fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Wawel OK, ale krowa lepsza

Zagraniczni młodzi turyści wybierają przygodę na bieszczadz- kich szlakach
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Turyści z importu odkrywają, że objazd Polski z biurem to sztampa i drożyzna. Wolą zaufać nam – tubylcom
– Wy, Polacy, dziwnie i nieufnie reagujecie na widok osoby z rozłożoną mapą i zaczepiającej ludzi – śmieje się Javier, turysta z Hiszpanii poznany w jednym z warszawskich hosteli. – Ale jak już pytam o drogę, to jeszcze nikt nie odmówił mi pomocy. Niektórzy sami prowadzili do miejsc, o które pytałem.
Javier nie ufa tradycyjnym drukowanym przewodnikom. Przed przyjazdem do Polski sprawdzał w Internecie, co warto u nas zobaczyć. Ale nie ukrywa, że jego zdaniem najlepsza pomoc w spędzeniu fantastycznych wakacji to po prostu zwykli ludzie napotykani na turystycznych trasach lub w hostelach.
Opowiada też, że im mniejsza miejscowość, tym ludzie bardziej pomocni. Javier jest w Polsce już czwarty raz. W tym roku był w Malborku i w Gierłoży – słynnym Wilczym Szańcu, kwaterze Adolfa Hitlera.
– U was jest takie powiedzenie. „Tschubek dzensika za pschefodnika” – wyraźnie się męczy, próbując mówić po polsku Javier. – Shit! Guided by the tip of the tongue – przechodzi na angielski i oddycha z ulgą.
[srodtytul]Oferta dla starszych z kasą[/srodtytul]
Co zachodni turysta ujrzy, gdy w okienko wyszukiwarki Google’a wpisze np. po angielsku hasło „wakacje w Polsce”? Na pierwszych miejscach głównie reklamy noclegów i biletów lotniczych. Noclegi zwykle zlokalizowane są w wielkich miastach. Są też anglojęzyczne strony reklamujące zabytki, które zwykle aktywnym turystom i tak są znane.
I tak na przykład internetowy przewodnik „Poland Travel Guide” poleca zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce, Zamku Królewskiego na Wawelu i obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Poleca też spacer uliczkami Gdańska i degustację pierogów.
Jeden z najsłynniejszych portali turystycznych TripAdvisor promuje zwiedzanie i noclegi w wielkich miastach. A portal StayPoland.com krótko wspomina, że w Polsce są też Tatry, Mazury, morze Bałtyckie i Białowieża. Przede wszystkim poleca jednak luksusowe hotele i ośrodki spa.
Żeby w anglojęzycznych informacjach o Polsce odnaleźć nieco bardziej oryginalne propozycje, trzeba wiedzieć, czego się szuka, albo wykonać tytaniczną pracę, przebijając się przez niezliczone linki z turystycznymi banałami. Dopiero wtedy turysta z importu odkrywa, że Polska to nie tylko Wieliczka, ale także rekonstrukcje historyczne, setki zamków czy jaskiń, niezwykła przyroda.
– Promocja polskiej turystyki dla obcokrajowców jest skierowana głównie na miasta. Stąd promowanie Krakowa, Warszawy, Poznania czy Gdańska – tłumaczy „Rz” Andrzej Saja, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Turystyki. – Owszem, jest pewna grupa turystów, głównie młodych, zainteresowanych niszowymi atrakcjami, ale to cały czas jest mniejszościowy segment – dodaje.
Dlaczego mało kto dba o tych wybredniejszych turystów? Przyczyna jest prosta: pieniądze.
Jak tłumaczy Rafał Szmytke, prezes Polskiej Organizacji Turystycznej, dla polskiej branży turystycznej najważniejszą grupą klientów są zamożni turyści w starszym i średnim wieku.
– To oni zwiedzają duże miasta i korzystają z wysokogwiazdkowych hoteli i restauracji – mówi prezes Szmytke.
Mają kupować srebro i bursztyny, złoto i figurki z soli, nie oszczędzać na biletach i płacić, płacić, płacić. Taki biznes.
[srodtytul]Z przewodnikiem pod pachą[/srodtytul]
Polscy księgarze zauważają, że zwykle oferta przewodników turystycznych wydawanych w Polsce po angielsku czy niemiecku także jest przygotowana pod gust bogatszego, raczej typowego klienta. Bogato ilustrowane wydawnictwa kupują głównie Niemcy i Amerykanie.
– Raczej ci starsi. Szukają informacji o najsłynniejszych zabytkach, komfortowych noclegach i w miarę najmniej uciążliwych dojazdach – opisuje „Rz” typowego zagranicznego klienta sprzedawca w warszawskim Empiku. Dodaje, że coraz częściej turyści dopytują o anglojęzyczne informatory dotyczące historii wielkich miast.
[wyimek]Młodsi turyści szukają w Polsce przygody. Od spacerów po rynku wolą survival w Bieszczadach [/wyimek]
Ambitniejszy turysta zwykle przyjeżdża do Polski z przewodnikiem „Poland” renomowanego wydawnictwa Lonely Planet albo konkurencyjnym „Rough Guide to Poland”. Te kompendia mają za cel pomóc przede wszystkim turystom, którzy lubią eksplorować obce kraje na własną rękę. Wadą tego pierwszego jest fakt, że ostatnie wydanie ukazało się w 2008 roku. Lonely Planet wydało za to w 2010 r. osobny przewodnik po Krakowie, zdecydowanym faworycie większości zagranicznych turystów w Polsce.
O co pytają, gdy już objadą Polskę i chcą wrócić do domu?
– Ci, którzy kończą swój pobyt w naszym kraju, a mieli okazję zakosztować polskiej gościnności, pytają o książkę „Best of Polish Cooking”. Widać trudno zapomnieć o naszym schabowym – mówi „Rz” współwłaściciel jednej z poznańskich księgarni. Kulinarne wakacje w Polsce promuje też portal Polandculinaryvacations.com.
I można się na to zżymać, ale gdy szuka się w Internecie haseł związanych z wakacjami w Polsce, trudno nie nadziać się na odmieniane i pisane na różne sposoby „pierogas”. A co do popitki? – Ostatnio wpadła grupa studentów, chyba Anglików, z plecakami i koniecznie chcieli książeczkę „Browary w Polsce”. Po polsku mówili słabo, ale słowo „browar” wymawiali perfekcyjnie – śmieje się księgarz.
[srodtytul]Na własną rękę lepiej[/srodtytul]
Według danych Instytutu Turystyki, państwowej instytucji zajmującej się m.in. analizą ruchu turystycznego, tylko w pierwszym kwartale bieżącego roku odnotowano w Polsce 12,3 mln przyjazdów obcokrajowców. 2,45 mln z tej liczby wizyt cudzoziemców w naszym kraju miało charakter turystyczny. To o 4 procent więcej niż w tym samym okresie 2009 r. Z roku na rok coraz więcej z nich wybiera zwiedzanie naszego kraju na własną rękę.
– Polska to kraj ze wspaniałą historią, rewelacyjną wódką i życzliwymi ludźmi – mówi „Rz” Adriano, 42-letni mieszkaniec Bolonii spotkany w Muzeum Powstania Warszawskiego. W Polsce jest piąty raz. W każde wakacje wspólnie z żoną dwa letnie tygodnie poświęca na poznawanie Polski. Był już w Krakowie, Poznaniu, Warszawie, w tym roku zamierza, co najmniej kilka dni spędzić, jak mówi „survivalowo”, nad Biebrzą.
– Szkoda tylko, że nie umiecie tego sprzedać. Zimne pomniki, wyniosłe kościoły i schematyczni przewodnicy. Ale trochę się zmienia na lepsze – dodaje Liwia, jego towarzyszka.
Zdaniem Jana Korsaka, prezesa Polskiej Izby Turystyki, samorządowej organizacji przemysłu turystycznego, zainteresowanie Polską wśród mieszkańców krajów zachodnich jest olbrzymie.
– Ale żeby turysta chciał tu przyjechać, musimy zaoferować mu przeżycie czegoś szczególnego, realizację marzeń – przyznaje w rozmowie z „Rz” Korsak. – Do tego już nie wystarczy muzeum z pożółkłymi fotografiami, kilka pomników czy obrazów – dodaje. Podkreśla, że by polska historia, tradycje i kultura były dla obcokrajowców interesujące, muszą być żywe.
– Dlatego tak wielu gości z zagranicy jechało obejrzeć rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem, chcąc przeżyć atmosferę tamtych czasów. Dlatego turyści ciągną do Muzeum Powstania Warszawskiego – uważa Korsak.
Takiej przygody szukają w Polsce głównie młodsi turyści. Oni omijają drogie hotele i standardowe atrakcje turystyczne. I choć latem w warszawskich hostelach, gdzie nocują głównie studenci, trudno znaleźć wolne miejsca, to dla większości z nich duże miasto jest tylko przystankiem.
[srodtytul]Żmije i kawaleria [/srodtytul]
– Byłam w Bieszczadach, jeździłam o świcie konno, widziałam biegnącego wilka i zaatakowała mnie żmija. Cudem uszłam z życiem – opowiada z przejęciem Patricia z Nantes we Francji. – To była przygoda, której nigdy nie zapomnę!
Patricia w Polsce jest drugi raz. Pierwszy raz wraz ze swym chłopakiem przyjechała do Polski rok temu na zaproszenie znajomych – polskich studentów, których poznała we Francji. Szykowała się do zwiedzania naszego kraju z popularnym na Zachodzie przewodnikiem wydawnictwa Pascal.
– Czytałam, że warto zwiedzić Wawel, pojechać do Warszawy. Spodziewałam się standardowej wycieczki, trochę nudnej, bo podobne zabytki są wszędzie. Ale znajomi zabrali nas w Bieszczady na grilla i spacery. Było cudownie. Ale w przewodniku o tym bym nie wyczytała – opowiada Patricia.
– A ja na wsi pasłam krowę. I ciągnęłam ją za ten, no wiesz… i było mleko – mówi całkiem niezłą polszczyzną Monika, studentka z Kanady. Jej dziadkowie pochodzą z Wielkopolski, po II wojnie światowej musieli w obawie przed represjami ze strony UB uciekać z kraju. Do Polski przyjechała pierwszy raz, dziennikarz „Rz” spotkał ją na poznańskim Starym Rynku, gdy z zapałem fotografowała renesansowy Ratusz i pozującego do zdjęć mima. – Ale krowa była lepsza. To było wydarzenie!
Jej chłopak chce, by zostali w Polsce aż do września. Interesuje się historią II wojny światowej i planuje wycieczkę do Chojnic. – W Internecie wyczytałem, że będzie pokaz bitwy pod Krojantami (słynna szarża kawaleryjska we wrześniu 1939 – red.). Liczę na dobre zdjęcia – mówi.
– Musimy bardziej pokazywać takie rzeczy. By turystycznie zainteresować Polską, trzeba mieć wiarę, chęć działania i dobre pomysły – mówi Jan Korsak.
Kiedy uda się wygrać ze stereotypem Chopina i Wawelu? – Szansą na pokazanie wizerunku Polski młodym będzie Euro 2012. Promocja tej imprezy za granicą tak serio rozpoczyna się dopiero teraz – przekonuje Andrzej Saja.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA