fbTrack

Wywiady i rozmowy

Michałowski: Jestem politykiem państwowym

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Znam wiele takich osób, zaczynając od śp. Władysława Stasiaka, a kończąc na ludziach kiedyś związanych z OKP. Już po ’89 roku było jasne, że my, urzędnicy, będziemy musieli obsługiwać i „naszych” z „Solidarności”, i „postkomunistów” – twierdzi szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski w rozmowie z Igorem Janke
Rz: Znowu wszedł pan do polityki. Dlaczego?
Nie byłem nigdy politykiem. A na pewno nigdy nie byłem politykiem partyjnym, może z wyjątkiem dwóch tygodni, kiedy zostałem członkiem-założycielem Unii Demokratycznej. Byłem wcześniej dyrektorem Krajowego Biura Wyborczego kandydata na prezydenta Tadeusza Mazowieckiego. Dostaliśmy wtedy potężnego łupnia. Reakcją na naszą klęskę była chęć założenia partii. Ale już po dwóch tygodniach wiedziałem, że bycie partyjnym to nie jest to, o czym marzę. Co się stało?
Od razu zaczęły się gry i zabawy o to, kto będzie ważny, kto będzie przewodził, kto będzie na zjeździe. Ustaliliśmy, że mandaty na zjazd będą mieć delegaci regionów – po dwa z każdego. I ktoś wpadł na pomysł, że my – pracownicy biura – też powinniśmy mieć mandaty. A przecież nie byliśmy niczyimi przedstawicielami. Nie zgodziłem się z tym. Dowiedziałem się, że jestem idiotą, że w polityce się tak nie pracuje, że trzeba wykorzystać szansę, kiedy się nadarza. Wtedy pomyślałem, że nie chcę być działaczem partyjnym. Ale cały czas był pan blisko polityki. Od 1989 roku przez osiem lat pracowałem w Kancelarii Senatu. Mieliśmy poczucie, że budujemy pierwszy niekomunistyczny urząd w tym kraju. Niewiele osób dziś pamięta, że Senat był czymś zupełnie nowym. Pod wodzą Andrzeja Wielowieyskiego tworzyliśmy instytucję od podstaw – z naszymi solidarnościowymi korzeniami. Opracowałem koncepcję i zostałem dyrektorem Biura Studiów i Analiz, które stało się zapleczem badawczym Kancelarii Senatu. Niezależnie od tego, z jakiego ugrupowania byli senatorowie, staraliśmy się im obaj zapewnić identyczne wsparcie – tak rozumieliśmy naszą rolę. W 1998 roku zadzwonił do mnie Zbyszek Derdziuk i powiedział, że szukają dyrektora generalnego Kancelarii Premiera. Znałem już, choć słabo, Wiesława Walendziaka, ówczesnego szefa kancelarii, i oni dwaj ściągnęli mnie do pracy dla rządu. Wie pan, dlaczego Buzkowi nie wyszły reformy? Ależ wyszły! Jego siłą było to, co jest siłą Bronisława Komorowskiego. Jerzy Buzek nie był pierwszym liderem partii politycznej. Bronisław Komorowski też nim nie był. To znaczy, że Komorowski jako prezydent skończy jak Buzek jako premier? Panie redaktorze… profesor Jerzy Buzek jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego i jeszcze nie skończył! Siłą i słabością obu było i jest to, że nie byli i nie są zakładnikami partii politycznych. Bronisław Komorowski nie tworzył sobie frakcji w PO, tak jak Jerzy Buzek nie miał swojej frakcji w AWS. To daje lekkość, choć nie daje siły. A jak tę siłę ma znaleźć Bronisław Komorowski? Pan prezydent już tę siłę odnalazł. Zwyciężył w wyborach powszechnych. I zwycięstwo to może zawdzięczać przede wszystkim samemu sobie. Udowodnił, że potrafi przekonywać i porywać Polaków. A to ogromny kapitał. Po pracy w kancelarii Jerzego Buzka trafił pan do Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności. Wygodna i ciekawa praca. Fundacja cicha, ale wpływowa. Nie lubi pan politycznych walk i nagle wskakuje w samo ich centrum? Praca w fundacji rzeczywiście była fascynująca, ale nie powiedziałbym, że lekka. Nie żałuję ani jednego przepracowanego tam dnia. Później, jak to pan redaktor ujmuje, „wskoczyłem” do polityki, ale trzeba podkreślić, że nie partyjnej. To zupełnie inna polityka. Do tej pory nigdy inna nie była. Wiem. Ale ja bym chciał, by Kancelaria Prezydenta nie prowadziła partyjnej polityki. Jak to się stało, że pan trafił do kancelarii? 10 kwietnia zadzwonił do mnie marszałek Komorowski i zapytał, czy wiem, co się stało. Odpowiedziałem, że tak. A marszałek na to powiedział mniej więcej tak: „Wygląda na to, że na mocy konstytucji będę musiał wykonywać obowiązki prezydenta. Potrzebuję kogoś, kto będzie w kancelarii moim łącznikiem. Przyjedziesz?”. Nie zastanawiałem się ani chwili. Przyjechałem natychmiast. I tak już zostało. Już od ponad czterech miesięcy pracuję w kancelarii non stop. Nie miałem chwili na refleksję. I jest pan w polityce. Funkcjonuję w otoczeniu politycznym, ale nie jestem politykiem partyjnym. Nie chcę, żebyśmy ani ja, ani inni ministrowie tej kancelarii byli sparingpartnerami dla posłów i senatorów. My mamy administrować Kancelarią Prezydenta. To prezydent ma mieć zdanie, my nie powinniśmy publicznie wypowiadać swoich opinii. Mamy zapewnić prezydentowi wybranemu w wyborach powszechnych taką obsługę, żeby mógł bez oporu wykonywać swój mandat dany przez suwerena. Ale to jakaś idealistyczna wizja. Pan jest szefem najważniejszego urzędu w państwie. Tu nie da się uciec od polityki. Byłem i jestem urzędnikiem państwowym… chyba nieco staję się powoli politykiem, ale politykiem państwowym. Co to znaczy „polityk państwowy”? To ten, który kieruje się przede wszystkim interesem państwa, a nie partii politycznej, pracuje dla instytucji państwa, a nie dla jednej z partii. Znam wiele takich osób, zaczynając od śp. Władysława Stasiaka, mojego poprzednika, kończąc na wielu ludziach kiedyś związanych z OKP (Obywatelskim Klubem Parlamentarnym) czy wywodzących się z Kancelarii Senatu. Już wtedy, zaraz po 1989 roku stało się jasne, że my, urzędnicy, będziemy musieli obsługiwać i „naszych” z „Solidarności”, i postkomunistów, jak się wtedy mówiło. Czy wobec tego nie ma dla pana znaczenia, jakie poglądy ma Bronisław Komorowski? Skąd takie wnioski? Doprawdy zaskakująca sugestia. Kiedy byłem urzędnikiem Kancelarii Senatu, nauczyłem się, że poglądy, jakie ma dany, wybrany w demokratycznych wyborach, senator, nie mogą mieć wpływu na poziom jego obsługi. Podobnie myślę o Kancelarii Prezydenta. Poglądy pana prezydenta Bronisława Komorowskiego mają dla mnie znaczenie, ale mój stosunek do nich nie wpływa na sposób realizacji mojego zadania. To znaczy, że gdyby wygrał wybory Jarosław Kaczyński i złożył panu podobną ofertę, toby pan ją przyjął? Na pewno bym nie przyjął. Bo? Bo ja przyszedłem tutaj na prośbę Bronisława Komorowskiego, którego znam i cenię od lat. Przyszedłem tutaj pracować z kimś, kogo szanuję, lubię i do kogo mam zaufanie. Jeśli chodzi o Jarosława Kaczyńskiego, to go nie znam, a do jego działań mam bardzo ograniczone zaufanie. Nie ma dla pana znaczenia, czy Bronisław Komorowski w jakiejś sprawie wypowie się tak czy inaczej? Naturalnie, że ma, ale tak się dziwnie składa, że mamy zbieżne poglądy na bardzo wiele spraw. Znam Bronisława Komorowskiego od 1975 roku, od czasów opozycji, od pierwszych listów protestacyjnych w sprawie zmiany konstytucji PRL. Ale ma pan prywatne poglądy? Oczywiście, że mam. I nie jest tak, że zawsze zgadzam się z Bronisławem Komorowskim. I to nie jest problem? Nie. Czy pan zgadza się w każdej sprawie z redaktorem naczelnym pana gazety? Jest chyba oczywiste, że dwóch ludzi nie może mieć takich samych poglądów na wszystkie sprawy. A jeśli prezydent zacznie robić coś, co jest całkowicie sprzeczne z pańską wizją świata? Chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, znając Bronisława Komorowskiego tyle lat, bardzo wątpię, by coś takiego się wydarzyło. Po drugie, jak wspomniałem, są sprawy, w których się różnimy, ale mam do prezydenta zaufanie. I niezależnie od tego, czy Bronisław Komorowski byłby w Platformie czy w PiS, czy w SLD i zadzwonił do mnie 10 kwietnia, moja odpowiedź byłaby taka sama. Ale potem były wybory. I to już nie był 10 kwietnia. Miałem nadzieję, że będę po wyborach wolnym człowiekiem. Ale też liczyłem się z taką możliwością, że jeśli zwycięży Bronisław Komorowski, to zaproponuje mi pozostanie w Kancelarii Prezydenta. I zaproponował. I pan się zgodził. Bo? Po pierwsze to chyba najciekawsza dziś praca w Polsce. Po drugie Bronisław Komorowski wygrał wybory prezydenckie, trzeba mu pomóc. Kolega prezydent nie trafia się często. To prawda. Pierwszy raz zresztą znalazłem się z Bronisławem Komorowskim w relacji szef – podwładny. I te miesiące przed wyborami pokazały mi, że on jest dobrym przełożonym. Pracuje się z nim sprawnie i skutecznie. Nie odkłada decyzji, jest gotów podejmować odpowiedzialność. Co się panu w obecnej polityce nie podoba? Po 21 latach wiele spraw nie funkcjonuje tak, jak powinno. Problem polega na tym, że różne fragmenty sceny politycznej nie akceptują pewnych wspólnych zasad. Warto, aby istniał jakiś wspólny mianownik. Mimo politycznej rywalizacji nie może być miejsca na obrażanie się, że ktoś inny wygrał wybory. Nie powinno być miejsca na ataki ad personam. Wolałbym, aby politycy postrzegali się jako uczestnicy debaty publicznej, deliberacji politycznej, konkurujący propozycjami rozwiązywania problemów, a nie jako wrogowie. Choć i tak nie jest najgorzej. Ale pański obecny szef nie różni się od wielu innych polityków. Co ma pan na myśli? Miał wiele bardzo ostrych, brutalnych wypowiedzi o przeciwnikach politycznych, w tym o swoim poprzedniku śp. Lechu Kaczyńskim. Bardzo ostrych? Brutalnych? Nie znam takich wypowiedzi. Nie widział pan, jak zachowywał się w politycznej walce kilka lat temu? Jestem przekonany, że nie było tak, jak pan zdaje się sugerować, choć szczegółowo zachowań Bronisława Komorowskiego nie śledziłem. Jak wspomniałem, nie zajmowałem się polityką. Partyjna polityka jest według pana złem samym w sobie? Oczywiście, że nie. Partie polityczne są istotnym elementem współczesnej demokracji. Ale było kilka wydarzeń, które pchnęły naszą politykę na złe tory, doprowadziły do ostrych podziałów. Ktoś się na kogoś obraził, ktoś wyszedł z koalicji, ktoś powinien być rozsądniejszy, a nie wykazał się wystarczającą rozwagą. Zabrakło dojrzałości, która pozwala współdziałać pomimo naturalnych różnic. Pierwszym takim niepotrzebnym podziałem była wojna na górze. Potem straciliśmy szansę, jaką dawała koalicja AWS – UW. Trzecim ważnym momentem, kiedy była szansa, to był rząd PO – PiS, który nie powstał. Pracowałem dla tego rządu przez pół roku. Chcieliśmy stworzyć think-tank premierowski. Myślałem, że możemy być razem. Gdyby się udało, pewnie bylibyśmy dziś gdzie indziej. Ale się nie udało, widocznie nie mogło się udać. Pan wierzy w bycie razem? Nie lepiej mówić o tym, że klasa polityczna uzgadnia pewne zasadnicze sprawy, które chce realizować, ale nie rezygnuje ze sporu? Ale ja to właśnie nazywam byciem razem. Nie wierzę, że możemy się we wszystkim zgadzać. Ale wierzę, że możemy mieć wspólny mianownik. A po 10 kwietnia wierzy pan, że to jeszcze jest możliwe? Zdałem sobie sprawę, że będzie to trudne. Pańskim zdaniem Bronisław Komorowski, Janusz Palikot i ich partia po 10 kwietnia starali się, byśmy byli razem, szukali tych wspólnych mianowników? Nie uwierzy pan, ale nie śledziłem kampanii wyborczej. Nie miałem na to ani ochoty, ani czasu. Nie wiem, co się działo, i być może dzięki temu jestem bardziej bezstronny. Zajmowałem się prowadzeniem Kancelarii Prezydenta, która zgodnie z wolą Bronisława Komorowskiego miała być jak najdalej od kampanii wyborczej. Nawiasem mówiąc, z uwagi na działania niektórych pracowników kancelarii nie do końca się to udawało, nad czym ubolewałem. Ale to już przeszłość. O jakich działaniach pan mówi? … (machnięcie ręką) Co teraz musi się stać, by było tak, jak pan marzy? Dużo można by zrobić, budując sensowną Kancelarię Prezydenta. Gdyby udało się przekształcić ją w pozapartyjną, nowoczesną i sprawnie funkcjonującą instytucję, w której panują dobre międzyludzkie relacje, instytucję, która by wspierała prezydenta w trosce o przyszłość kraju, byłoby znakomicie. Iluś ludzi w Polsce ma dziecięce marzenia, by zbudować taką instytucję, i myślę, że razem nam się uda. Pan wierzy, że taki mechanizm może sprawić, że w Polsce sprawy zaczną się toczyć, drogi budować i uniwersytety powstawać? Tak, wierzę. Ludzie się zmieniają. Dojrzewamy cały czas. Instytucje też mogą się zmieniać. Straciliśmy wiarę w to, że coś w tym kraju można zmienić. Chciałbym, aby powstał bardzo dobry, propaństwowy think-tank. I chciałbym, aby w tym zespole pracowali ludzie o bardzo różnych wrażliwościach. By wypracowywano tu konsensusy w sprawach podstawowych. Kancelaria może stać się liderem takich prac. Chciałbym pomóc panu prezydentowi, aby z jednej strony był promotorem pewnych dobrych rozwiązań, a z drugiej strony – kreatorem konsensusu. By w jego kancelarii spotykali się ludzie różnie myślący. Mówił pan, że Bronisław Komorowski chce szukać kompromisu. A nie będzie po prostu realizował interesów Platformy Obywatelskiej? Każdy prezydent skądś się wywodzi. A Bronisław Komorowski jasno mówi, jak ważne jest dla niego porozumienie i otwarcie na dyskusję z różnymi środowiskami. Nie obawia się pan zbyt dużego wpływu ludzi z Wojskowych Służb Specjalnych, których Bronisław Komorowskim był obrońcą? Uff, kolejne pytanie z tezą. Nie obawiam się. Żyjemy w demokratycznym państwie prawa. Jeszcze jedno takie pytanie. Nie ma pan poczucia, że sprawa krzyża jest pierwszą poważną porażką prezydenta Komorowskiego i jego kancelarii? Nie. I jestem przekonany, że teraz już będzie o wiele spokojniej, a sprawy się potoczą w oczekiwanym przez pana i przeze mnie kierunku. —rozmawiał Igor Janke Jacek Michałowski, z wykształcenia psycholog, w 1975 r. został członkiem KIK. W drugiej połowie lat 70. współpracował z KOR. W 1980 r. wstąpił do „Solidarności”. Był członkiem Unii Demokratycznej. Obecnie szef Kancelarii Prezydenta
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL