fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Drażliwe sprawy Stefana Hambury

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Kiedy mieszkał na Śląsku, koledzy nazywali go Szwabem. Dziś jako niemiecki adwokat staje po stronie Polaków w potyczkach z niemiecką administracją. Słyszy, że jest polskim szowinistą
Niedawno połamały się charakterystyczne krecie okulary mecenasa Stefana Hambury. Adwokat jest zrozpaczony. – Zastanawia się, co to teraz będzie za Hambura, bez tych okularów – mówi Andrzej Dziedzic, dokumentalista pracujący m.in. dla TVP, który go dobrze zna.

Może się bowiem okazać, że ktoś go teraz weźmie za zwykłego adwokata. A Hambura przeciętności nie znosi. Działa mocniej i głośniej niż inni. Przykłady? List do kanclerz Niemiec Angeli Merkel, by uchyliła hitlerowskie prawo, które zabrało majątek Związkowi Polaków w Niemczech. Doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, którzy jego zdaniem działali na szkodę RP, oddając śledztwo smoleńskie Rosjanom. [wyimek]– Mówienie o nieprawidłowościach nie jest jątrzeniem Przeciwnie dobrosąsiedzkie stosunki mogą się rozwijać tylko wtedy, gdy drażliwe kwestie są rozwiązywane – mówi Hambura[/wyimek]
W tej sprawie występuje jako pełnomocnik syna zmarłej w katastrofie Anny Walentynowicz. I wychodzi już otwarcie poza katalog spraw polsko-niemieckich, z których przede wszystkim był znany w Polsce. Zdaniem wielu – coraz głębiej wchodzi w politykę. – Jest związany z PiS. To, co robi, jest zdecydowanie na rękę tej partii – ocenia dr Kazimierz Wóycicki z Centrum Stosunków Międzynarodowych, w przeszłości m.in. dyrektor Instytutu Polskiego w w Düsseldorfie i Lipsku. – Działania pana Hambury nie tylko w sprawie smoleńskiej, ale i wcześniej w sprawach polsko-niemieckich szkodzą naszym relacjom. Nie jest bowiem nastawiony na dialog, tylko na ostrą konfrontację – mówi Wóycicki.
Sam Hambura odpiera te zarzuty. – Mówienie o istniejących nieprawidłowościach nie jest jątrzeniem i podsycaniem złych nastrojów. Wręcz przeciwnie, dobrosąsiedzkie stosunki mogą się rozwijać tylko wtedy, gdy te drażliwe kwestie są rozwiązywane – przekonuje.
[srodtytul]Śląskie wojny futbolowe[/srodtytul]
O zadrażnieniach polsko-niemieckich wie dużo. Z praktyki. Urodził się w 1961 r. w niemieckiej rodzinie na Śląsku. Pamięć o wojnie była wtedy bardzo żywa. – W naszym sąsiedztwie mieszkało wiele rodzin przesiedlonych ze wschodu, które nie do końca rozumiały śląską specyfikę i to, że granica między rodzinami polskimi i niemieckimi często przebiegała płynnie. Dla nich byliśmy Szwabami – mówi Józef Drewniak, przyjaciel z dzieciństwa, który dziś pracuje w firmie ubezpieczeniowej w Monachium.
Powodów do kłótni było wiele. Po wygranym przez Niemców meczu Hambura z kolegami przekonywał polskie dzieci, że to Niemcy byli lepsi. Grupie niemieckiej dostawało się wtedy od Szwabów. Do rękoczynów podobno nie dochodziło. Hambura był w tym czasie ministrantem w gliwickim kościele. Myślał nawet o tym, by zostać księdzem.
Niemiecki i katolicki dom Hambury był też bardzo antykomunistyczny. Jego ojciec księgowy starał się bowiem o wyjazd do RFN, co nie podobało się ówczesnym władzom. – Miał z tego powodu nieprzyjemności – wspomina Hambura. Z tej przyczyny m.in. mniej zarabiał, nie miał też możliwości awansu.
Jednak krytyczny stosunek do komunizmu nie przeszkodził Stefanowi uczestniczyć w olimpiadzie wiedzy o PZPR. – Wyszliśmy z założenia, że wroga trzeba znać. Zdobyliśmy nawet jakąś nagrodę – wspomina Drewniak.
W 1978 roku przyszła upragniona zgoda na wyjazd. Stefan miał wtedy 17 lat. Zaczął studiować prawo w Bonn. Tam w kościele poznał swoją przyszłą żonę Grażynę – Polkę. Ma z nią dwójkę dzieci, które mają podwójne obywatelstwo. On ma tylko niemieckie, żona tylko polskie. Przyjęli w domu zasadę, że on rozmawia z dziećmi tylko po niemiecku, ona – tylko po polsku. By dzieci miały w głowie porządek.
Na początku zajmował się wyłącznie procesami niemieckimi – cywilnymi, gospodarczymi. I był znany w kręgu niemieckich przesiedleńców w Bonn. Miał się nawet zastanawiać nad tym, czy nie reprezentować interesów tych, którzy chcieli domagać się odszkodowań od Polski. – Jestem adwokatem, nie politykiem, więc teoretycznie mogę zajmować się różnymi sprawami. Czasem się do mnie zwracali, ale zajmuję się sprawami Polaków, więc odmawiam – mówi.
Osoba znająca go z tamtych czasów mówi. – W latach 90. nie ukrywał, iż uważa niektóre roszczenia Niemców za uzasadnione. Teraz oczywiście się do tego nie przyzna. Nie ma w tym interesu, kojarzony jest przecież jako obrońca Polaków – ocenia nasz rozmówca.
Ostatecznie Hambura w żaden sposób nie związał się z wypędzonymi. Trafiało za to do niego coraz więcej spraw Polaków, którzy nie radzili sobie z niemiecką administracją.
– Szukał możliwości funkcjonowania na tym trudnym rynku, jest dwujęzyczny, sprawy polsko-niemieckie okazały się pewną luką, którą wypełnił – ocenia Wóycicki.
[srodtytul]Polka w sklepie[/srodtytul]
W 1991 roku Berlin stał się stolicą zjednoczonych Niemiec, a od 1999 roku mają tu swoją siedzibę władze państwa. Pod koniec lat 90. miasto staje się modne wśród Niemców z Zachodu. Wśród tych, którzy w tym mieście chcieli odnieść sukces, znalazł się Stefan Hambura z rodziną. Jego żona pracowała wcześniej przez dziesięć lat jako obrońca węzła małżeńskiego w sądzie kanonicznym w Kolonii. W związku z przeprowadzką zrezygnowała z pracy, zajęła się rodziną.
Zderzyła się boleśnie z rzeczywistością byłego NRD. Po zachodniej stronie leżące już za kasą chusteczki higieniczne traktowane były często jak produkty reklamowe – można je było po prostu brać. Gdy Grażyna Hambura robiła zakupy w jednym ze sklepów w Berlinie Wschodnim, wytarła taką chusteczką swojemu dziecku nos. W sklepie zrobiła się straszna awantura, wezwano policję. Okazało się, że za chusteczki trzeba było jednak zapłacić kilka fenigów. Na pomoc swojej żonie przyjechał wtedy mecenas Hambura. Jego żona rozmawiała z dziećmi po polsku. Hambura ocenia, że mogło to mieć wpływ na zachowanie pracowników sklepu. Jego znajomi twierdzą, że to zdarzenie uwrażliwiło go na traktowanie Polaków w Niemczech. On sam mówi: – Zwróciło to moją uwagę na to, że każdego z nas może spotkać tego typu przykre traktowanie. I wpływ na to może mieć nawet to, jakim mówimy językiem.
Ostatecznie sprawa w sklepie nie miała dalszego ciągu. Pracownicy prawdopodobnie przestraszyli się adwokata, z którym zresztą przyjechali też polscy dyplomaci. Bo Hambura współpracował już wtedy z Polską ambasadą w Niemczech – przygotowywał ekspertyzy prawne. Podczas tej współpracy poznał prof. Mariusza Muszyńskiego, wówczas dyplomatę w Ambasadzie RP w Berlinie. Zdaniem niektórych obserwatorów kariery Hambury ta znajomość z przyszłym doradcą szefowej MSZ Anny Fotygi jest kluczowa dla jego dalszej działalności. Muszyński i Hambura zaczęli w 2000 roku wydawać wspólnie książki dotyczące prawa Unii Europejskiej. Pierwsza ukazała się w 2000 roku, dotyczyła Karty praw podstawowych.
Hambura dostrzegł lukę na rynku, jaka otworzy się po wejściu Polski do Unii Europejskiej. W 2001 roku w powstającym w Berlinie magazynie polsko-niemieckim „Dialog” pisał: „Adwokaci europejscy po przystąpieniu Polski do UE będą działać także w Polsce na rzecz przyspieszenia procesu wyjaśniania spornych kwestii własnościowych. (...). Ponieważ w Niemczech działa około 110 000 adwokatów, prawdopodobnie znajdzie się wielu chętnych do rozpoczęcia działalności w Polsce jako alternatywy wobec trudnego rynku pracy w Niemczech”. I ostrzegał: „Nie będą oni z pewnością brać pod uwagę jakichkolwiek interesów narodowych”.
W 2004 roku powstaje Powiernictwo Polskie – jako odpowiedź na działalność Powiernictwa Pruskiego skupiającego domagających się rekompensaty wysiedlonych z Polski Niemców. – Zadzwonił do mnie Hambura, zaproponował pomoc – wspomina Dorota Arciszewska-Mielewczyk, szefowa Powiernictwa i senator PiS. – Robi dla nas bardzo dużo, np. pomaga przygotować sprostowania, gdy w niemieckiej prasie pojawiają się informacje o „polskich” obozach.
[srodtytul]Wet za wet[/srodtytul]
Sam związek nie wystąpił na razie z żadnymi roszczeniami wobec Niemiec. Jednak Hambura występuje jako adwokat dzieci ofiar obozów pracy. W 2005 roku reprezentował Izabellę Brodacką, pierwszą Polkę, która wystąpiła z roszczeniem o odszkodowanie za cierpienie spowodowane uwięzieniem jej ojca w Auschwitz. Wszystkie tego typu pozwy, a Hambura prowadził ich kilka, są odrzucane przez niemieckie sądy. Ostatnio złożył wniosek o odszkodowanie w polskim sądzie w imieniu Krzysztofa Skrzypka, syna ofiary hitlerowskiego obozu. Wkrótce ma zapaść wyrok Sądu Najwyższego wskazujący, czy polski wymiar sprawiedliwości może zajmować się takimi sprawami. Jednak większość osób składająca pozwy nawet nie liczy na wygraną. Brodacka i Skrzypek tłumaczą mediom, że ich działalność jest odpowiedzią na aktywność Eriki Steinbach – chcą przypomnieć, kto tak naprawdę był ofiarą tej wojny.
Do takiego działania wzywa zresztą sam Hambura. W 2003 roku opublikował w „Rz” głośny artykuł „Zamknąć drogę do odszkodowań”. Wezwał w nim razem z Waldemarem Gontarskim do utworzenia listy strat poniesionych przez Polskę w czasie okupacji. Miała to być odpowiedź na roszczenia Powiernictwa Pruskiego i zabezpieczenie na wypadek wystąpień Niemców o odszkodowania za wypędzenia. Temat reparacji podjęli politycy. W 2004 roku ówczesny prezydent stolicy Lech Kaczyński powołał zespół, który wyliczył straty Warszawy. We wrześniu tego samego roku Sejm podjął uchwałę w sprawie „praw Polski do niemieckich reparacji wojennych oraz w sprawie bezprawnych roszczeń wobec Polski i obywateli polskich wysuwanych w Niemczech”. Sejm wezwał w niej rząd do przedstawienia szacunku strat materialnych i niematerialnych poniesionych przez Polskę w wyniku wojny. Posłowie przygotowujący projekt korzystali m.in. z opinii i ekspertyz Muszyńskiego i Hambury.
Sceptycznie do uchwały Sejmu podszedł ówczesny rząd. Wkrótce zmieniła się jednak koniunktura polityczna. W 2005 roku wybory parlamentarne wygrało PiS. W 2006 roku Muszyński objął funkcję przewodniczącego zarządu Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. W grudniu 2007 r. został pełnomocnikiem minister spraw zagranicznych Anny Fotygi ds. stosunków polsko-niemieckich. Kurs Polski wobec Niemiec się zaostrzył. – Hambura starał się wpływać poprzez Muszyńskiego na politykę Fotygi, na jej postrzeganie Niemiec – mówi znający go dobrze działacz polonijny z Berlina.
[srodtytul]Ratujmy dzieci[/srodtytul]
Kontakty z politykami pomogły Hamburze w nagłośnieniu innej sprawy – walki z działalnością Jugendamtów (niemieckich urzędów ds. młodzieży). Adwokat reprezentował kilkanaścioro rodziców, którzy skarżyli się np. na to, że po rozpadzie polsko-niemieckiego małżeństwa mogą rozmawiać ze swoimi dziećmi tylko po niemiecku. Na początku 2009 roku Komisja Petycji Parlamentu Europejskiego przyjęła dokument, w którym stwierdziła, że niemieckie urzędy dopuszczają się licznych naruszeń zasady niedyskryminowania ze względu na narodowość i powinny być poddane demokratycznej kontroli.
– To było możliwe dzięki Hamburze, który przyjeżdżał często na nasze posiedzenia – mówi Marcin Libicki, ówczesny szef komisji, były europoseł PiS, obecnie w Polsce Plus.
O stanowisko komisji Hambura zabiegał kilka lat. Pomogło mu na pewno zainteresowanie mediów. W 2006 roku Dziedzic nakręcił film o działalności Jugendamtów – „Polnisch verboten?”.
– Podczas pracy nam nim poznałem Hamburę. Nie był wtedy jeszcze tak znany w Polsce, jak jest dziś – mówi Dziedzic. Po jego dokumencie temat podchwyciły inne polskie media. W efekcie kontakt do mecenasa znalazł się w niemal każdej polskiej redakcji. Także czasopism kobiecych. Dlatego kiedy w 2009 roku do jednego z nich z prośbą o pomoc zadzwoniła Małgorzata Kaiser, która walczyła o swoje dziecko z byłym mężem Niemcem, dostała namiary właśnie na Hamburę. Napisał e-mail. – Dostałam odpowiedź tego samego dnia – wspomina kobieta. – Gdyby nie on, straciłabym dziecko.
Kiedy dwa lata temu wyjechała z Niemiec ze swoim dwuletnim synem Lukasem groziła jej utrata dziecka.
– Wyjechałam, ponieważ mąż nie pomagał mi w wychowaniu – mówi. Znalazła się w Polsce i wtedy ojciec Lukasa złożył wniosek o pozbawienie jej praw rodzicielskich. Twierdził, że dziecko zostało porwane. Do żarskiego sądu wpłynął wniosek z Niemiec o jego wydanie. Hambura podjął dwie decyzje: po pierwsze – zawiadamiamy media. Po drugie – składamy wniosek o wyłączenie sądu. Argumentował, że sąd rejonowy może być zbyt przytłoczony kalibrem sprawy o wymiarze międzynarodowym i że powinna się tym zająć wyższa instancja.
– Sędzia była bardzo zaskoczona tym wnioskiem, chyba nigdy wcześniej się z takim nie spotkała – mówi Jarosław Jaroszewicz-Bortnowski, drugi adwokat Kaiser. – Ja zresztą też na początku złapałem się za głowę. Wyłączenie sędziego jest bardzo rzadkie, tym bardziej – całego sądu. Ale taki właśnie jest mecenas Hambura – podejmuje odważne działania, nie przejmuje się opinią sądu czy środowiska adwokackiego. Kieruje się dobrem klienta – mówi nie bez nutki podziwu w głosie.
Metody Hambury stają się coraz bardziej kontrowersyjne. Ostatnio napisał do kanclerz Niemiec Angeli Merkel pismo z prośbą o uchylenie hitlerowskiego prawa. Twierdzi bowiem, że to za czasów III Rzeszy zabrano Polakom mieszkającym w Niemczech status mniejszości narodowej. – Osoby przyznające się do polskich korzeni są dziś objęte zapisami traktatu polsko-niemieckiego z 1991 roku. Według jego ustaleń nie są jednak mniejszością narodową, ale „osobami pochodzenia polskiego”. Status mniejszości daje lepszą pozycję do dbania o interesy Polaków w Niemczech – podkreśla. Hambura występuje w imieniu Związku Polaków w Niemczech. – Jest dynamiczny, czasem porywczy, ale skuteczny – chwali współpracę z nim Marek Wójcicki, szef związku.
Nie wszyscy Polacy mieszkający za zachodnią granicą są zachwyceni działalnością adwokata. Nie chcą się jednak wypowiadać pod nazwiskiem. – Jego działalność jest obliczona na medialny efekt, nie zawsze jednak służy naszym interesom. Bez takich spektakularnych gestów można skuteczniej walczyć chociażby o naukę języka polskiego – mówi jeden z nich.
Niechętni wobec walki o status mniejszości są też niektórzy polscy eksperci. – Po pierwsze nie ma szans z regulacji międzynarodowo-prawnych. Status mniejszości przysługuje ludności, która historycznie zamieszkuje na danym terytorium – ocenia Wóycicki. – Po drugie osoby polskojęzyczne, które nawet skłonne by były dziś uważać się za Polaków, nie mogłyby przynależeć do mniejszości polskiej, ponieważ wyjechały z Polski, deklarując się jako Niemcy. Ale mogą korzystać z wszystkich uprawnień, jakie daje traktat polsko-niemiecki mówiący o osobach związanych z polską kulturą. Mecenas Hambura głęboko dezorientuje tę grupę, podpowiadając im fałszywe rozwiązanie dotyczące mniejszości polskiej.
Adwokat twierdzi jednak, że dzięki statusowi mniejszości łatwiej byłoby wywalczyć takie przywileje jak nauka języka polskiego. Listem do Merkel wywołał dużo zamieszanie, jednak głównie w Polsce. W Niemczech nie jest powszechnie znany. Czasem pojawiają się informacje o jego działaniach w niemieckich mediach, jednak nazwisko „Hambura” jest znane głównie tym, którzy zajmują się sprawami polsko-niemieckimi. Większość z nich nie chce jednak rozmawiać o adwokacie. Tak jak Dieter Bingen, dyrektor Deutsches-Polen Institut w Darmstadt. Tłumaczy, że nie sądzi, by jego działalność była na tyle ważna, by warto ją było komentować.
[srodtytul]Jestem niemieckim adwokatem[/srodtytul]
Niemieccy urzędnicy nie darzą mecenasa zbytnią sympatią. Kiedyś nie został wpuszczony na konferencję dotyczącą stosunków polsko-niemieckich. Przyszedł bez zaproszenia, chciał jednak wziąć udział w dyskusji. Nie udało mu się. Incydent nie został zauważony przez niemieckie media. Zauważono go w polskiej prasie.
Teraz Hambura zajmuje się także śledztwem smoleńskim. Czemu zdecydował się zaangażować w tę sprawę? – Zwrócił się do mnie klient. Postanowiłem mu pomóc – mówi. W tej sprawie także nie przebiera w środkach. Twierdzi, że polskie władze wbrew naszemu interesowi pozwoliły na przejęcie śledztwa przez Rosjan. Mimo że wcześniej prezydent Rosji zadeklarował, że będzie ono prowadzone wspólnie. Kiedy prokuratura odrzuciła jego wniosek o przesłuchanie premiera i prezydenta, złożył zawiadomienie o popełnieniu przez nich przestępstwa, które miałoby polegać na działaniu na szkodę Polski. Premier Donald Tusk skomentował: – To nie pierwsza polityczno-marketingowa akcja mecenasa Hambury.
Ostatnie działania dziwią nawet jego przyjaciół. – Nie rozumiem, czemu ma służyć to wywoływanie medialnego zamieszania wokół sprawy. Na pewno nie jej rozwiązaniu. Nie podoba mi się to i zwracałem mu na to uwagę – mówi Muszyński. Zaraz jednak dodaje, że ceni inne działania Hambury. – Pomaga wielu Polakom, którzy mają problemy w Niemczech. I mówiąc o drażliwych kwestiach polsko–niemieckich, przyczynia się do ich rozwiązania.
Hambura twierdzi jednak, że nie ciągnie go do polityki. – Jestem adwokatem, działam skutecznie. To, że śledztwo jest prowadzone przez Rosjan, utrudnia mi dostęp do akt. A to przeszkadza mi dobrze reprezentować moich klientów.
Jednak wielu tych, którzy pozytywnie oceniają jego działalność, doszukuje się w nim miłości do Polski. – On ma słowiańską, polską duszę – mówi Dziedzic. – Robi dużo dobrego dla Polski i Polaków – ocenia Dorota Arciszewska-Mielewczyk.
Z takimi ocenami nie zgadza się Wóycicki. – Ktoś, kto z jakichkolwiek względów, emigrując, zadeklarował, że jest Niemcem, tak, jak uczynił to mecenas Hambura, nie powinien dziś udawać super-Polaka. Może należy być w takiej sytuacji Europejczykiem, który stara się o pojednanie, a nie zadrażnienie między narodami. Wiele z tego, co robi, można by komentować jako PR jego kancelarii. Im bardziej szokujące są jego wypowiedzi, tym będzie skuteczniejszy. Nie sądzę, że niemiecki adwokat, jakim jest pan Hambura, powinien być współtwórcą polskiej polityki zagranicznej, tym bardziej, paradoksalnie, takiej partii, jaką jest PiS.
Na te zarzuty i spekulacje na temat tego, po której stronie granicy jest jego serce, Hambura odpowiada niezmiennie: – Jestem niemieckim adwokatem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA