fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Rozmowa z Krzysztofem Globiszem

Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Z Krzysztofem Globiszem rozmawia Małgorzata Piwowar
[b]Rz: Od 30 lat gra pan w krakowskim Starym Teatrze. Czy nie stało się to nużące?[/b]
[wyimek] [link=http://www.rp.pl/temat/355194_Zblizenie.html]Zbliżenie - Czytaj więcej[/link][/wyimek] [b]Krzysztof Globisz:[/b] Ależ ja jestem aktorem właśnie tego teatru, bo uważam go za najlepszy w Polsce! Trudno też zakwestionować, że posiada najznakomitsze tradycje.
[b]Żadnych zwątpień pan nie przeżywał? Nawet kiedy odchodzili stamtąd pańscy koledzy?[/b]
Zdaję sobie sprawę, że mój teatr podlega marginalizacji. Przykra to konstatacja, jednak trudno nie dostrzec, że upada prestiż czołowego zespołu w kraju. Na szczęście widzę światełko w tunelu, bo działania Mikołaja Grabowskiego, obecnego dyrektora, napawają mnie podziwem. Nie boi się zaryzykować debiutów młodych ludzi, dać im szansy na pokazanie własnego sposobu myślenia. Pozwala na nowatorskie działania. Nasz teatr w tej chwili jest miejscem, w którym kształtują swoje myślenie o sztuce młodzi ludzie. Potem pójdą dalej tworzyć polski teatr. Nic dziwnego, że zdarzają się nam nie tylko sukcesy, ale i wpadki. To jest cena, jaką trzeba zapłacić za pierwsze próby mówienia własnym głosem. Możemy nawet przegrywać z innymi teatrami, jeśli chodzi o repertuar, ale za to mamy ciekawych młodych artystów.
[b]Czy nie mówi pan tego jako sprzyjający im prorektor krakowskiej PWST?[/b]
Może po trosze też. Dla nas uczących ważne jest, by podopieczni byli zbuntowani przeciw temu, co zastają. Nie muszą wiedzieć, jak ma wyglądać ich teatr, mogą błądzić, ale muszą chcieć się o niego spierać. Nie chcemy kształcić grzecznych, wolimy niepokornych reżyserów czy aktorów. Powinni być niepewni tego, co robią, zadawać pytania. Z naszej szkoły wychodzą ludzie, którzy mają charakter i szeroki horyzont działania.
[b]Ma pan wyjątkowe szczęście, bo wykładowcy innych szkół teatralnych mówią, że trafiają do nich całkiem inni młodzi ludzie niż dawniej. Częściej niż potrzeba wewnętrzna przyprowadza ich chęć zyskania popularności czy nawet sławy.[/b]
Co roku do naszej krakowskiej PWST zdaje 1200 osób. Przyjmujemy 30 najlepszych, mających nie tylko predyspozycje zawodowe, ale i sposób myślenia odróżniający ich od pozostałych. Są absolutnymi szaleńcami, czyli marzycielami. Nie mają aspiracji, by przede wszystkim stać się aktorami popularnymi. Pomyłki zdarzają się nam bardzo rzadko.
[b]Śledzi pan losy swoich studentów?[/b]
Tak. Patrzę na nich nieraz z przestrachem, czasem z podziwem, a nawet euforią. Cieszę się, kiedy komuś dobrze idzie, jak np. Tomaszowi Schuchardtowi, który zagrał główną postać w serialu „Ratownicy”, a także jedną z ważnych ról w filmie Marcina Wrony „Chrzest”.
[b]W pierwszej kolejności wymienił pan jednak rolę w serialu. Sądziłam, że bardziej cieszą pana teatralne sukcesy wychowanków.[/b]
Granie w serialu nie jest niczym niegodnym. Wielcy także od nich nie stronią. Mój aktorski idol – Al Pacino także gra w serialach, a bezkonkurencyjny Martin Scorsese reżyseruje telewizyjny serial.
[b]Tyle że nie to przyniosło im uznanie.[/b]
To prawda. Punkt dla pani. Owszem, uważam, że młodzi powinni najpierw zagrać dobre role teatralne, a dopiero potem zajmować się czym innym. Lecz w dzisiejszym świecie trzeba być rozpoznawalnym, bo to przynosi kolejne możliwości angażu. Paradoksalnie często bywa, że dopiero wtedy można układać sensowniej swoje artystyczne plany. I jest czym zapłacić rachunki.
[b]Przez wiele lat współtworzył pan spektakle Jerzego Jarockiego. Dziś laury przynoszą panu kreacje w spektaklach znacznie młodszego reformatora teatru – Jana Klaty.[/b]
Z wielkim żalem odnotowuję, że Jerzy Jarocki wyjechał pracować do Warszawy. To moja największa zawodowa przegrana. Bez tego fantastycznego twórcy tracę swoje siły aktorskie. Brak mi azymutu. Tylko on potrafił mnie ujarzmić, zainspirować, wydobyć, czego nie spodziewałem się mieć. Najwybitniejszy polski reżyser realizuje obecnie spektakle, w których główne role gra Jan Frycz, mój największy teatralny przyjaciel. Bardzo mu zazdroszczę.
[b]To może pan powinien przyjechać do stolicy?[/b]
Nikt nie zaproponował mi w Narodowym żadnej roli.
[b]Praca z Janem Klatą nie rekompensuje tej straty?[/b]
To jest inna historia. Po pierwsze, muszę pani uświadomić, że Janek Klata był przed kilku laty asystentem Jerzego Jarockiego przy sztuce „Trzeci akt według »Szewców« S. I. Witkiewicza” i wtedy się poznaliśmy. Obserwuję z satysfakcją jego artystyczne poczynania, bo jest twórczy i nie myśli schematami. Wystarczy spojrzeć na jego przedstawienie oparte na „Trylogii”. Kto wpadłby na tak diabelski pomysł, by wystawić na scenie opasłe tomy Sienkiewicza? Obsadzenie mnie wbrew warunkom w roli Kmicica wymagało niestandardowej wyobraźni, a on poszedł jeszcze dalej. Każdy z aktorów był też pewnym znakiem, a to już wyższy stopień wyobraźni i wtajemniczenia. Żeby wystawić „Wesele hrabiego Orgaza”, też trzeba mieć tupet. Przeniesienie na scenę wielowątkowej groteskowej powieści Romana Jaworskiego z 1925 roku to nie lada wyzwanie. A on się go podjął i bardzo ciekawie wykonał. Do tego Janek kocha aktorów, nie stresuje ich na próbach. Praca z nim jest przyjemnością, niemniej od pewnego czasu ograniczam pracę w teatrze.
[b]Dlaczego?[/b]
Poważne role wymagają skupienia. Nie wystarczy nauczyć się tekstu, trzeba o nim pomyśleć. To etap pracy tak samo ważny jak próby. W tym sezonie zagram w „Czekając na Godota” w reżyserii Piotra Cieplaka. To coś zupełnie specjalnego, biorąc pod uwagę tradycję jednego z najbardziej zagadkowych dramatów, jakie zostały napisane. Sztuka Becketta od 1953 roku przeszła sceny całego świata, w samej Polsce miała kilkadziesiąt wystawień. Mierzyło się z nią wielu, szukając sensu opowieści o czekaniu, nadziei, niespełnieniu. Za każdym razem trzeba od nowa stawiać pytanie, co teraz dla nas znaczy? Czy rozmowy Estragona i Vladimira są wciąż aktualne? Dodatkowy problem, że w przypadku tego tekstu zarówno autor, jak i jego spadkobiercy, zastrzegli, że nie można nic skreślić, czyli można grać całość albo nic. A czas się zmienił i momentami tekst wydaje się zwietrzały.
[b]W tym roku zagrał pan w wielu filmach: „Uwikłaniu”, „Nie tym człowieku”, „Milczenie jest złotem”, „1920. Biało-czerwone”. Po którym pan sobie najwięcej obiecuje?[/b]
Trudno mi mówić o tych realizacjach, bo mało o nich wiem. Jestem zawodowcem realizującym zadania: „Przyjedź pan, zagrasz takiego a takiego”. Przyjeżdżam, gram i wyjeżdżam. Za to sporo obiecuję sobie po filmie, do którego zdjęcia będą kręcone pod koniec roku w Cieszynie – „Ostatnich amorach Mateusza Kłosa” Artura Więcka. Jest świetny scenariusz, który powstał na podstawie powieści „Aniołek” Beaty Pawlak. Zagram postać tytułową, bohatera zabawnej historii. Nieżyjący Mateusz nachodzi erotycznie we śnie kobiety i to na różne sposoby.
[b]A poczucie humoru z „Lejdis” i „Idealnego faceta dla mojej dziewczyny” jest panu bliskie?[/b]
Mój 14-letni syn obejrzał ostatnio ten drugi film i powiedział: „Tato, to jeden z najważniejszych filmów, jakie zobaczyłem. I to wcale nie jest komedia”. Zgadzam się z nim.
[b]Lubi pan polską kinematografię?[/b]
Moim zdaniem, od momentu, kiedy Agnieszka Odorowicz objęła funkcję szefowej PISF, nasza kinematografia odbudowuje się. Sporo filmów, które powstają lub ostatnio powstały, jest lepszych od tych sprowadzanych niemal hurtowo ze Stanów Zjednoczonych. Bardzo podobał mi się „Rewers” Borysa Lankosza – z jednej strony bardzo śmieszny, a z drugiej okropnie poważny. Do tego świetna, precyzyjna robota reżyserska i wiele kreacji aktorskich. Ale takich obrazów jest więcej.
[b]Za to Teatr Telewizji jest w zaniku.[/b]
Groza. Trudno inaczej nazwać to, co stało się z jedną z największych potęg Telewizji Polskiej, jej wizytówką. To był przecież ewenement w skali europejskiej, jeśli nie światowej.
[b]Tak jak i telewizyjna Scena Faktu, na której zagrał pan wiele postaci. Jednym z najbardziej poruszających był ojciec Jan Góra...[/b]
Rozumiem, że przez sam fakt wyglądu – moją „górowatość” – mogłem zagrać księdza Górę, będącego fenomenem w polskim Kościele. Ale w czasie pracy nad rolą zupełnie się tym nie przejmowałem. Nie myślałem o ojcu Górze, tylko o tym, jak bym funkcjonował w takich warunkach jak on. Dostrzegłem także jego samotność i smutek. Zresztą nawet nasz papież napisał o nim: „Siedzi koło mnie ten Góra i nic, tylko znowu płacze”. Bo jak przyjeżdżał do Ojca Świętego, tak właśnie się zachowywał. Zrozumiałem, że to człowiek, który ma serce na dłoni.
[b]Pan też jest takim człowiekiem?[/b]
Niestety, tak. To nie jest dobre w dzisiejszych czasach. Lepiej być pozbawionym łez, a ja się w nich taplam.
[b]...kiedy czyta pan rano poetów do śniadania?[/b]
Niekoniecznie wtedy, ale czytam ich rzeczywiście codziennie. Zrobiłem postanowienie: każdego dnia przeczytam jeden wiersz.
[b]Nadrabia pan jakieś zaległości?[/b]
Staram się. Poezja jest dla mnie chwilą startu w nowy dzień. Zawsze mam pod ręką dużo różnych tomików, ale zdaję się na przypadek. Nie interesuje mnie czy to jest wartościowe, czy nie. Biorę i czytam, po prostu. Wiersz dziennie. Skoro ktoś go napisał, to znaczy, że wysnuł z siebie coś ważnego, jakiś rodzaj delikatności. Nawet jeśli wyszło beznadziejnie. To jest właśnie najciekawsze – przyglądanie się ułamkowi człowieka zawartemu w słowach, które napisał. Z tych ułamków powstaje przecież cała konstrukcja.
[b]Co pana zainspirowało do napisania książki „O skubaniu roli”?[/b]
Olga Katafiasz, która zmusiła mnie, bym taką książkę z nią napisał. Dziś jestem jej za to niezmiernie wdzięczny, bo podsumowałem i zamknąłem pewien etap życia. Jednak gdybym dziś z tą samą autorką tworzył książkę, byłaby zupełnie inna, o czym innym by opowiadała. Co ciekawe, naprawdę nabrałem ochoty na kolejną. Początkowo myślałem o opowieści o aktorstwie, ale wszystko, co ciekawe na ten temat objawił już wcześniej Stanisławski. Pozostają mi już chyba tylko poematy.
[ramka][srodtytul]Krzysztof Globisz[/srodtytul]
Jest jednym z najwybitniejszych polskich aktorów średniego pokolenia. Dał się zapamiętać jako adwokat Piotr Balicki w „Krótkim filmie o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego, Aleksander Wat we „Wszystko, co najważniejsze” Roberta Glińskiego, anioł Gordiano w „Aniele w Krakowie” Artura Więcka. Kreacją była rola dominikanina ojca Jana Góry w spektaklu Teatru Telewizji „Góra Góry” Pawła Woldana. To zaledwie kilka ról z bogatego dorobku aktora, który twierdzi jednak, że najważniejsze chwile w swojej karierze przeżywa w teatrze.
Ma 53 lata, pochodzi z Siemianowic Śląskich. Ukończył PWST w Krakowie, której obecnie jest profesorem i prorektorem. Po uzyskaniu dyplomu w 1980 roku wyjechał do Wrocławia. Tam w Teatrze Polskim debiutował jako Karl Rossman w „Ameryce” wg Kafki w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego. Od 1981 roku występuje na deskach krakowskiego Starego Teatru, jego pierwszą rolą był Laertes w „Hamlecie” w reżyserii Andrzeja Wajdy.
Niedawno opublikował książkę „Notatki o skubaniu roli”.[/ramka]
[i]Droga do raju
8.00 | canal+ | PONIEDZIAŁEK[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA