezygnował z pracy z reprezentacją Włoch. 28 lutego 2007 r. objął reprezentację Polski. Jego największym do tej pory sukcesem w nowej pracy był pierwszy, historyczny awans do finału Grand Prix. Jego motto brzmi: Trening to nie miejsce na demokrację, gdy zaczyna się praca, kończy się dyskusja.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL