fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czy da się skończyć wojnę polsko-polską?

Rzeczpospolita
Kaczyński, deklarując pokój, zachował się zgodnie ze swoim interesem; nie chciał grać w to, w co przegrywał. Ale właśnie z tej przyczyny Tusk, podejmując jego ofertę, postąpiłby wbrew swoim interesom
Rozwój wydarzeń na naszej scenie politycznej potwierdza starą mądrość, że wojnę łatwo jest zacząć, a trudno skończyć. Nawet komentatorzy tak we wszystkim odmienni, jak Bronisław Wildstein i Jacek Żakowski – a także wielu mieszczących się gdzieś pomiędzy nimi – ogłosili niemal jednocześnie, że wyborcze rozstrzygnięcie niczego nie rozstrzyga i w żadnym stopniu nie kończy politycznej wojny pomiędzy PO a PiS; więcej nawet: że wojna ta będzie się coraz bardziej zaostrzać.

Potwierdza taką tezę zachowanie zwycięzców. Już od pierwszych chwil po ogłoszeniu wstępnych wyników wracają oni na przykład do opluwania śp. Lecha Kaczyńskiego i przypisywania mu odpowiedzialności za katastrofę smoleńską (Palikot dodaje jeszcze: po pijanemu), co w oczywisty sposób nie jest żadnym spontanicznym wyskokiem, tylko rozpaczliwym zadeptywaniem rodzącego się mitu, potencjalnie najgroźniejszego dziś dla legitymizacji władzy PO.
[wyimek]Zgoda pomiędzy premierem Tuskiem a prezydentem Komorowskim nie jest żadną „zgodą narodową”, tylko zgodą w obozie władzy[/wyimek]
Skończyć wojnę zawsze jest trudno, ale już absolutnie zakończyć jej nie można, gdy nie chce tego strona w danej chwili zwycięska. A jeśli patrzeć tylko na interesy partyjne, nie widać żadnych powodów, dla których Platforma miałaby tego chcieć. Wręcz przeciwnie. W zakończonych przed tygodniem wyborach zajrzało jej w oczy widmo klęski. Mogłaby ona nastąpić, gdyby elektorat lewicowy i „nieinteresujący się polityką” pozostał w domach. A prawdopodobnie pozostałby, gdyby kampania była nadal równie układna jak w pierwszych tygodniach.
Dopiero powrót do starej, brutalnej retoryki ściągnął go na powrót do urn. Można się do woli oburzać, gdy wysocy urzędnicy państwowi rozsyłają chamskie esemesy, ale prawda jest brutalna: takich wyborców, jakich ma, PO jest w stanie zmobilizować tylko argumentami na poziomie: „głosuj, bo będziemy mieć prezydenta buraka i pierwszą damę szczającą do kuwety”.
Taktyka wojny totalnej sprawdziła się w tych wyborach także w odniesieniu do środowisk uważających się za inteligenckie elity i liderujących im celebrytów intelektu. Okrzyk „Wraca
IV RP, budzą się demony polskiego patriotyzmu!” skutecznie zmusza je do ciśnięcia w kąt wszelkich uprzedzeń i przekonań, czego najlepszych dowodów dostarczył portal „Krytyki Politycznej”.
Lektura wiernopoddańczych adresów składanych przez zdeklarowane feministki, działaczy „mniejszości seksualnych”, ruchów ekologicznych, antyklerykalnych i antyreligijnych, a nawet zdeklarowanych anarchistów wobec kandydata przedstawianego jako tradycyjny patriarcha i współzałożyciel Katolickiego Przymierza Rodzin, pobłyskującego sygnetem z herbem hrabiowskiego rodu, i jeszcze na dodatek zapalonego myśliwego, pokazuje dobitnie, jakiego rodzaju lojalności są w „elitach” rzeczywiście decydujące, a co stanowi tylko salonową modę.
[srodtytul]Jednoczący rechot nad kuwetą[/srodtytul]
Zbudowanie przez Tuska trwałej hegemonii dla wielkiego kartelu władzy (bo tym w istocie jest obecnie PO) jest w tej chwili bliższe niż kiedykolwiek. Choć sprawy potoczyły się inaczej, PiS nie został jeszcze rozbity i było kilka momentów autentycznego strachu, Komorowski uzyskał ostatecznie 2 miliony głosów więcej niż jego szef przed pięciu laty. Jest to efekt zjednoczenia przeciwko Kaczyńskiemu kilku różnych grup elektoratu. Nie miejsce tu na szczegółową analizę ich liczebności i motywacji, choć taka praca byłaby nader potrzebna w sytuacji, gdy nawet profesorowie socjologii ulegają propagandowym frazesom o wyborcach „otwartych na świat, patrzących z nadzieją w przyszłość”.
Pobieżnie trzeba jednak stwierdzić, iż grupą kluczową są tu środowiska, które w czasach rządów PiS zaznały autentycznego strachu przed zapowiadanymi zmianami zagrażającymi ich pozycji. To przede wszystkim różnego rodzaju establishment zawodowy, korporacje (pamiętajmy, że bijemy światowy rekord w liczbie zawodów, do których dostęp jest regulowany, a awans wewnątrz nich reglamentowany), różnego rodzaju administracja, którą nazwałbym kastą mandaryńską, większy biznes, zawdzięczający dochody symbiozie z władzą, elity medialne.
W wielu wypadkach są to elity ukształtowane jeszcze w Peerelu i dzięki mechanizmom kooptacji skutecznie broniące się przed napływem świeżej krwi, a więc na lęk wywołany interesami nakłada się też kulturowa niechęć do antykomunizmu, Kościoła i niesfałszowanej tradycji „Solidarności”.
Retoryka wojny z „Polską Ciemną” pozwala połączyć te opiniotwórcze, choć nie dość jeszcze liczne dla ugruntowania władzy grupy społeczne w jednym obozie z ludźmi niemającymi z nimi wspólnych interesów, a tylko wspólne emocje. Pozwala nawet dokazać sztuki jeszcze większej: połączyć w poparciu dla władzy grupy, których obiektywne interesy są przeciwstawne. Na przykład młodzieży, której aspiracje do sukcesu blokowane są przez korporacyjny establishment, z tymi właśnie, którzy je blokują.
Sytuacja wojny kulturowej pozwala jednym i drugim przejść nad tą drobną rozbieżnością interesów do porządku dziennego, bo zaspokaja aspiracje w sposób symboliczny. Młody, aspirujący do awansu człowiek, rechocząc nad kuwetą razem z tymi, którzy mu awans uniemożliwiają, zyskuje poczucie, że należy z nimi do jednej wspólnoty – wspólnoty Polaków lepszych, wykształconych, europejskich. Więcej, zyskuje coś, co dla ludzi zdających sobie sprawę, jak łatwa do zakwestionowania jest ich przynależność do elit, jest jeszcze ważniejsze – swoisty glejt, certyfikat obywatelstwa w „Polsce Jasnej”. Badania socjologiczne pokazują, że tak ważna dla PO kategoria „młodych, wykształconych, z wielkich miast” w istocie zdominowana jest przez tych, którzy do wielkiego miasta przyjechali bardzo niedawno, a wykształcenie zdobywają metodą „wytnij-wklej”.
Równie charakterystyczny i równie zdumiewający jak sojusz, mówiąc przykładowo, studentów i absolwentów prawa z korporacyjnym establishmentem, wydaje się sojusz młodej lumpeninteligencji ze starymi „autorytetami”, którym Tusk po latach całkowitego odrzucenia przywrócił nagle znaczenie. W jednej estetyce mieści się widownia Wojewódzkiego, rycząca niepohamowanym śmiechem, gdy usłyszy słowo na „d”, i subtelni intelektualiści w rodzaju profesora Głowińskiego, dyżurnego demaskatora „mowy nienawiści” Kaczyńskiego, który nigdy nie zauważył niczego nagannego w mowie Niesiołowskiego i Palikota.
[srodtytul]Zadowolenie niezadowolonych[/srodtytul]
Gdyby – zróbmy taki eksperyment myślowy – w miejsce establishmentu postkomunistycznego i laickich celebrytów intelektu wstawić w powyższym opisie przywódców tradycyjnych („patriarchalnych”, mówiąc językiem lewicy) struktur społecznych i kaznodziejów, to pasowałby on doskonale do głośnej swego czasu książki Thomasa Franka „Co z tym Kansas”, objaśniającej sukcesy konserwatywnej prawicy w stanie, który amerykańska lewica uważała, myśląc w typowych dla siebie kategoriach „interesów klasowych”, za swój niezdobyty bastion.
To, co w ciągu ostatnich kilku lat zdołał w Polsce osiągnąć Tusk, w istocie sprawia wrażenie idealnej kopii, tylko odwróconej niczym na kalce technicznej, mechanizmu opisanego przez amerykańskiego lewaka (pomijam zupełnie, na ile analiza Franka trafna jest w odniesieniu do „konserwatywnej rewolucji” w USA), podobnie jak frustracja stronników PiS wydaje się lustrzanym odbiciem tej, jaka do czasów Obamy trawiła amerykańskie uniwersytety.
W obu wypadkach okazało się, że emocje kulturowe są wbrew marksistom silniejsze od tych generowanych przez napięcia ekonomiczne. W USA pracobiorcy głosowali tak samo jak pracodawcy, bo bardziej niż robotnikami czuli się chrześcijanami. W Polsce mający obiektywne powody do niezadowolenia z III RP głosują na nią, bo bardziej im zależy na poczuciu, iż są nowoczesnymi Europejczykami, a nie zaściankowymi Polakami.
Analogia jest tym bardziej stosowna, że w zasadniczej części Platforma zawdzięcza swój sukces Jarosławowi Kaczyńskiemu. To on bowiem był tym, który w momencie przełomowym dla historii III RP, czyli po aferze Rywina i po wspólnym z Tuskiem triumfie nad SLD, unieważniającym „podział postkomunistyczny”, podjął brzemienną w skutki decyzję, iż zamiast wspólnego budowania postulowanej IV RP, państwa PO – PiS, będzie następna święta wojna, i to on wyznaczył jej nowy front – pomiędzy Polską „liberalną” i „solidarną”. Zrobił to oczywiście w przekonaniu, że biorąc stronę „Polski solidarnej”, może być pewnym władzy na wiele lat; przez pierwsze 15 lat istnienia
III RP odwołanie się do niezadowolenia z transformacji ustrojowej, wyrażanego w okrzyku „Balcerowicz musi odejść”, zawsze zyskiwało większość, a prezydencki sukces Lecha Kaczyńskiego na ostatniej prostej był dowodem, iż nic się w tym względzie nie zmienia.
Nie znaczy to, że Jarosław Kaczyński wywołał tę wojnę, o co jest, jak zresztą o wszelkie możliwe zło, oskarżany przez swych licznych wrogów (szkoda, że nie udało się poręcznie przetłumaczyć amerykańskiego określenia „Bush-haters”, bo owi, jak tu piszę, „wrogowie” stanowią w polskiej polityce analogiczną, równie potrzebującą nazwy i równie istotną grupę). Ta wojna toczyła się już u samego zarania III RP, początkowo w ukryciu, w kręgu Lecha Wałęsy, potem na forum Komitetu Obywatelskiego, wreszcie przybierając formę histerii zagrożenia „dyktaturą Wałęsy”, „państwem wyznaniowym”, lustracją i dekomunizacją.
Niektórzy z jej protagonistów, kierowani osobistymi i politycznymi interesami, zmieniali w tym konflikcie stronę, jak Wałęsa i Niesiołowski (teraz podobnej przesiadki wydaje się dokonywać Giertych), ale zarówno sam konflikt, jak i jego bliska wojny domowej atmosfera nie wynikły z woli polityków. W społeczeństwie postkolonialnym, do jakich się po półwieczu Peerelu zaliczamy, jedno i drugie jest nieuniknione, a wzajemne odrzucenie przez postkolonialną elitę i krajowców trwa nieraz przez wiele pokoleń – pisałem o tym wielokrotnie, najobszerniej w swoich książkach, i nie miejsce tu na rozwijanie tej kwestii. Trzeba jednak zauważyć, iż do ostatnich miesięcy przed wyborami 2007 nie była to wojna Tuska. A nawet po tym, jak diametralnie zmienił on strategię i z roli polityka obiecującego, że dopiero on zbuduje prawdziwą IV RP, przedzierzgnął się w obrońcę rywinlandu, przez dłuższy czas pozostawał dla establishmentu tylko „drugim wyborem”.
[srodtytul]Popyt na wojnę[/srodtytul]
Teraz jednak na kontynuowaniu i podgrzewaniu „wojny na górze” wygrywa nie Kaczyński, ale on. Znów muszę powiedzieć: mniejsza w tej chwili o błędy lidera PiS, które doprowadziły do tej sytuacji, w tej kwestii również wielokrotnie wykładałem swój pogląd bardzo szczegółowo. Kwestią podstawową jest teraz pytanie zadane w tytule: czy postkolonialny konflikt pomiędzy dystansującym się od krajowców establishmentem a gardzącym wyobcowaną z niego elitą ludem może wrócić na właściwe mu pola i przestać być osią polskiej polityki? Innymi słowy – czy spychanie w walce o władzę debaty publicznej w coraz gorsze zbydlęcenie, coraz dalej idące deprawowanie mediów, elit, pogłębianie podziałów, wzajemnej pogardy i nienawiści jest nieuchronne, czy może być zatrzymane?
Taką przecież ofertę złożył w tych wyborach Jarosław Kaczyński, obiecując „zakończenie wojny polsko-polskiej”. Nie zauważono, iż tylko taki układ – z Kaczyńskim jako prezydentem skłonnym do współpracy – dawałby szansę na naprawę państwa. Oferta pokojowa została jednogłośnie wyśmiana i uznana za czysty kamuflaż. Co gorsza, oferta ta okazała się także (tu niestety moje przewidywania minęły się z rzeczywistością) nieskuteczna. Wielkie pytanie, od którego zależy przyszłość Polski, brzmi: dlaczego wyborcy ją odrzucili? Czy dlatego, że nie uwierzyli w jej prawdziwość z uwagi na osobę polityka, który wzywa do pokoju, a pamiętany jest jeszcze jako ten, który wzywał do wojny; czy też dlatego, że wciąż na wojnę popyt jest w Polsce większy niż na pokój?
Obawiam się, że ta druga odpowiedź jest prawdziwa. A jeśli tak, wszelkie wezwania polityków do zgody pozostaną tylko pustą retoryką i grą w dobrego i złego policjanta (tak właśnie podzielili między siebie role w drugiej turze kampanii Tusk i Komorowski). Kaczyński, deklarując pokój, zachował się zgodnie ze swoim interesem; nie chciał grać w to, w co przegrywał, i w co przekonał się, że w ogóle wygrać nie można, a przy okazji odzyskiwał zdolność koalicyjną z lewicą. Ale właśnie z tej samej przyczyny Tusk, podejmując jego ofertę, zachowałby się wbrew swoim interesom.
[srodtytul]Niemożność reformy[/srodtytul]
Podobnie jak Kaczyński w 2007 roku, tak teraz Tusk traci panowanie nad żywiołem, który dotąd go niósł w pożądanym kierunku. Poparcie uzyskane zjednoczeniem różnych grup w pogardzie dla „Polski nieufnej, gorzej wykształconej, starszej wiekiem, wiejskiej i małomiasteczkowej” może się rozwiać jak przed pięciu laty poparcie dla lewicy, jeśli emocje nie będą stale podgrzewane. A innego lepiszcza Tusk nie ma. Obiecanych reform przecież rozpocząć nie może, nawet gdyby wiedział jak i miał za co, bo uderzyłby w swoje zaplecze, nie mając szansy pozyskania innego.
W takiej sytuacji najoczywistsza wydaje się ucieczka do przodu. Wyciągnięcie jako warunku obiecywanych reform likwidacji KRUS, na co oczywiście nie będzie mógł się zgodzić PSL. W ten sposób dotychczasowy koalicjant zajmie w propagandzie „Polski Jasnej” miejsce śp. Lecha Kaczyńskiego, co znowu pozwoli skupić propagandę nienawiści i pogardy na wsiach i małych miasteczkach (jak wiadomo: pisowskich, katolickich i negujących winę Kaczyńskiego za tragedię smoleńską), przyśpieszyć wybory i domagać się dla reform już 1500 „dni spokoju”.
Taka ucieczka niesie ze sobą dwa poważne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim emocje można przegrzać, jak w 2007 roku zrobił to PiS. W lepszym wypadku może to dać Kaczyńskiemu zwycięstwo na miarę sukcesu Orbana na Węgrzech. Ale władza i jej klaka robią i prawdopodobnie będą nadal robić wszystko, aby wtedy odwet upokarzanej dziś „Polski wiejskiej i małomiasteczkowej” był o tyle silniejszy, o ile zemsta za rządy PiS przerosła ich rzeczywiste przewiny; w gorszym zaś wypadku można się spodziewać nawet czegoś w rodzaju najazdu rumuńskich górników na Bukareszt 20 lat temu. Tak czy owak, Polsce to nie wróży niczego dobrego. No i wreszcie, ucieczka do przodu jest także ucieczką donikąd, bo nawet objęcie przez PO większości konstytucyjnej nie zlikwiduje rzeczywistych przyczyn niemożności rozpoczęcia „dobrych zmian dla Polski”.
Jest tylko jedna szansa: w obliczu nieuniknionej katastrofy budżetowej, podobnie jak pod koniec lat 80., władza może się czuć zmuszona dopuścić opozycję do odpowiedzialności za państwo. Poza wszystkim bowiem, co streściłem powyżej, jest jeszcze jedna ważna okoliczność. Żadnej prawdziwej reformy nie da się przeprowadzić, jeśli połowa aktywnych politycznie obywateli jest wykluczona z jakiegokolwiek wpływu na państwo. Zgoda pomiędzy premierem Tuskiem a prezydentem Komorowskim nie jest przecież żadną „zgodą narodową”, tylko zgodą w obozie władzy. A wykluczając połowę Polski z państwa, zwalnia się ją zarazem z odpowiedzialności za nie. Korporacyjne państwo nie jest zaś na tyle silne, aby kogokolwiek do zgody na wyrzeczenia przymusić. Ten mechanizm zadziała zresztą mocniej, jeśli obecna sytuacja odwróci się na wzór węgierski.
Na razie jednak podjęcie reform może się skończyć dla Polski katastrofą. Niepodjęcie ich zaś skończyć się nią musi. Z kolei próba wycofania się ze ślepego zaułka stale nakręcanej wojny może się skończyć polityczną katastrofą Tuska. Niewiele mniej zresztą niebezpieczne jest przyjęcie ewentualnej współodpowiedzialności za ten proces dla Kaczyńskiego. A każdy kolejny akt agresji ze strony establishmentu będzie czynił porozumienie coraz trudniejszym i mniej możliwym.
Ten skrótowy szkic sytuacji, w jakiej znajdujemy się po zwycięstwie Komorowskiego, nie jest oczywiście pełny. Należy jeszcze uwzględnić odwrócenie się korzystnej dotąd dla naszej państwowości i niepodległości koniunktury międzynarodowej. Ale i bez tego sytuacja wygląda wystarczająco poważnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA