fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Rosja walczy o wpływy na Ukrainie

Janusz Onyszkiewicz
Fotorzepa, dp Dominik Pisarek
W grze o Flotę Czarnomorską tak naprawdę chodzi o Ukrainę. O to, czy zostanie ponownie przywiązana do Rosji, tym razem więzami gospodarczymi – pisze były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz
Kiedy przed paroma miesiącami nowe władze Ukrainy podpisały porozumienie z Rosją, zwane potocznie porozumieniem „ropa za gaz”, wywołało to wielkie poruszenie przede wszystkim na Ukrainie, ale także w Rosji. Jest to całkiem zrozumiałe, zważywszy na to, że obecność Rosji na Krymie i Flota Czarnomorska wywołują w tym kraju wielkie emocje wynikające z roli, jaką ten region i Flota odegrały w jego historii.
W okresie Zimnej Wojny radziecka Flota Czarnomorska była wielkim zespołem uderzeniowym o strategicznym znaczeniu. Miał on nie tylko równoważyć siły morskie Turcji i działać w akwenie Morza Czarnego, ale móc przerwać się przez Bosfor i Dardanele i zmierzyć się ze stacjonująca na Morzu Śródziemnym amerykańska VI Flotą. Stąd w skład tej floty wchodziły liczne wielkie okręty bojowe, w tym jedyny w owym czasie uderzeniowy lotniskowiec, ale także wiele okrętów podwodnych i desantowych. Główne bazy tej floty znajdowały się na Krymie, przede wszystkim w Sewastopolu.
Po proklamowaniu przez Ukrainę w 1991 r. niepodległości jednym z najtrudniejszych problemów nowego państwa było uregulowanie stosunków z Rosją, a w szczególności rozwiązanie zagadnienia statusu Floty i jej baz. Rozmowy trwały długo i miały często bardzo dramatyczny przebieg. Punktem wyjścia było jasne i zdecydowane stanowisko prezydenta i rządu ukraińskiego, deklarujące całkowite przejęcie zarówno wszystkich urządzeń i infrastruktury lądowej, jak też połowy jednostek pływających Floty oraz podobny podział jednostek lądowych i ich wyposażenia. W końcu, w podpisanym dopiero w 1997 r. porozumieniu, przyjęto, że choć Ukrainie przy podziale ma przypaść 50 proc. okrętów, to jednak w ramach spłacania długów za dostarczany gaz, Rosja przejmie dodatkowych 117 okrętów. Uzgodniono też, że wszystkie tereny, które zajmować będzie Flota Czarnomorska, to integralne terytorium Ukrainy, jedynie dzierżawione do 2017 r. Rosji za stosowne opłaty.
[srodtytul]Rosja jest u siebie[/srodtytul]
Dla Rosji utrzymanie się w Sewastopolu miało ogromne znaczenie. Po pierwsze – emocjonalne. W końcu Sewastopol to wielkie karty rosyjskiej historii – heroiczna obrona miasta w czasie Wojny Krymskiej w 1854 r. i w czasie II wojny Światowej, a także główna baza Floty Czarnomorskiej w ciągu ponad 200 lat. Dla rosyjskich wojskowych pobyt w Sewastopolu to nie pobyt „u kogoś”, a „u siebie”. Ponadto pamięta się w Rosji to, co powiedział zdobywca Krymu książę Potiomkin : „kto włada Sewastopolem, włada morzem Czarnym”. Po trzecie, rezygnacja z Sewastopola to ogromny problem praktyczny, bo trzeba gdzieś przenieść bazowanie okrętów, a ani Noworosyjsk, ani Tuapse na wschodnim, rosyjskim wybrzeżu Morza Czarnego nie mają wystarczająco dobrych warunków klimatycznych. No a przecież nie tylko o okręty chodzi, ale o rozmaite jednostki i instalacje czysto lądowe, a także lotnicze.
Nic więc dziwnego, że pomimo podjęcia rozbudowy baz morskich w innych częściach Morza Czarnego, podejmowano stale próby uzyskania od Ukrainy zgody na przedłużenia dzierżawy w Sewastopolu. Spotykało się to jednak z twardym oporem ze strony ówczesnych władz Ukrainy, a przede wszystkim prezydenta Wiktora Juszczenki.
Trudno się temu dziwić, jeśli się zauważy, że strategicznym celem Ukrainy było członkostwo w NATO. Co prawda, można sobie wyobrazić członkostwo w Sojuszu mając na swym terytorium obcą bazę, ale musiałaby to być taka baza, jak Guantanamo na Kubie czy bazy wojskowe Wielkiej Brytanii na Cyprze. Są to całkowicie odizolowane od reszty enklawy, a przejście do nich czy z nich wyjście podlega ścisłej kontroli, jakby to było przekraczanie granicy państwowej. Nic takiego nie ma miejsca na Krymie. Bazy rosyjskie są całkowicie wrośnięte w tkankę miasta i regionu, czemu się trudno dziwić, jako że są one rozrzucone po ogromnej ilości miejsc, co wynika nie tylko z historii, ale także stąd, że Flota Czarnomorska to nie tylko baseny portowe, ale magazyny, węzły łączności, lotniska, baterie rakiet i armat, jednostki piechoty morskiej i komandosów. Trudno byłoby w tej sytuacji mieć jakąkolwiek kontrolę nad przemieszczaniem się po terytorium kraju NATO sprzętu i personelu wojskowego innego, nie-członkowskiego kraju. Tak więc zakończenie obecności wojskowej Rosji na terenie Ukrainy musiało być uważane za warunek wejścia do Sojuszu. Ale nie tylko – chodziło też o ostateczne potwierdzenie suwerenności i wypełnienie wymogu ukraińskiej konstytucji, która nie dopuszcza stacjonowania obcych wojsk na terenie kraju.
[srodtytul]Jaka flota?[/srodtytul]
Sytuacja zmieniła się radykalnie po wygraniu wyborów prezydenckich przez Wiktora Janukowycza i sformowania przez jego partie rządu. Choć w kampanii wyborczej plan przedłużenia dzierżawy nie był podnoszony (mowa była jedynie o „przeglądzie” tego zagadnienia) to, jak się wydaje, fatalna sytuacja finansowa skłoniła nowe władze do ponownej (po podziale Floty Czarnomorskiej) wymiany – przedłużenie umowy o stacjonowaniu w Sewastopolu za obniżkę cen importowanego z Rosji gazu. Wcześniejsze zerwanie tej umowy byłoby trudne, bo ulgi w cenie gazu nie są przedmiotem osobnej umowy, ale częścią umowy o przedłużeniu pobytu, więc jej zerwanie oznacza zerwanie wszystkiego.
Ten krok ma kilka ważnych konsekwencji. Pierwsza z nich (choć nie najważniejsza) to skutki dla Unii Europejskiej w przyszłości, wtedy, gdy Ukraina stanie się jej członkiem, a więc – mam nadzieję – jeszcze przed rokiem 2042. Chodzi o to, że wtedy Ukraina będzie jedynym z wielkich krajów członkowskich, które nie należą do NATO. Może to mieć niebagatelny wpływ na relacje UE z Sojuszem. Piszę tak dlatego, że wierzę w trwałość zarówno UE jak i NATO.
I tak, wkrótce po podpisaniu porozumienia „ropa za gaz” wykreślone zostały w podstawowych dokumentach określających politykę Ukrainy wszelkie odniesienia do wejścia do NATO i przywrócone zostało określenie Ukrainy jako kraju „bezblokowego”, a więc pozostającego poza jakimikolwiek sojuszami wojskowymi.
Jeśli więc chodzi o sam Sojusz, to jego relacje z Ukrainą będą z konieczności przynajmniej w sferze instytucjonalnej, bardziej przypominały jego relacje z Rosją niż z krajami aspirującymi do członkostwa. Nie będzie więc MAP, czyli „planu dojścia”, ani inwestycji w szkolenia kadr wojskowych na potrzeby wynikające z członkostwa. Powinna jednak zostać utrzymana i rozwijana aktywność Sojuszu jeśli chodzi o wzmocniona współpracę wojskowo-polityczną i oswajanie społeczeństwa Ukrainy z wizerunkiem NATO jako partnera i przynajmniej potencjalnego sprzymierzeńca a nie zagrożenia.
Dla Rosji, nie tylko emocjonalnie, ale i czysto w sferze wojskowej, ta umowa to wielka ulga. Nie trzeba tracić pieniędzy na budowę nowych baz. Ułatwi to wzmocnienie Floty Czarnomorskiej, która mimo znacznego zwiększania środków na obronę ciągle jest w kiepskim stanie. W opublikowanym w 2008 r., zaraz po wojnie z Gruzją wywiadzie (zatytułowanym „Fłot, da nie tot”, czyli „Flota, ale nie taka jak być powinna”) jeden z admirałów rosyjskich mówi, w jak fatalnym stanie są okręty tej floty. Jako przykład podaje to, że kilka z nich w drodze powrotnej do Sewastopola ”zadymiło” i trzeba je było odstawić do stoczni, a inny, po wystrzeleniu dwu rakiet nie nadawał się do dalszej akcji. Wzmocnienie wydaje się zatem przesądzone, a rzeczą znamienną i dająca wiele do myślenia jest to, że kupowane we Francji supernowoczesne wielkie okręty desantowe klasy Mistral mają zasilić przede wszystkim właśnie Flotę Czarnomorską.
[srodtytul]Gospodarcza dominacja[/srodtytul]
Dla dzisiejszej „pomarańczowej” opozycji ten polityczny zwrot jest wyzwaniem, ale tez pewną szansą. Przegrana w wyborach prezydenckich była w dużej mierze skutkiem jej rozbicia, ono zaś wynikiem nie tyle zasadniczych różnic programowych, co bardzo silnych animozji osobistych. Teraz ta opozycja zyskuje sprawę, wokół której może ponownie się zjednoczyć. A jest to sprawa jasna, potencjalnie wzbudzająca wielkie emocje, pozwalająca na to, by wiarygodnie można było podnieść zagrożenie suwerenności kraju. Do łatwego symbolu może urosnąć plan obecnego rządu sprzedaży Rosji nie ukończonego z braku pieniędzy krążownika o nazwie...”Ukraina”!
Problemem jest to, że opozycja jak dotąd nie była w stanie tej szansy wykorzystać i sprawa Floty nie jest obecnie w centrum uwagi opinii publicznej. A szkoda, bo w grze, która się toczy, nie chodzi wyłącznie, a nawet nie przede wszystkim o Flotę Czarnomorską i Sewastopol. Chodzi o Ukrainę. O to, czy zostanie ponownie przywiązana do Rosji, już nie więzami bezpośredniej politycznej zależności jak w czasach sowieckich, ale więzami gospodarczymi.
Nie jest to całkiem nowa idea. Już w 2003 r. w piśmie „Russkij Fokus” przeznaczonym dla dla rosyjskich wielkich przedsiębiorców ukazał się artykuł, w którym z zadziwiająca szczerością wyłożono plany opanowania gospodarczego Ukrainy. W artykule tym czytamy, ze „rosyjskim nafciarzom wystarczyło zaledwie kilka lat, by w zasadniczy sposób przełamać sytuacje na Ukrainie. Już dziś biznes paliw żyje w swym kraju według praw dyktowanych przez rosyjskie kompanie”, i dalej: „nieuchronnie przychodzi na myśl to, że Ukraina zmierza w stronę utraty niezawisłości gospodarczej”, no i w końcu: „rosyjski biznes pokazał, jak można szybko i efektywnie rozwiązywać polityczne i ekonomiczne problemy w krajach sąsiednich”.
To o przemyśle naftowym. Teraz wyraźnie widać, że Rosja pragnęłaby rozszerzyć swą gospodarczą dominacje także na gaz i energetykę oraz przemysł lotniczy i stoczniowy. Jeśli i te sektory gospodarki znajdą się pod kontrolą firm rosyjskich, to znając ich uzależnienie od rosyjskiego rządu można zasadnie mniemać, że Ukraina będzie miała bardzo nieznaczną swobodę w kształtowaniu swej polityki ze względu na ogromnie silne środki nacisku, jakimi będzie dysponować Rosja. W naturalny sposób pojawia się tu pytanie, czy taki rozwój wydarzeń będzie korzystny dla Ukrainy, dla Polski, dla Unii Europejskiej i w końcu - dla Rosji.
[srodtytul]Wysoka cena[/srodtytul]
Ukraina ma bardzo trudną sytuację gospodarczą. Jest to częściowo wynik ogólnego kryzysu, ale także ostrej walki politycznej o głosy wyborców, w której obie strony uciekały się często do składania populistycznych, nierealistycznych obietnic skutkujących rozdymaniem wydatków z budżetu. Niższe ceny za gaz sprawią, że Ukraina w ciągu 10 lat zaoszczędzi ok. 40 mld dolarów, co znacząco poprawi sytuację finansową w kraju. Podobnie współpraca z Rosją w przemyśle lotniczym czy energetyce atomowej może doraźnie poprawić kondycję wielu przedsiębiorstw. Pozostaje jednak pytanie, czy polityczna cena za to nie jest zbyt wysoka.
Strategicznym celem winna ponadto pozostać modernizacja ukraińskiej gospodarki, a w szczególności, obok sektora finansowego, ukraińskiego przemysłu. Taki impuls modernizacyjny i środki na jego realizacje nie przyjdzie z Rosji. Przecież sama Rosja zabiega w Unii Europejskiej o uruchomienie programu Partnerstwa dla Modernizacji. Sytuacja, w której ewentualne inwestycje zachodnie i programy modernizacji gospodarki ukraińskiej trzeba będzie w gruncie rzeczy negocjować w Moskwie, nie jest chyba perspektywą dla Ukrainy atrakcyjna.
Wychodząc z założenia, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, wielu komentatorów i analityków ukraińskich próbuje doszukiwać się tym porozumieniu pewnych plusów. Zwracają uwagę na to, że pobyt Floty Czarnomorskiej uregulowany był jedynie bardzo ogólnym porozumieniem, w gruncie rzeczy o charakterze politycznym. Brakowało kilkudziesięciu porozumień technicznych, jak choćby wymagane prawem ukraińskim konkretne umowy dzierżawne na poszczególne obiekty czy też dotyczące nadzoru nad drogami wodnymi i ich oznakowaniem. Braki dotyczą jednak także spraw o wielkim strategicznym znaczeniu. Choć Ukraina chce być państwem bez broni jądrowej, nie ma ona żadnych możliwości kontroli, czy w taką broń nie są wyposażone jednostki Floty Czarnomorskiej, i to zarówno okręty, jak też samoloty i helikoptery. No a przecież jednostki tej floty brały udział w wojnie z Gruzją, dokonując niesprowokowanej agresji na teren gruzińskiej Abchazji. Tym samym, jako że atak ten wyszedł z terytorium Ukrainy, zgodnie z rezolucją ONZ z 1954 r. Ukraina na równi z Rosja stała się agresorem! No i wreszcie inny problem: zagrożenie terroryzmem. Krym znajduje się nieopodal terenów Kaukazu, gdzie terroryzm kwitnie. Przeprowadzane są zamachy także na rosyjskie instalacje wojskowe. Przedostanie się na Krym przez cieśniny Morza Azowskiego jest banalnie proste, kto więc i jak ma zapewnić bezpieczeństwo Sewastopolowi?
Przedłużenie umowy obudziło nadzieje, że te wszystkie brakujące regulacje zostaną w końcu uzupełnione, jako że nie można wymawiać się argumentem, że nie warto niczego zaczynać, skoro wkrótce sprawa stanie się bezprzedmiotowa. Tak się niestety nie dzieje. Ich brak jest wygodny dla Rosji, bo sprawia, ze Sewastopol i spora część Krymu praktycznie znajdować się będą nadal pod całkowita kontrola Rosji. Ocenia się więc, że utrzymujący się brak tych porozumień to zestaw „zamrożonych problemów” a ich rozwiązanie winno być największym wyzwaniem i zadaniem dla Ukrainy.
[srodtytul]Quo vadis, Ukraino?[/srodtytul]
W ostatnim czasie nasila się debata nad architektura bezpieczeństwa europejskiego, wywołana m.in. przez propozycję prezydenta Miedwiediewa podpisania nowego traktatu, który objąłby swym zasięgiem cały obszar euro-atlantycki. Zasadnicze negocjacje miały by, według wielu, toczyć się pomiędzy NATO i zdominowanym przez Rosję sojuszem zwanym Organizacją Traktatu Wspólnego Bezpieczeństwa, do którego obok Rosji należy Białoruś, Armenia i post radzieckie państwa Azji Środkowej, ale nie należy Ukraina.
Prowadzenie takich rozmów w tym właśnie składzie wydawało się całkiem zasadne, jako że NATO mogło w nich reprezentować obok krajów członkowskich także kraje, które do członkostwa zostały zaproszone. Teraz jednak poza tymi rozmowami znalazłaby się Ukraina.
A więc powstaje pytanie – quo vadis, Ukraino? Być może już podjęte i zapowiadane decyzje to jedynie desperacka próba poprawienia istotnie złej sytuacji gospodarczej, bez intencji całkowitej zmiany politycznych wektorów. Nie można jednak zamykać oczu na narastający problem „zmęczenia” Ukrainą, i to nie tylko na Zachodzie, ale i w Polsce. Pojawiają się przecież określenia Ukrainy jako państwa trwale buforowego. Tyle że to zawsze państwa małe, słabe, rozdzielające potencjalnie skonfliktowane strony, jak miało to miejsce w przypadku Belgii czy Afganistanu, a Ukraina to największy obszarowo po Rosji kraj europejski o wielkim potencjale ludnościowym i wielkich możliwościach gospodarczych, bez którego nie da się ustanowić trwałej stabilizacji w naszym regionie.
Bez względu więc na obecne, a może i przyszłe meandry ukraińskiej polityki należy maksymalnie włączać Ukrainę w debaty o przyszłości naszego kontynentu, a w interesie Polski i Europy jest by nikt nie „spisywał jej na straty”. Miejmy nadzieję, że planowane powołanie z inicjatywy MSZ nowego Forum Partnerstwa Polsko-Ukraińskiego będzie w stanie w jakiejś choćby niewielkiej części sprostać tym potrzebom.
[i]Janusz Onyszkiewicz w latach 2004 – 2009 był europosłem Partii Demokratycznej, wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych w Parlamencie Europejskim. W latach 1992 – 1993 i 1997 – 2000 pełnił funkcję polskiego ministra obrony narodowej.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA