fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Wakacje na poligonie

Kontuzja kolana sprawiła, że w tym roku Włodzimierz Mikulicz, przedsiębiorca z Wybrzeża, mógł tylko obserwować Selekcję
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Po całorocznej harówce w biurze czy na uczelni dużo ciekawsza niż leżenie na plaży będzie zabawa w komandosów lub w wojowników z gier fantasy
– Dla niektórych ekstremalnym wydarzeniem na wakacjach może być brak ciepłej wody w hotelu nad morzem – mówi major rezerwy Arkadiusz Kups, były szef szkolenia jednostek specjalnych, który od dziesięciu lat organizuje na poligonie w Drawsku jedną z najbardziej wyczerpujących letnich imprez – Selekcję. To zabawa dla tych, którzy szukają naprawdę mocnych wrażeń i chcą się zmierzyć z własnymi słabościami.
[srodtytul]Jak w GROM[/srodtytul]
Udział w Selekcji, kilkudniowych ćwiczeniach na poligonie, jest bezpłatny; trzeba tylko przyjechać i wyjechać na własny koszt. Za resztę płacą sponsorzy. Ale to nie dlatego Selekcja przyciąga co roku setki chętnych, wśród których są studenci, urzędnicy, menedżerowie, przedsiębiorcy.
– Był z nami bibliotekarz, wykładowca akademii medycznej, zawsze jest sporo studentów i przedstawicieli różnych profesji. Najstarszy, po pięćdziesiątce, kilka razy próbował dotrwać, na razie bez powodzenia – mówi major Kups.
Pierwsza próba to wstępne testy sprawnościowe. Z kilkuset chętnych, którzy się na nie zgłaszają, na drawski poligon kwalifikuje się około 100 osób. Selekcję kończy od dziesięciu do 20, bo ogromny wysiłek fizyczny, niedobór snu, jedzenia i picia wytrzymuje garstka.
– Bardzo stresująca jest niepewność tego, co się za chwilę zdarzy. Śpi się średnio trzy godziny na dobę, a na nowe zadania, np. podanie w środku nocy skomplikowanego kodu, który wcześniej trzeba było zapamiętać, trzeba być cały czas gotowym – tłumaczy Kups. Odpadają wszyscy, których przerastają ćwiczenia wzorowane na zadaniach jednostek specjalnych – czasem już po pierwszym dniu albo tuż przed samym końcem.
Włodzimierz Mikulicz, na co dzień przedsiębiorca z Wybrzeża, nie wie, co ostatecznie zdecydowało, że trzy lata temu odpadł z wyprawy. – Nawet nie byłem poobijany, fizycznie czułem się dobrze i nagle sam zrezygnowałem. Siadła odporność psychiczna – analizuje. W Selekcji próbuje brać udział co roku, ale nie zawsze przechodzi wstępne testy. W tym roku nie wystartował, bo jeszcze daje o sobie znać operacja kolana po zeszłorocznych wyczynach, ale przygotowuje się już do następnej imprezy.
– W młodości chciałem być pilotem, skończyło się na lataniu na paralotni, potem marzyłem o marines, a teraz pasjonuje mnie ta impreza – mówi Mikulicz. Uważa, że ćwiczenia na poligonie przydają się czasem także w codziennym życiu. – Kiedy kontrahent zawodzi albo się spóźnia, wtedy myślę, jak długo wytrzymałby w Drawsku albo czy poleciałby na paralotni jak ja. Nabieram dystansu – wyjaśnia.
[srodtytul]Fantasy w terenie [/srodtytul]
Dwa tygodnie urlopu i 90 zł wpisowego muszą zarezerwować fani fabularnych gier terenowych, którzy wybiorą się na imprezę pod nazwą Orkon organizowaną co roku latem w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W tym czasie wcielają się w postaci ze świata fantasy i odgrywają role, do których przygotowywali się przez wiele miesięcy. Można być wojownikiem, czarnoksiężnikiem, bardem, demonem lub piękną księżniczką.
Uczestnicy zabawy śpią pod namiotami, wieczorami spotykają się przy ogniskach, a w wolnych chwilach ćwiczą najróżniejsze umiejętności, np. szermierkę czy strzelanie z łuku. Miłośników tego rodzaju wypoczynku jest co roku kilkuset. Przyjeżdżają z całej Polski. – Zawsze jest spora grupa lekarzy, prawników, informatyków, są wśród nas także zawodowi policjanci – mówi Dariusz Wójcik, tegoroczny szef Orkonu, który na co dzień jest menedżerem średniego szczebla w firmie informatycznej w Radomiu. Podkreśla, że wszyscy organizatorzy imprezy, którzy przez rok angażują się w przygotowanie Orkonu, nie pobierają za to żadnego wynagrodzenia. 
– Na Orkonie wracamy trochę w świat dzieciństwa i uciekamy od codzienności i rutyny. Odgrywamy fantastyczne postaci, bierzemy udział w bitwach, bawimy się w teatr – komu raz się to spodobało, wróci za rok – mówi Dariusz Wójcik. On sam jest weteranem Orkonu, pięć razy był szefem ochrony, a w tym roku debiutuje jako głównodowodzący. – Zadbanie o bezpieczeństwo jest bardzo ważne, bo nasza impreza prowokuje czasem ludzi z zewnątrz do zaczepek, ale też sporo gapiów z sympatią podgląda nasze zmagania.
[srodtytul]Próba sił na skałkach[/srodtytul]
Na kurs skałkowy prowadzony przez dwójkę instruktorów: Monikę Niedbalską i Pawła Koptę, przyjeżdżają w Jurę Krakowską i w Tatry miłośnicy wspinaczki z całego kraju. – To coraz popularniejsza forma rekreacji, jednak by była bezpieczna, trzeba poznać zasady – mówi Monika Niedbalska. W kursach nie biorą udziału zorganizowane grupy firmowe, za które płacą pracodawcy – dodaje instruktorka. Kurs skałkowy kosztuje od 500 do 700 zł. Na szkolenia przyjeżdżają jednak często osoby pracujące w tej samej firmie.
– Ukończyłem kurs skałkowy z kolegą z pracy, który jest też moim partnerem wspinaczkowym – mówi Grzegorz Kudłacz, informatyk z rzeszowskiej firmy produkującej oprogramowanie dla amerykańskich szpitali. Jest zdania, że budowanie zaufania w górach zdecydowanie pomaga też w pracy i codziennym życiu. – Wspinaczka uczy podejmowania szybkich, poprawnych decyzji, a także pokonywania zmęczenia i strachu, a to przecież przydaje się nie tylko w górach – mówi.
[i]masz pytanie, wyślij e-mail do autorki
[mail=g.raszkowska@rp.pl]g.raszkowska@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA