Analizy

Pekin chce pokazać, kto rządzi w regionie

Aresztowanie kapitana chińskiego kutra przez japońską straż przybrzeżną wywołało kryzys, który rozwija się z prędkością tsunami
Od 7 września, kiedy chiński kuter zderzył się z łodziami japońskiej straży przybrzeżnej, drobny incydent przerodził się w najpoważniejszy dyplomatyczny kryzys na linii Pekin – Tokio od wielu lat. Zdaniem Chin kolizja to zwykły wypadek. Japończycy twierdzą, że sternik specjalnie staranował ich okręty. Dlatego zwolnili załogę, ale wciąż przetrzymują kapitana. W odpowiedzi Pekin zerwał kontakty dyplomatyczne z Tokio, zablokował wymianę kulturalną młodzieży, a w czwartek wstrzymał eksport surowców niezbędnych dla japońskiego przemysłu elektronicznego. Chińczycy demonstrują i masowo odwołują wyjazdy do Japonii.
Reakcja Chin wydaje się niewspółmierna do skali incydentu, ale Pekinowi ta eskalacja jest na rękę. Chiny coraz częściej pokazują, że Morze Południowochińskie i sąsiednie Morze Wschodniochińskie, gdzie doszło do zderzenia, uważają za swoją własność. Chodzi nie tylko o kontrolę nad szlakami komunikacyjnymi, ale także łowiskami, a przede wszystkim bogatymi zasobami ropy i gazu pod dnem morza. Dlatego Chińczycy pośpiesznie rozbudowują marynarkę wojenną. Zderzenie jednostek w pobliżu spornych wysepek, do których prawa roszczą sobie Chiny, Japonia i Tajwan, dało pretekst do pokazania, że Pekin niepodzielnie panuje w regionie. To ostrzeżenie dla innych krajów, z którymi Chiny mają spory terytorialne: Wietnamu, Filipin, Malezji i Brunei. Ale też dla USA. Pekin od dawna ostrzega Amerykanów i Wietnamczyków, aby nie próbowali wydobywać surowców z dna morskiego, do którego rości sobie prawo. W ubiegłym roku chińskie okręty o mało nie doprowadziły do zderzenia z amerykańską jednostką zwiadowczą, podpływając do niej na odległość 10 metrów. Najnowszy konflikt pozwala przetestować reakcję Ameryki, która jest zobowiązana traktatem do obrony Japonii. Okazja jest wyśmienita, bo stosunki japońsko-amerykańskie pogorszyły się po próbach wyrzucenia wojsk USA z Okinawy. Władze w Pekinie mogą przy okazji pokazać, jak łatwo są w stanie obudzić falę nacjonalizmu i że tylko od nich zależy, czy nie wymknie się ona spod kontroli. Na razie cenzurują Internet, aby antyjapońskie nastroje nie spowodowały czegoś więcej niż demonstracje przed ambasadami. Japońskim placówkom przyznano też dodatkową ochronę. W 1988 roku Chiny stoczyły krótką, ale krwawą bitwę z Wietnamem w okolicy spornych Wysp Spratly. Chińczycy zatopili kilka wietnamskich jednostek, zabijając 70 marynarzy. W latach 90. doszło do mniejszych potyczek, m.in. z Filipinami. Tym razem władze w Pekinie pokazują, że nie muszą już używać siły, aby postawić na swoim. Żaden z sąsiadów nie może sobie pozwolić na drażnienie kraju, który jest gospodarczą potęgą. Ale Pekin ciągle obawia się ich wspólnego frontu. Dlatego ostrzega państwa należące do regionalnej organizacji ASEAN, by nie próbowały zajmować się sprawą sporów terytorialnych. Tym bardziej nie chce, by rozstrzygała je ONZ. Dzięki naciskom ekonomicznym Chinom się udawało do tej pory sprowadzać takie spory do relacji dwustronnych i kończyć je z korzyścią dla siebie. Pekin daje pokazową lekcję, jak brak solidarności sąsiadów pomaga w uprawianiu polityki w stylu „dziel i rządź”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL