fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Nerwowe wybory w Berlinie

Jerzy Haszczyński
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jerzy Haszczyński
Kanclerz Angela Merkel już zapłaciła dużą cenę za forsowanie Christiana Wulffa na prezydenta Niemiec – buntem części swojej partii i otwarciem kolejnego frontu sporu z koalicjantami z liberalnej FDP.
[link=http://blog.rp.pl/haszczynski/2010/06/30/nerwowe-wybory-w-berlinie/]Skomentuj na blogu[/link]
A niewykluczone, że zapłaci jeszcze większą, bo dyskusja o tym, dlaczego wczorajsze wybory prezydenckie były tak trudne, może podważyć jej przywództwo i wśród chadeków, i w rządzie.
Podczas środowych wyborów panowała taka nerwowość, jakby głosowały miliony Niemców, a nie kilkanaście setek elektorów z partyjnego nadania. Była też wyjątkowa, jak na wybory prezydenta, który tylko formalnie jest najważniejszym niemieckim politykiem. To nie on ma prawdziwą władzę. On reprezentuje kraj i, parafrazując polskiego premiera, siedzi pod żyrandolem w berlińskim pałacu Bellevue.
Tych wyborów, i kłopotów pani kanclerz, w ogóle miało nie być. Dotychczasowy prezydent Horst Köhler powinien urzędować jeszcze cztery lata, ale nie wytrzymał krytyki po wypowiedzi o obronie ekonomicznych interesów Niemiec w Afganistanie i zrezygnował.
Policzkiem dla Merkel jest to, że kilkudziesięciu polityków koalicji nie posłuchało swoich liderów i nie poparło Wulffa w pierwszych dwóch turach głosowania. Część z nich nie rozumiała, dlaczego bliski pani kanclerz pod wieloma względami Joachim Gauck był kandydatem jej przeciwników politycznych.
Polakom wiele o Niemczech powinno powiedzieć sama kandydatura Gaucka, zwłaszcza że do walki o prezydenturę wystawiła go centrolewica (SPD i Zieloni). Gauck to przecież symbol rozliczeń z komunistyczną przeszłością NRD, człowiek, który podkreśla, że prawa ofiar są ważniejsze od praw oprawców i ulubieńców dyktatury.
Spektakl w Zgromadzeniu Federalnym w Berlinie mówi też sporo o instytucji wyborów niepowszechnych. O ich wyniku decyduje się w gabinetach, jak o najwyższych stanowiskach w Unii Europejskiej. Ale te gabinetowe rozgrywki czasem zawodzą i jak wczoraj na twarzach głównych graczy pojawia się niepokój. Niemcy czeka chyba debata o tym, czy nie nadszedł czas na wybieranie prezydenta przez naród. Debat, w których padną krytyczne słowa pod adresem Merkel, będzie zresztą zapewne więcej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA