fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Nowa książka Jeanette Winterson już w Polsce

Jeanette Winterson – kobieta-legenda. Obecnie 51-letnia (ma urodziny w sierpniu). Buntowniczka, uciekinierka z rodzinnego domu (właściwie, domu przybranych rodziców, bo była adoptowana), zdeklarowana lesbijka. Płodna jak diabli. Obficie nagradzana.
Dwunasta jej książka przetłumaczona na polski, to „Dyskretne symetrie”. W stosunku do angielskiej premiery, z trzynastoletnim poślizgiem. Nie szkodzi. Proza Winterson wywołuje skrajne reakcje: wzbudza emfatyczny zachwyt, albo – i to mój przypadek – irytuje.
Już do poprzednich dzieł Brytyjki miałam mnóstwo zastrzeżeń. Napuszone i doprawione filozoficzno-metafizycznym sosem. Fabułki niby z życia wzięte, osadzone w rzeczywistości (współczesnej bądź przeszłej), lecz odrealnione jakimś detalem – choćby błoną między palcami stóp córki gondoliera (to w „Namiętności”).
Po lekturze „Dyskretnych symetrii” umocniłam się w podejrzeniach: ta pani ma psychiczne problemy. Daleko jej do emocjonalnej równowagi. Krótko mówiąc, bełkocze. Miejsca znamionujące pewien talent literacki grzęzną w słowotoku, utrudniając, a nawet uniemożliwiając prześledzenie akcji.
Sprytna zasłona dymna, żeby maksymalnie rozwlec cieniutkie historyjki – bo opowiedzenie ich „po bożemu” zajęłoby góra dwadzieścia stron.
Mimo to powieść wydaje się zatłoczona. Poza pierwszoplanową trójką bohaterów pojawia się wiele mniej i bardziej znaczących postaci, których życiorysy przypominają rewelacje z brukowców. Złe wrażenie potęgują wydumane dialogi. I najgorsze: autorka serwuje czytelnikowi pretensjonalny blebl, udający intelektualizm. To zwodzi co słabsze umysły, którym imponuje spiętrzenie informacji z różnych dziedzin (w „Dyskretnych…” – z filozofii, fizyki i alchemii). Co do stylu – Winterson zadowala odbiorców o kiczowatym smaku. Ach, jakie to wzniosłe!, wzdychają. I wrzucają do sieci cytaty.
A mnie się wydaje, że Winterson, jak kapłanka delficka, nadaje w stanie niepoczytalności, odurzona używkami lub świadomością własnego geniuszu. Potem męcz się, człowieku, albo najmij interperatora tych mamideł.
„Śnisz o tym, co wdychasz (…) Zmarli znów żyją. Zniszczenia się rekonstruują. Są muzyka, tańce i niespotykane w książkach kucharskich jedzenie. Twoje ciało zasila powietrze”. Itd., itp. Wybrałam na chybił trafił – dzieło jest ulepione z tego typu dywagacji, ciągnących się stronami, rozdziałami.
Z pseudofilozoficznych miazmatów z trudem można wyłowić fabułę. Fizyk w średnim wieku poznaje niezamężną i młodszą koleżankę po fachu. Love. Żona fizyka, poetka, histeryzuje. Panie spotykają się i między nimi też iskrzy. Młoda nie wie, kogo wybrać; starsi też w matni uczuć. Małżonkowie wypływają jachtem, ich łódź uszkadza sztorm. Nękany głodem fizyk posila się żoninym biodrem. Ocalenie przybywa w osobie przyjaciółka obydwojga, poinformowanej o położeniu dryfującego jachtu drogą nadprzyrodzoną. No i mamy trójkątny happy end.
W dodatku z nadgryzionego biodra poetki zostaje wydobyty brylant, który połknęła jej ciężarna matka, bo w stanie błogosławionym miała apetyt na błyskotki… Ale to już zupełnie inna historia.
Jeanette Winterson
Dyskretne symetrie
Tłum. Anna Bednarczyk
Rebis, Poznań 2010
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA