fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Skąd entuzjazm ws. wizyty prezydenta Miedwiediewa

Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Dziwi mnie ów szczególny oficjalny entuzjazm. Dlaczego? Co zyskujemy dzięki tej wizycie? Co daje nam „koniec posuchy”? – zastanawia się historyk
6 grudnia skończyła się posucha. W stosunkach polsko-rosyjskich. Tak to ujął prezydent Bronisław Komorowski. Lody ruszyły. Świąteczna radość opanowała największe media elektroniczne, które w Polsce łączy obecnie taka sama więź z obozem władzy, jak w zaprzyjaźnionej Moskwie: naszym nowym wzorcu demokratycznych standardów.
Zastanawiamy się, do czego w ogóle można by porównać to niebywałe święto? Żadna z dwóch poprzednich wizyt prezydentów Rosji nie miała takiej oprawy ani nie budziła takiego rządowego entuzjazmu. Nawet wizyta sekretarza generalnego KC KPZR Michaiła Gorbaczowa, zapowiadającego pieriestrojkę i rozpoczynającego grę Katyniem, nie była przyjmowana z takim nabożeństwem. Nie przypominam sobie, by ktoś mógł napisać, że Polacy czekają na Gorbaczowa jak na papieża. Teraz takie porównanie padło – w „Niezawisimoj Gazietie” – i jest serio powtarzane w polskich mediach. Wydaje mi się jednak nieco przesadzone.
[srodtytul]Milion rubli dla cara[/srodtytul]
Mnie wizyta Dmitrija Miedwiediewa skojarzyła się z uroczystym przyjazdem Mikołaja. Nie, nie chodzi o świętego Mikołaja, ale o wizytę cara Mikołaja II w Warszawie we wrześniu 1897 roku. Entuzjazm był łudząco podobny. Miejsce wizyty: Pałac Namiestnikowski – też było to samo, co dzisiaj.
Zachwycano się „liberalnymi i modernizacyjnymi” tendencjami, które przypisywano młodemu carowi. Witał go „las łuków triumfalnych”. Ktoś tam protestował, ale to był margines – PPS.
Dobrze myślący obywatele Warszawy zakładali raczej, że nowy car odmieni nareszcie los kraju nad Wisłą. Żadnych tam już powstań czy innych niebezpiecznych mrzonek; będziemy za to mogli lepiej się rozwijać, korzystniej handlować z wielkim partnerem ze Wschodu. „Na zakręcie dziejowym” – taki tytuł nosił programowy artykuł głównej trybuny ugodowców, petersburskiego „Kraju”, którym witali oni wiekopomną wizytę.
Nadzieje były tak wielkie, że społeczeństwo polskie, pod wpływem agitacji entuzjastów polsko-rosyjskiej „odwilży” zdecydowało się na zbiórkę pieniężną dla cara. Zebrano milion rubli (płaca wykwalifikowanego robotnika nie przekraczała wówczas 40 rubli miesięcznie). Car je łaskawie przyjął i ofiarować raczył na budowę rosyjskiej politechniki w Warszawie. Zgodził się także na zorganizowanie innej zbiórki – na budowę pomnika Adama Mickiewicza…
Ktoś powie: porównanie zupełnie nietrafne. Wtedy Polska nie miała niepodległości. Dziś ją ma. To jest największa różnica. To prawda. A jednak atmosfera, ów szczególny oficjalny entuzjazm wydaje się podobny. To mnie właśnie dziwi. Dlaczego? Co konkretnie zyskujemy dzięki tej wizycie? Co daje nam „koniec posuchy”? Na czym polega dzisiejszy „przełom dziejowy” w stosunkach polsko-rosyjskich?
[srodtytul]Większa zależność[/srodtytul]
Żeby nie ulec jakimś groźnym fobiom, zajrzałem do „Gazety Wyborczej”. Znalazłem w niej (już w wydaniu poniedziałkowym, z 6 grudnia, w artykule Andrzeja Kublika i Rafała Zasunia) niezwykle rzeczową analizę najważniejszych gospodarczych konsekwencji wizyty rosyjskiego prezydenta w Warszawie. Cytuję: „Jedyny pewnik w trakcie wizyty Miedwiediewa – zostanie zmieniony statut EuRoPol Gazu, do którego będzie wprowadzona zasada jednogłośnego podejmowania wszystkich decyzji w spółce. Niestety, w praktyce zwiększa to wpływy Gazpromu”.
Wyjaśnienie: EuRoPol Gaz to spółka kluczowa dla całego systemu importu gazu z Rosji do Polski. Nowy statut oznacza po prostu zwiększenie kontroli Gazpromu nad strategicznymi decyzjami dotyczącymi tegoż systemu i zarazem osłabienie polskiej pozycji w tymże systemie. Stopień uzależnienia Polski od Rosji w dziedzinie dostaw gazu zdecydowanie wzrasta. To jednak nie koniec.
Prezydent Miedwiediew przywiózł także propozycję rozciągnięcia zależności energetycznej Polski od Moskwy na inne obszary. Ponieważ mamy ograniczać emisję CO2 do atmosfery, musimy ograniczać wydobycie węgla. Jako główne źródło energii pozostanie nam gaz oraz energetyka atomowa. W tej ostatniej dziedzinie projektowaliśmy dotąd dwa rozwiązania: własną elektrownię atomową w Żarnowcu oraz połączenie z nową elektrownią atomową budowaną na Litwie.
Prezydent Miedwiediew proponuje, byśmy zrezygnowali z połączenia z Litwą i wybrali inne, lepsze: z nową elektrownią atomową, jaka ma powstać tuż przy granicy z Polską w obwodzie kaliningradzkim.
Jaki ma to sens? Oddajmy znów głos niepodejrzanej o antyrosyjskie fobie „Gazecie Wyborczej”. W cytowanym artykule przytacza ona opinię prof. Władysława Mielczarskiego, szefa rady nadzorczej spółki zajmującej się budową łącznika litewskiego. „Jego zdaniem, jeśli Polska weźmie udział w budowie kaliningradzkiej elektrowni, to nie ma już wielkiego sensu budowa własnej atomówki, która do 2020 r. ma powstać w Żarnowcu. Bo sieć nie wytrzyma takiej ilości energii”. I o to właśnie chodzi!
[srodtytul]Menu ważniejsze od gazu [/srodtytul]
Czy Polska, która sprowadza gaz wyłącznie z Rosji (pod coraz pełniejszą kontrolą Gazpromu) i decyduje się również na rosyjską energetyką atomową zamiast własnej – będzie bezpieczniejsza? Na pewno tak – z punktu widzenia Kremla. Ale czy z punktu widzenia obywateli tego kraju, który reprezentują prezydent Komorowski i premier Tusk? Zdaje mi się, że to pytanie jest praktycznie najważniejszym, jakie warto sobie przy okazji „końca posuchy” w stosunkach z Kremlem postawić.
Jeśli ktoś powie, że przecież ostatecznie liczy się tylko interes handlowy, a gaz z Rosji czy energia atomowa z Rosji mogą być bardziej opłacalne niż skądinąd (choć raczej nic na to nie wskazuje, by sytuacja monopolu dostawcy kiedykolwiek sprzyjała obniżaniu przezeń cen), to warto przypomnieć jeden drobiazg. Pewien ważny polityk w Rosji – nazywa się Władimir Putin – wśród swoich licznych tytułów i stopni ma również stopień naukowy doktora nauk gazowniczych. Uzyskał go w petersburskim Instytucie Gazownictwa za rozprawę doktorską poświęconą bardzo interesującej kwestii: jak wykorzystać eksport surowców energetycznych do realizacji politycznych celów Rosji?
Prezydent (obecnie premier) Putin i jego pomocnicy (obecny prezydent Miedwiediew) w istocie zajmują się przede wszystkim praktycznym testowaniem tej ważnej rozprawy. Polska stanowi jeden z jej niewielkich, ale niepozbawionych znaczenia, rozdziałów.
Jakoś ten aspekt wizyty prezydenta Miedwiediewa nie wzbudził szerszego zainteresowania mediów. Szkoda. Mogliśmy za to dowiedzieć się ze szczegółami, jak wyglądało menu prezydenckiej kolacji w Pałacu Prezydenckim. Dla tych, którym nie wystarczą podobne, może trywialne, detale, minister Radosław Sikorski przedstawił głębszą wykładnię przełomowego sensu wizyty prezydenta Federacji Rosyjskiej.
W swoim obszernym wywiadzie („Z Rosją mamy na czym budować”, „GW”, 6 XII 2010), stwierdził, że krytycy realizowanego przez rząd Donalda Tuska zbliżenia z Rosją „dotąd nie byli w stanie wskazać jednej ważnej strategicznie rzeczy, z której myśmy w stosunkach z Rosją zrezygnowali, z jednego pola”. No cóż – może powinien zajrzeć do cytowanego wyżej artykułu „Gazety Wyborczej”? Oddanie kontroli nad systemem handlu gazem z Rosją w ręce Gazpromu – to chyba nie taka mała rzecz? Otwarcie rozmów nad faktycznym podporządkowaniem Polski rosyjskiej energetyce atomowej – to też chyba nie drobiazg.
Minister Sikorski zadeklarował śmiało, iż „możemy wspierać Rosję, a nasze gospodarki mogą się uzupełniać”. Obawiam się, że tych słów polskiego ministra spraw zagranicznych (tak charakterystycznych dla jego nieposkromionego ego) rosyjskie media nie zacytują, gdyż mogłyby wzbudzić w imperialnym centrum tylko śmiech.
[srodtytul]Haniebna sugestia[/srodtytul]
Z pewnością za to będą szeroko cytowane w Rosji inne słowa ministra – te, w których nawiązał do historycznego kontekstu naszych stosunków. Dla polskiego czytelnika te słowa są po prostu szokujące. Minister Sikorski powiedział: „Mamy też w stosunkach polsko-rosyjskich obustronną większą wrażliwość na ból drugiej strony. Dzisiaj potrafimy przyznać, że w latach 20. w polskiej niewoli zmarło tysiące żołnierzy Armii Czerwonej. To także spory postęp”. Dlaczego te słowa budzą, mój przynajmniej, szok – i dlaczego będą na pewno powtarzane z wielką uciechą w najbardziej szowinistycznych kątach mediów rosyjskich?
Polski minister spraw zagranicznych porównał sprawę Katynia ze sprawą tzw. anty-Katynia, której propagandową eksploatację zlecił jako pierwszy Michaił Gorbaczow, decydując się na ujawnienie części prawdy o egzekucji polskich jeńców w 1940. W Rosji po 1989 roku ukazało się tysiące artykułów i wypowiedzi negujących Katyń. Minister Sikorski, twierdząc, że dopiero „teraz” (w okresie rządów PO) Polacy potrafili przyznać prawdę o zmarłych w polskiej niewoli jeńcach bolszewickich z 1920 roku, najwyraźniej daje do zrozumienia, że w Polsce po roku 1989 szalało, analogiczne do funkcjonującego w Rosji powszechnie „kłamstwa katyńskiego”, jakieś polskie „kłamstwo antykatyńskie”, że negowano powszechnie prawdę o losie jeńców sowieckich 1920 roku.
Ta sugestia jest po prostu – w ustach polskiego ministra spraw zagranicznych – haniebna. To polski historyk, profesor Zbigniew Karpus z Torunia, jako pierwszy przebadał naukowo los jeńców sowieckich wojny roku 1920 i opublikował swą pracę w 1991 roku. Nikt jej też nigdy w Polsce nie negował. Minister Sikorski powtórzył po prostu najbardziej wulgarną tezę postsowieckiej propagandy antypolskiej: Polacy mają swój „anty-Katyń”, tylko nie chcą przyznać się do niego… (a przynajmniej nie chcieli, dopóki nie przyszedł premier Tusk z ministrem Sikorskim i nie wyleczyli Polaków z „fobii”).
[srodtytul]Polskie skarby w Moskwie[/srodtytul]
Niestety, w sprawach historycznych spotkanie Miedwiediew – Komorowski nie przyniosło żadnej istotnej zmiany poza przyjęciem przez polskiego ministra spraw zagranicznych tej wykładni sprawy Katynia, jakiej trzyma się premier Putin (ostatni raz wyłożył ją w pełni 7 kwietnia w Smoleńsku, po spotkaniu z premierem Tuskiem). Minister Sikorski stwierdził, że „już możemy być dumni” z dokonań na niwie przezwyciężania złego dziedzictwa historii. Chyba przedwcześnie.
[wyimek]W sprawach historycznych spotkanie Miedwiediew – Komorowski nie przyniosło żadnej istotnej zmiany[/wyimek]
Rząd Federacji Rosyjskiej powtórzył niedawno, w odpowiedzi na skargę członków rodzin katyńskich do Trybunału w Strasburgu: Rosja nie ma obowiązku wyjaśniać losu ofiar „wydarzeń katyńskich”. Gdyby polski prezydent i rząd umieli skutecznie przekonać swoich rosyjskich gości do zmiany tego stanowiska, wtedy może moglibyśmy mówić o powodach nie do dumy, ale do elementarnej satysfakcji. Niestety, nie słyszałem o takich staraniach strony polskiej w czasie wizyty prezydenta Miedwiediewa.
Nie słyszałem także, by polscy jej gospodarze upomnieli się wreszcie o zwrot skarbów polskiej kultury i historii, jakie zrabowane zostały przez najeźdźczą Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku i spoczywają dziś w Rosyjskim Państwowym Archiwum Wojskowym w Moskwie. Chodzi o takie zbiory, jak archiwum Legionów Polskich, całe niemal archiwum wywiadu II RP, archiwum rządu, Sejmu czy nawet Kancelarii Prymasów Polski. Dlaczego te bezcenne dla Polaków zbiory mają tkwić w Moskwie? Dlaczego mamy o tym milczeć? Czy na tym milczeniu mamy budować lepsze stosunki z Rosją?
[srodtytul]Witamy prokuratora Czajkę [/srodtytul]
Czy powinniśmy również taktownie milczeć w sprawie konieczności natychmiastowego zwrotu materialnych świadectw katastrofy smoleńskiej? Dlaczego prezydent Miedwiediew na znak „końca posuchy” nie przywiózł poćwiartowanego już i tak wraku prezydenckiego samolotu? Dlaczego polski prezydent i premier nie upomnieli się o zwrot czarnych skrzynek – przecież Rosjanie już mają wyniki swojego śledztwa? Dlaczego nie upomnimy się o telefony satelitarne zmarłego prezydenta RP i towarzyszących mu sześciu generałów – bądź co bądź sześciu generałów NATO? Czy rzeczywiście lepiej o tym milczeć? A może wystarczy zadowolić się deklaracją ministra Aleksandra Konowałowa (minister sprawiedliwości FR), który obiecuje „zobaczyć, co się da zrobić” w sprawie wraku?
Cóż, na razie pokazał, co się da zrobić, przedstawiając w Strasburgu powyżej opisane stanowisko rządu rosyjskiego w sprawie „wydarzeń katyńskich”.
Może powinniśmy zatem zdać się na lepszą współpracę z generalnym prokuratorem Federacji Rosyjskiej Jurijem Czajką, który także pojawił się w świcie prezydenta Miedwiediewa? Prokurator Czajka, któremu powierzony został nadzór nad rosyjskim śledztwem w sprawie smoleńskiej katastrofy, ma na swoim koncie nadzór nad wszystkimi najbardziej, nazwijmy to delikatnie, wątpliwymi śledztwami politycznymi w Rosji: nad sprawą śmierci Anny Politkowskiej, otrucia polonem Aleksandra Litwinienki czy nowym procesem Michaiła Chodorkowskiego. Zasłynął niezwykle oryginalną tezą przypisującą kluczową rolę w zamordowaniu w Londynie Litwinienki siedzącemu w obozie przy granicy z Mongolią Chodorkowskiemu… Teraz odpowiada za sformułowanie zasadniczej tezy śledztwa smoleńskiego.
Pech chce, że właśnie w dniu wizyty prezydenta Miedwiediewa i jego prokuratora w Warszawie najbardziej opiniotwórcza gazeta amerykańska „Washington Post” zwróciła uwagę na nowy, skandaliczny proces Chodorkowskiego przygotowany przez prokuratora Czajkę. Administracja prezydenta Obamy powinna ukarać Rosję surowymi sankcjami za drastyczne nadużycia prokuratury w walce z polityczną opozycją – do tego wzywa „Washington Post”, sugerując, że ludziom takim jak prokurator Czajka powinno się stanowczo odmówić prawa wjazdu na teren Stanów Zjednoczonych.
My z dumą i nadzieją witamy prokuratora Czajkę na polskiej ziemi. Niech wyjaśni sprawę śmierci polskiego prezydenta i 95 innych obywateli polskich…
[srodtytul]Bliżej rosyjskich standardów[/srodtytul]
Obecny prezydent Polski Bronisław Komorowski wzniósł na uroczystej kolacji na cześć prezydenta Miedwiediewa następujący toast: „Jesteśmy szczęściarzami, ponieważ żyjemy w świecie, który jest coraz bliżej demokratycznych standardów”.
Nie mam wątpliwości, Polska jest coraz bliżej tych standardów, które obowiązują w Rosji. Szczerze mówili o nich amerykańscy dyplomaci i zachodnioeuropejscy politycy w tych depeszach, które mogliśmy przeczytać ostatnio w serii wycieków WikiLeaks.
My budujemy bramy triumfalne. Prezydent Miedwiediew już pod nimi przeszedł. Co będzie postępowało jego śladem? „Imperialne państwo mafijne” (to z WikiLeaks) i jego polityczne interesy czy też wiarygodny partner „modernizacji i liberalizacji”? Praktyczna odpowiedź będzie ćwiczona w Polsce.
[i]Autor jest znawcą historii Rosji, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA