fbTrack

Społeczeństwo

Od zera do bestsellera

Na podstawie debiutanckiej powieści Małgorzaty Kalicińskiej „Dom nad rozlewiskiem” powstał dla TVP 1 popularny serial z Małgorzatą Braunek i Joanną Brodzik w rolach głównych
Rzeczpospolita, Robert Pałka Rob Robert Pałka
Miłosne wiersze chowane w szufladzie nie są już w modzie. Dziś, gdy Polak coś pisze, to powieść. Zwykle grubą
„Szukam wydawcy”, „Wydawnictwa i ich obyczaje”, „Jak znaleźć wydawcę” – takich grup dyskusyjnych jest w polskim Internecie coraz więcej: od społecznościowych portali typu GoldenLine po największe fora jak Gazeta.pl. Gatunek? Dowolny: powieść historyczna, kryminalna, współczesna, o miłości, fantasy, horror. Szuflady domorosłych autorów są pełne.
Co na to wydawcy? Na ich stronach powtarzają się zwroty: „zostań naszym autorem”, „zapraszamy do współpracy”. I zwykle groźne memento „nie wydajemy poezji”. Niektórzy ostrożniej: proszą o telefon, a dopiero potem o nadesłanie wydruku komputerowego. Kandydatom na mistrzów pióra cierpliwości nie brakuje: odesłani z kwitkiem w jednym wydawnictwie dzwonią do drugiego. Wiedzą, co robią. Mistrz horroru Stephen King otrzymał listy odmowne z 12 wydawnictw, zanim udało mu się zadebiutować. Pierwszego tomu przygód Harry’ego Pottera pióra Joanne K. Rowling także z początku nikt nie chciał.
Do wydawców trafiają więc tysiące powieści Polaków marzących o karierze na miarę Kinga czy choćby Katarzyny Grocholi. [srodtytul]Wzór: Mniszkówna[/srodtytul] – Pierwsza selekcja odbywa się jeszcze w sekretariacie – wyjaśnia Paweł Szwed ze Świata Książki, jednego z największych polskich wydawnictw. – Tam odrzuca się historie osobników uprowadzonych przez kosmitów, kryminały, w których już po pierwszych kilku stronach wiadomo, że mordercą jest kamerdyner, i romanse, przy których „Trędowata” to proza wielce metaforyczna i niebanalna. Później do akcji wkracza wydawca, który albo sam ocenia książkę, albo zamawia recenzję u krytyka współpracującego z redakcją. – W efekcie z tysiąca nadesłanych propozycji wybieramy jedną – ujawnia Szwed. – Bardzo mało jest dobrej prozy wśród przysyłanych próbek – twierdzi Monika Sznajderman, założycielka Wydawnictwa Czarne. – Dostajemy ich miesięcznie blisko 100. Ale gdy się na te dzieła spojrzy, widać, że autor niczego nie przeczytał. Najwidoczniej nie chciał się sugerować... Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że zdarzają się autorzy oczytani. Ale to też nie wystarcza, by pisać dobrą prozę – śmieje się Sznajderman. Jej zdaniem o niebo lepiej jest w przypadku literatury non fiction. Poziom reportaży jest bez porównania wyższy. Tadeusz Zysk, prezes wydawnictwa Zysk i S-ka, wskazuje, że w USA działają agencje literackie, które selekcjonują maszynopisy. – Do wydawców trafiają już poważne propozycje – tłumaczy Zysk. – Za wydanie oceny nadesłanej prozy agent wystawia rachunek, więc autor dwa razy się zastanowi, zanim ze swym dziełem pójdzie na pocztę. U nas panują inne obyczaje i dlatego zaczynamy powoli przypominać Francję, o której mówi się z ironią, że autorów jest tam więcej niż czytelników. 20 lat temu przewidział tę sytuację Tadeusz Konwicki. Pytany, dlaczego już nie pisze, odparł, że teraz piszą wszyscy, więc on nie czuje się w obowiązku. [srodtytul]Sława czy pieniądze[/srodtytul] Zawodowi pisarze mają często o kolegach amatorach jak najgorsze zdanie. – Długo zastanawiało mnie, jak to się dzieje, że do literatury masowo lgną analfabeci – mówi Jerzy Pilch, powieściopisarz, dramaturg i felietonista. – Dzieje się tak m.in. z tej przyczyny, że pisarskie rzemiosło z pozoru dostępne jest każdemu. No, bo żeby coś namalować, wyrzeźbić czy skomponować, trzeba jednak zdobyć pewną podstawową wiedzę, trzeba posiąść pewne zdolności. Pod tym względem literatura wydaje się bardziej demokratyczna: jeśli opanowałeś składanie liter w słowa, natychmiast możesz zostać artystą. Kilka lat temu Jerzy Pilch ogłosił w tygodniku „Polityka”, gdzie wówczas zamieszczał felietony, konkurs na opowiadanie. Miało być krótkie i nie przekraczać siedmiu tysięcy znaków. – Spodziewałem się, że nadejdzie 500 tekstów i lekko dam sobie z tym radę – wspomina. – Tymczasem napłynęły trzy tysiące. Pierwsze otrzymałem pocztą elektroniczną tuż po ósmej rano w dniu, kiedy rozpisaliśmy konkurs. Czyli że facet o siódmej poszedł do kiosku, wrócił i napisał opowiadanie. Niezły refleks. Pilch wspomina, że niesłychanie zaskoczył go ten zalew słów także z tego powodu, że szedł pod prąd obiegowego twierdzenia, iż „sztuka pisania zanika”. – Tymczasem sztuka pisarska odrodziła się w potwornej, a w najlepszym razie dziwacznej, formie. Mamy esemesy i e-maile. Wszyscy je piszą: niestylistycznie, nieortograficznie, małymi literami, skrótowo. Ale piszą – opowiada Pilch. – Być może w którymś momencie ta forma wypowiedzi wydaje im się niewystarczająca i siadają do powieści? Podejrzewam, że bardziej niż o literaturę chodzi im o przyjemności i prestiż. To prawdopodobne. W końcu już Julian Tuwim zauważył, że dla sławy piszą tylko grafomani. Profesjonalistów interesują pieniądze, co dobitnie wyraził w słynnej maksymie Samuel Johnson, angielski pisarz z XVIII wieku: „tylko dureń nie pisze dla pieniędzy”. Czy polski autor znikąd może liczyć na coś więcej niż rozdanie rodzinie kilkunastu egzemplarzy książki, którą wprawdzie wydano, ale której świat nie zauważył? Na status autora bestsellera, pieniądze i sławę? Cuda się zdarzają. [srodtytul]Bidul nad rozlewiskiem[/srodtytul] – W stosie poczty nadszedł kiedyś tekst, który zwrócił moją uwagę – mówi Paweł Szwed. – Zajrzałem w pięć losowo wybranych miejsc i uznałem, że warto przyjrzeć się bliżej. Zabrałem maszynopis do domu i nie mogłem się oderwać. To był „Bidul” Mariusza Maślanki. Podobnie rzecz się miała z książką „Pokalanie” Piotra Czerwińskiego. „Bidul” napisany w formie listów dziesięcioletniego chłopca cierpiącego upokorzenia w domu opieki społecznej wzruszyła Polaków. Do dziś sprzedało się ponad 40 tys. egzemplarzy powieści, co jest sporym osiągnięciem na rynku, gdzie debiutant może zwykle liczyć na sprzedaż rzędu 500 – 1000 egzemplarzy. W poczcie można także znaleźć megabestseller. – Przy jednym z maszynopisów znalazłem list – wspomina Tadeusz Zysk. – Autorka pisała, że ma 50 lat, a tekst, jaki przysyła, jest jej debiutem. Dodała też, że nie zamierzała kopiować Bridget Jones. Postanowiłem dać jej szansę i... tak odkryłem Małgorzatę Kalicińską. [wyimek]Na debiut za wcześnie – mówili mi z początku wydawcy o „Domu nad rozlewiskiem”[/wyimek] – „Dom nad rozlewiskiem” wysłałam do ośmiu wydawnictw – wspomina w rozmowie z „Rz”. – Dwa przysłały listy odmowne, ale trzeba przyznać, że bardzo eleganckie w formie. Uznano, że na debiut za wcześnie. Wtedy zadzwonił pan Tadeusz Zysk i powiedział, abym odprawiła pozostałe oficyny, które bądź nie podjęły decyzji, bądź grały na zwłokę. – Co mnie przekonało? Potrafi przekazywać emocje, dzielić się doświadczeniem, przekonać czytelnika – tłumaczy Zysk. „Dom nad rozlewiskiem” doczekał się kolejnych części. Całość sprzedała się już w łącznym nakładzie ponad 300 tysięcy egzemplarzy, a na podstawie książki powstał także popularny serial z Joanną Brodzik i Małgorzatą Braunek. [srodtytul]Teraz czas Polaków?[/srodtytul] – Uważam, że Polacy chcą czytać książki naszych autorów o naszym świecie, a nie tylko popularną prozę z importu – mówi Tadeusz Zysk, który wierzy, że możemy wrócić do sytuacji sprzed wojny, kiedy polskie książki sprzedawało się za granicę. – Jednym z warunków jest spopularyzowanie kursów creative writing (twórczego pisania) – uważa wydawca. – Nie da się nauczyć pisania arcydzieł, ale trzeba znać wartość pierwszego zdania, trzeba wiedzieć, jak się buduje dialog czy gdzie zrobić akapit. A tak bardzo często dostaję do rąk książkę straconych szans. Czuję, że zawarto w niej wartościowe przemyślenia, autentyczne emocje, ale forma jest dyskwalifikująca. – Uważam, że do literatury należy zniechęcać – twierdzi z kolei Pilch. – Trzeba utrudniać, jak to możliwe, i śrubować poziom. Zwłaszcza dziś, w czasach rządów popkultury, która jakoby wszystko co cenne spycha na margines. Ale to przecież tylko część prawdy, bo nieustannie trwa polowanie na geniuszy. Wydaje mi się więc, że w naszej epoce nic ważnego nie zostanie przegapione. A co jeśli żaden wydawca nie zechce oferowanej mu książki? Nawet autorzy konsekwentnie uznawani za beztalencia nie powinni tracić nadziei. – Pamiętam takiego jednego autora – mówi Jerzy Pilch. – Bardzo był układny, ale groźny na pewien sposób, bo dorobek miał zbliżony do Ignacego Kraszewskiego: 60, 70 powieści w osobnych zeszytach. Spotykałem go czasem na mieście. Zawsze był sfrustrowany, bo przegrywał wszystkie możliwe konkursy. Aż tu razu pewnego widzę, że gość twarz ma jasną. Mówi mi: „Zacząłem prowadzić blog, każdego dnia czyta mnie 20 tys. osób”. Tak więc, w swoim mniemaniu, został pisarzem pełną gębą. Korzyść z tego, że grafoman przeniesie się do Internetu, jest oczywista – oszczędza się papier. Niemniej Tadeusz Konwicki jak nie pisał, tak nie pisze.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL