Muzyka

Bezduszny komputer gra na klawiszach

Maciej Grzybowski, solista, w „a piú corde” Pawła Szymańskiego
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Koncertom Warszawskiej Jesieni towarzyszy pytanie: dlaczego współcześni kompozytorzy tak maltretują fortepian?
Tegoroczny festiwal miał przynieść rehabilitację instrumentu odrzuconego przez awangardę poprzedniego stulecia, która fortepian traktowała lekceważąco. I oto wiek XXI znów staje się czasem dominacji klawiatury – twierdzi dyrektor Warszawskiej Jesieni Tadeusz Wielecki.
Fortepian zajął więc poczesne miejsce na każdym koncercie, często nawet w liczbie zwielokrotnionej, jak w wieczorze inauguracyjnym, kiedy przypomniano m.in. piękne „Omaggio” na cztery fortepiany z orkiestrą Tomasza Sikorskiego z 1987 r. To była muzyka delikatnych klimatów, ale już z innej epoki. Kompozytorzy dnia dzisiejszego to inżynierowie akustycy, w fortepianie interesuje ich sam dźwięk: czysty lub przetworzony, zwielokrotniony komputerowo. Szukają brzmień nienaturalnych, wręcz ekstremalnych. Te zabiegi pozbawiają muzykę rzeczy najistotniejszej: emocji.
Fortepian zmienia się również wizualnie, najnowszy model to Yamaha disklavier. Ten, na którym improwizował Szábolc Esztényi, miał pudło z jasnego drewna, a klapę z przezroczystego pleksi. Najważniejsze jest jednak sprzęgnięcie go z komputerem, co umożliwia nie tylko zmianę barwy czy wysokości dźwięków, ale i grę bez pianisty. Wielu kompozytorów fascynuje ta niewidzialna siła naciskająca klawisze jak w utworach Clarence’a Barlowa. Czyż jednak nie jest to w gruncie rzeczy powrót do przeszłości? Disklavier różni się od pianoli sprzed ponad 100 lat tym, że muzyka powstaje dzięki programom komputerowym, nie za sprawą wałków z perforowaną taśmą. W obu przypadkach mamy do czynienia z muzyką mechaniczną. Sztukę tworzy zaś żywy człowiek, to on odciska na niej swą osobowość. Na szczęście są artyści, którzy w to wierzą, choć posługują się komputerem. Utwór Pawła Szymańskiego „a piú corde” na fortepian i osiem harf wprowadził nas w czysty muzyczny świat. Nawet jeśli kompozytor sięga po wypróbowane chwyty i znów rozbiera motywy na najmniejsze cząstki, tworzy z nich własny mikrokosmos dźwięków. Pięknym zaskoczeniem okazała się instalacja Jarosława Kapuścińskiego „Gdzie jest Chopin?”. W 12 miastach sfilmował ludzi zasłuchanych w utworach Fryderyka, potem w zbliżeniu pokazał na trzech ekranach. Tłem były jego przetworzenia preludiów Chopina. Piękna i mądra muzyka Kapuścińskiego złączona z kadrami filmowymi tworzyła wzruszającą całość. Szkoda, że tylko w ten festiwalowy wieczór kompozytor zasiadł przy fortepianie, z reguły zastępuje go samogrający disklavier. Warszawska Jesień – z fortepianem czy bez – pozostaje przeglądem tego, co aktualnie dzieje się w muzyce świata. Arcydzieła powstają rzadko, publiczność musi być przygotowana na konieczność wysłuchania rzeczy błahych lub rozdętych ponad miarę, choć pomysłów artyście starcza zaledwie na parę minut. Tegoroczny przykład to „Różnia” Wojciecha Ziemowita Zycha, z którym przez półtorej godziny zmagał się znakomity zespół Kwadrofonik. Tym większa przyjemność, gdy czasami trafi się jakiś klejnot. Taki jak III symfonia Agaty Zubel – precyzyjnie skonstruowana, dramaturgicznie wyrazista, a przede wszystkim odważnie poszukująca nowych brzmień orkiestry i solowego instrumentu – trąbki. Festiwal odkrył też dla nas 31-letniego Ondřeja Adamka. Tylko artysta z wielką wyobraźnią potrafi fascynująco przeobrazić tradycyjną orkiestrę w wielką maszynę fabryczną („Dusty Rusty Hush”), a potem zadziwić precyzją formy w „Fish-bones” na sześciu perkusistów. Czech udowodnił, że nowa muzyka może być porywająca.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL