fbTrack

Publicystyka

Polska - Rosja: wywabianie historycznych plam

Żołnierze radzieccy „wyzwalają” Lublin, lato 1944 roku
EAST NEWS
Rosyjskie teksty w "Białych plamach – czarnych plamach" są nierówne. Oczywiście sytuacja, w której autorzy polscy i rosyjscy doszliby do pełnej zgody, jest niemożliwa. Ważne, że skonfrontowali swoje poglądy – recenzują publicyści "Rzeczpospolitej"
To obszerne dzieło (około 1000 stron!) jest podsumowaniem działania Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych. Wszystkie zagadnienia przedstawione są w nim z dwóch punktów widzenia. Każdy z 16 tematów został opracowany przez ekspertów polskich i rosyjskich (w formie dwugłosu), a prezentowane punkty widzenia są niekiedy rozbieżne.
"Białe plamy – czarne plamy" pod redakcją współprzewodniczących grupy Adama Daniela Rotfelda i Anatolija Torkunowa zostaną oficjalnie zaprezentowane w dniu, który można uznać za zwieńczenie dotychczasowych wysiłków na rzecz zbliżenia między Polską a Rosją, czyli 6 grudnia. Tego dnia z wizytą do Warszawy przyjedzie prezydent Dmitrij Miedwiediew.
Dzieło napisane przez 30 polskich i rosyjskich ekspertów oraz polityków – jak zauważa Adam Rotfeld – ma być punktem wyjścia "do wypełniania "białych plam" nowymi ustaleniami historyków i usuwania "czarnych plam" przez odkłamywanie historii i odrzucanie gromadzonych przez lata fałszerstw i półprawd, legend i stereotypów". [srodtytul]Po roku 1990[/srodtytul] Konflikty polsko-rosyjskie nie wynikają, jak się często mówi, z genetycznej polskiej rusofobii ani irracjonalnych rosyjskich uprzedzeń. Wynikają z rozbieżnych wizji strategicznych oraz różnych doświadczeń historycznych. Wpisują się – jak podkreśla w rozdziale o relacjach po roku 1990 Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich – w spór o "granice świata zachodniego i sfery oddziaływania Federacji Rosyjskiej". Rosyjski ekspert Artiom Malgin, doradca rektora Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (MGIMO), uważa wręcz, że obecne relacje "w pełni mieszczą się w konwencjonalnym scenariuszu współdziałania dwóch niepodległych państw". Według niego nie ma w nich, wbrew tytułowi publikacji, czarnych plam. Na dodatek jego zdaniem Polska i Rosja są do siebie podobne, bo mają wyolbrzymione wyobrażenie o swojej roli międzynarodowej. Mówiąc o sobie, Rosjanie i Polacy – twierdzi Malgin – posługują się ponad miarę takimi pojęciami, jak moralność, duchowość czy męczeństwo, oraz postrzegają sąsiadów jako kraje wymagające opieki Warszawy czy Moskwy. A co ciekawe, oba narody robią wszystko, by te podobieństwa ukryć. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz podkreśla, że oba kraje wcale nie są skazane na ciągłe konflikty. Przestrzega jednak, że po obecnym okresie ocieplenia czeka nas kolejny kryzys. Tylko nie wiadomo, kiedy on nastąpi. Bo sama zmiana formy stosunków na linii Warszawa – Moskwa nie wystarczy. Prędzej czy później dadzą o sobie znać nieprzezwyciężone, a może nieprzezwyciężalne, spory historyczne dotyczące bezpieczeństwa energetycznego czy też przyszłości krajów byłego ZSRR. [srodtytul]Sprawa Katynia [/srodtytul] Największe emocje wzbudzą zapewne rozdziały poświęcone problemom historycznym. Dla polskiego czytelnika najciekawsze będą te napisane przez ekspertów rosyjskich. Zawsze bowiem warto się zapoznać z punktem widzenia i sposobem myślenia drugiej strony. Czasami zbieżnym z naszym, czasami sprzecznym, a czasami wręcz irytującym. Tak właśnie jest z tekstami Rosjan. Na początek przykład pozytywny. Artykuł profesor Natalii Lebiediewej, znanej historyk z Rosyjskiej Akademii Nauk, która od lat bada zbrodnię katyńską. "Celem eseju – pisze Lebiediewa – jest szczegółowe wyjaśnienie zagadnień [katyńskich], pokazanie, jak kierownictwo radzieckie w ciągu półwiecza próbowało zrzucać z siebie odpowiedzialność za mord katyński i obarczało winą za jego popełnienie hitlerowskie Niemcy". Dlaczego sowieckie politbiuro wydało rozkaz fizycznej eksterminacji akurat tych 22 tysięcy polskich internowanych i więźniów? Lebiediewa nie ma większych wątpliwości: "Doprowadzając do likwidacji Polski jako niepodległego państwa, Stalin dążył do rozprawienia się z tymi, którzy mogli przeszkodzić w osiągnięciu tego celu i podjąć walkę o odrodzenie swojego kraju". Według rosyjskiej badaczki decyzja o zamordowaniu jeńców wiosną 1940 roku mogła być także związana z zakończoną właśnie wojną z Finlandią. I nie chodzi tu o potrzebę zwolnienia dla fińskich jeńców zajmowanych przez Polaków obozów (taka teoria czasami się pojawia), ale o snute wówczas przez Londyn i Paryż plany ataku na imperium Stalina – w roku 1940 najlepszego sojusznika Hitlera. Rząd generała Władysława Sikorskiego mocno lobbował za tym projektem. Polski premier mówił, że pomoc udzielona zaatakowanej Finlandii wciągnie Francję i Wielką Brytanię w "faktyczną wojnę z Rosją [sowiecką], co dla nas jest nader pożądane". Szef naszego MSZ August Zalewski przekonywał zaś o konieczności "rozgromienia" Związku Sowieckiego przez zachodnich aliantów. "Informacje na ten temat, docierające na Kreml zarówno kanałami dyplomatycznymi, jak i wywiadowczymi, tylko umacniały nienawiść Stalina do polskich oficerów. Jego zdaniem w razie wojny państw zachodnich z ZSRR mogli oni się stać piątą kolumną. Stalin nigdy nie zapomniał o roli czeskich jeńców wojennych, którzy wywołali powstanie podczas wojny domowej w Rosji radzieckiej w latach 1918 – 1920" – pisze Lebiediewa. Pani profesor rzetelnie przedstawia kulisy i mechanizmy zbrodni katyńskiej, a jej ustalenia niewiele odbiegają od ustaleń naszych historyków (rozdział dotyczący Katynia w "Białych plamach – czarnych plamach" napisał śp. Andrzej Przewoźnik). Gdyby większość Rosjan, a szczególnie rosyjskie elity władzy, myślała w ten sposób, problem Katynia w stosunkach polsko-rosyjskich by nie istniał. [srodtytul]Sprawa anty-Katynia [/srodtytul] Kolejna drażliwa sprawa: anty-Katyń. W tajnym rozporządzeniu z 1990 roku Michaił Gorbaczow wydał polecenie, aby znaleźć w historii jakieś wydarzenie kompromitujące Polaków, które można by przeciwstawić wymordowaniu polskich oficerów przez NKWD w 1940 roku. Usłużni sowieccy historycy podsunęli mu sprawę jeńców bolszewickich z wojny 1920 roku, którzy zmarli w polskiej niewoli. Od tego czasu sowieccy, a później rosyjscy politycy, słysząc hasło Katyń, automatycznie odpowiadali (i wciąż odpowiadają) anty-Katyniem. Wskazują, że "obie strony mają coś na sumieniu", rozmywając znaczenie i wymiar zbrodni katyńskiej. W artykule prof. Giennadija Matwiejewa z Uniwersytetu im. Łomonosowa, który dotyczy tej sprawy, podobnego zestawienia nie ma. Rosyjski badacz zgodnie z prawdą pisze, że przytłaczająca większość bolszewickich jeńców zginęła z powodu epidemii. Zwraca tylko uwagę różnica zdań w sprawie liczby zmarłych. Zdaniem Darii Nałęcz i Tomasza Nałęcza, którzy napisali polski rozdział o wojnie 1920 roku, było to 16 – 17 tysięcy ludzi. Matwiejew uważa zaś, że 25 – 28 tysięcy. Podana przez niego liczba polskich jeńców, którzy zginęli w niewoli bolszewickiej – 2 tysiące – wydaje się zbyt niska. Ciekawie o używaniu mitu anty-Katynia przeciwko Polsce pisze zasłużona dla ujawniania prawdy o mordzie na polskich oficerach profesor Iniessa Jażborowska. Dowodząc, że porównywanie obu spraw jest niedopuszczalne, przytacza ona nawet wypowiedź generała Wojciecha Jaruzelskiego. Rosyjskiemu pisarzowi i naukowcowi Walentinowi Oskockiemu mówił on: "[W 1920 roku] to była walka. Czym innym jest śmierć zadana w sposób zbrodniczy, morderczy, zabijanie jednego po drugim, mordowanie ludzi bezbronnych (...). Zbrodnia katyńska była zaplanowana, z rozkazu Stalina i innych członków najwyższego kierownictwa radzieckiego. Natomiast jeńcy czerwonoarmiści umierali przede wszystkim z powodu skrajnie trudnych warunków w obozach. Jednak to nie było zabójstwo zaplanowane, na rozkaz odgórny, w dodatku – skrywane pod kłamstwem przez kilkadziesiąt lat". [srodtytul]Stalin miał zawsze rację [/srodtytul] Artykuły Matwiejewa, Lebiediewej i innych rosyjskich ekspertów stoją na wysokim poziomie i są bardzo rzetelne, w tomie zdarzają się jednak także teksty innego typu. Choćby artykuł prof. Walentiny Parsadanowej z Instytutu Słowianoznawstwa Rosyjskiej Akademii Nauk, który dotyczy stosunków polsko-sowieckich w latach 1941 – 1945. Utrzymany jest on bardziej w duchu historiografii sowieckiej niż rosyjskiej. I to zarówno w sprawie faktów, jak i terminologii. Oto próbka stylu pani profesor: "W [okupowanej] Polsce zaś wszczęto kampanię propagandową fałszowania wydarzeń spod Lenino i dyskredytowania formacji radzieckich oraz żołnierzy pod dowództwem generała Berlinga. Kampanię tę podchwyciły polskie siły reakcyjne". W tym tonie utrzymany jest cały artykuł. Jeszcze cztery inne "ciekawe" tezy: PPR była partią samodzielną, która "obrała kurs na zjednoczenie wszystkich sił antyfaszystowskich we froncie narodowym". Polska została w latach 1944/1945 "wyzwolona" przez Armię Czerwoną. Armia Andersa w porównaniu z berlingowcami była nic niewarta, bo "niemal jedyną jej zasługą bojową" było zdobycie jakiegoś klasztoru w dalekich Włoszech. Członkowie polskiego podziemia niepodległościowego dokonywali "brutalnych morderstw sowieckich żołnierzy i oficerów". Szczególny sprzeciw budzi fragment, w którym autorka usprawiedliwia stanowisko Sowietów wobec Powstania Warszawskiego. Samo powstanie przedstawia jako antysowiecki spisek, którego zleceniodawcy – "polscy politycy" – nie liczyli się z życiem zarówno swoich, jak i sowieckich żołnierzy. "Odpowiedzialność za śmierć 200 tysięcy warszawiaków ponoszą w pierwszej kolejności polscy politycy, którzy zaplanowali powstanie i wezwali Polaków do udziału w nim bez uzgodnienia swojej decyzji z dowództwem radzieckim" – pisze. O tym, że to sowieckie radiostacje podburzały mieszkańców stolicy do zbrojnego wystąpienia przeciw Niemcom, oczywiście nie pisze. Nie stawia sobie również pytania, dlaczego niby Polacy w Polsce mieliby cokolwiek konsultować z Sowietami. Trudno również zrozumieć sens historiozoficznych rozważań autorki, według których "utworzenie jednorodnego etnicznie państwa należy uznać za fakt pozytywny w polskiej historii w XX stuleciu". Przypomnijmy: Polska wielonarodowa przeistoczyła się w owe "jednorodne etnicznie państwo" w wyniku Holokaustu i odebrania jej połowy terytorium przez Związek Sowiecki. Nazwanie tego "faktem pozytywnym" to nadużycie. [srodtytul]Co dalej? [/srodtytul] Podsumowując: rosyjskie teksty zawarte w "Białych plamach – czarnych plamach" są nierówne. Oczywiście sytuacja, w której obie strony doszłyby do pełnej zgody, jest niemożliwa. To zrozumiałe, że każdy w inny sposób patrzy na wydarzenia historyczne, i w tym kontekście to, że polscy i rosyjscy historycy mogli skonfrontować swoje poglądy, było ważne. Wiele rosyjskich tekstów jest zresztą napisanych znakomicie (choćby ten o Katyniu czy anty-Katyniu) i pozostaje tylko zapytać, jakie książka będzie miała przełożenie na politykę Kremla. Czy prezydent Dmitrij Miedwiediew i premier Władimir Putin (a przynajmniej ich doradcy) ją przeczytają? I czy nie usłyszymy już od rosyjskiego premiera – jak to miało miejsce na Westerplatte 1 września 2009 roku – słów o tragicznym losie jeńców 1920 roku jako przeciwwagi dla Katynia? Jedyny tekst książki napisany wspólnie przez Polaka i Rosjanina to wstęp autorstwa profesorów Rotfelda, byłego szefa polskiej dyplomacji, i Torkunowa, rektora Moskiewskiego Państwowego Instytutu Spraw Międzynarodowych przy rosyjskim MSZ. To właśnie oni od trzech lat kierują istniejącą od 2002 roku Grupą do spraw Trudnych. Książka ukazała się też w wersji rosyjskiej. "Białe plamy – czarne plamy" to obowiązkowa lektura nie tylko dla historyków i ekspertów, lecz dla także dla polityków. Dla Polski bowiem, jak zauważył Artiom Malgin, jedna trzecia czy nawet połowa polityki zagranicznej jest związana z Rosją. Autorzy, w sumie 30 historyków, ekonomistów i politologów, wykonali bardzo ważną pracę. Zaczęli ze sobą rzeczowo rozmawiać. Bez uprzedzeń i kompleksów. Choć przed nami jeszcze daleka droga, zrobili istotny krok. Kolejny powinni zrobić politycy. Być może okazja nadarzy się już 6 grudnia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL