fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Obyś własne dzieci uczył

ROL
W USA 2 mln dzieci uczy się, nie chodząc do szkoły. W Polsce edukacja domowa stawia pierwsze kroki
Wystarczą trzy godziny nauki dziennie przez dwa miesiące w semestrze! To wszystko, by dziecko opanowało materiał danej klasy – twierdzi Mariusz Dzieciątko, prezes Stowarzyszenia Edukacji w Rodzinie (SEwR).
Adasia i Grzesia Reszke z Gdańska uczy mama, fizyk. Ostatnio uczą się metodą doświadczeń poszukujących: „Ale dziś wieje! Ile to stopni w skali Beauforta? A co to jest wiatr? Dlaczego dziś wieje, a wczoraj nie wiał?”. Hasło „las” oznacza wyprawę. Szukają mikoryzy, śledzą piętrowość drzew. Czy wiecie, że gdy rodzą się małe wilczki, pilnuje ich starszy brat z poprzedniego miotu? – pyta przejęty Adaś. Iwona Sicińska, łodzianka, uczy syna od trzech lat. Często w podróży. Tabliczkę mnożenia Bruno opanował w samochodzie. O budowie piramid uczył się w Egipcie. Malarstwo Picassa poznawał w oryginale. Dzieci uczone w domu nie chodzą do szkoły. Odpowiedzialność za ich kształcenie biorą na siebie rodzice lub opiekunowie. Wybierają edukatorów i sposoby nauki. Najczęściej sami uczą. Dyrekcja szkoły podstawowej musi wyrazić zgodę. Ta sama szkoła egzaminuje potem dzieci według podstawy programowej, zwykle raz w roku. Dobre wyniki warunkują dalszą naukę poza szkołą.
W Polsce to niszowa forma edukacji. Mimo że była możliwa już od 1991 r., dopiero zeszłoroczna zmiana przepisów nieco ją spopularyzowała. Z danych MEN wynika, że w domu uczy się ok. 100 dzieci. To garstka wśród 6 mln uczniów! W USA inicjatywa edukacji pozaszkolnej powstała już 30 lat temu. Dziś uczy się tak ok. 2 mln dzieci, a chętnych przybywa. Populacja tzw. homeschoolingu rośnie tam aż o 10 proc. rocznie. Jak oczywista jest ta forma, świadczy ostatnio głośna sprawa rodziny Romeike. Sąd federalny w Memphis po raz pierwszy od II wojny światowej udzielił azylu politycznego obywatelom niemieckim właśnie po to, by mogli nauczać w domu sześcioro swych dzieci. Niemieckie prawo nie przewiduje takiej możliwości. Nawet dla ortodoksyjnych protestantów zrażonych świeckością szkoły jak Romeikowie. [srodtytul]Każdy może uczyć[/srodtytul] Wcale nie trzeba być zawodowym nauczycielem – podkreśla Mariusz Dzieciątko, doktor informatyki w SGH. Izabela Budajczak spod Poznania jest ekonomistką, Joanna Ryguła, mama pięciorga dzieci, literatką, a Iwona Sicińska to lekarz. Badania amerykańskiego instytutu NHERI (National Home Education Research Institute) z 2009 roku potwierdzają, że ani zawód, ani wykształcenie rodzica-edukatora, ani status materialny rodziny nie wpływają na wyniki osiągane przez ucznia na egzaminach. – Czy to odpowiedzialne wziąć wyłącznie na siebie ciężar edukacji dzieci? Mariusz Dzieciątko ironizuje: – Wygodniej jest zrzucić tę odpowiedzialność na szkołę. Szczególnie w razie niepowodzenia. Ale w masowej oświacie nie ma przecież niewydolnych placówek ani marnych nauczycieli. Są tylko mało zdolni lub leniwi uczniowie. Przeciwnie w nauczaniu domowym. Tu zły wynik ucznia zawsze oznacza nieudolnego edukatora. Co może bardziej mobilizować rodzica? Według SEwR polscy rodzice-edukatorzy mają wyższe wykształcenie, często są religijni, z kilkorgiem dzieci. Rola ta wymaga często rezygnacji z pracy, nie są więc zamożni, żyją z jednej pensji. Zdarzają się i samotni rodzice, którzy godzą uczenie dziecka z pracą. [srodtytul]Okiem specjalisty[/srodtytul] Wśród psychologów pomysł uczenia w domu budzi kontrowersje. – Stając się nauczycielem, rodzic przyjmuje zupełnie inną rolę społeczną – ostrzega dr Aneta Borkowska, psycholog kliniczny z UMCS w Lublinie – a to tworzy chaos w życiu dziecka i zakłóca wzajemne relacje. Komu pożalić się na panią od przyrody, jeśli jest nią mama? – pyta. – Rodzic to dla dziecka model i naturalne źródło wiedzy – oponuje warszawski psycholog Maria Skrzypiec-Sjoholm. – Maluch czerpie od niego wzorce, uczy się różnorodnych zachowań i reakcji emocjonalnych. Dlatego po odpowiednim przygotowaniu może być również jego edukatorem – twierdzi. Obawy jednak pozostają. – Oczywiście, że materiał szkoły podstawowej to żadne wyzwanie dla rodzica! Ale czy przekaże on wiedzę w zrozumiały dla dziecka sposób? Trzeba znać przebieg procesów myślenia i zapamiętywania. Wiedzieć, jak koncentruje się uwaga dziecka. Czy przeciętny rodzic ma o tym w ogóle jakieś pojęcie? – pyta dr Borkowska. Dlatego psychologowie polecają rodzicom, którzy się na to zdecydują, kursy pedagogiczne i stałe konsultacje ze specjalistą. [srodtytul]Dzieci spod klosza[/srodtytul] Jest także druga strona medalu – socjalizacja. Przeciętna podstawówka to miejsce, gdzie ścierają się różne warstwy społeczne, wartości i poglądy. Często jest to wprost szkoła przetrwania. Czy w dorosłym życiu da się przetrwać bez niej? – Nie martwiłbym się o to – zapewnia dr Grzegorz Iniewicz, psycholog z UJ obserwujący poczynania krakowskich rodzin ED. Podkreśla, że kształcenie w domu jest efektywne. Nie traci się czasu na sprawdzanie obecności czy uspokajanie klasy. A to daje mnóstwo wolnego czasu na bogate życie towarzyskie i zajęcia pozalekcyjne. To, zdaniem psychologa, wystarczy do pełnego uspołecznienia. Grzegorz Iniewicz: – Edukacja domowa zostawia uczniom także bardzo ważny czas: na nicnierobienie. Bez niego nie ma mowy o właściwym rozwoju dziecka! Rodzice powinni o tym pamiętać pomiędzy lekcją tenisa a squasha. Potwierdzają to badania. Te przeprowadzone przez dr. Briana D. Raya z NHERI wykazały, że dzieci edukowane w domu wyrosły na ludzi aktywniejszych społecznie niż absolwenci edukacji masowej. Aż 71 proc. badanych angażowało się w lokalną działalność pozarządową i charytatywną (wolontariat, organizacje kościelne, inicjatywy społeczne). 55 proc. z nich uczy dzieci w domu lub ma taki zamiar. Prawie wszyscy deklarują silne przywiązanie do wyznawanych przez rodziców religii i systemów wartości. Polskimi pionierami byli Budajczakowie z Ponieca w Wielkopolsce. Był rok 1995. Marek i Izabela, zaczytani w pedagogice Rolanda Meighana, przekonali dyrektora podstawówki i poprowadzili dla swoich dzieci domową szkołę. Były i zeszyty, i przedmioty. Żadnych eksperymentów. Pierwsze egzaminy zakończyły się sukcesem. Ale z czasem... Izabela Budajczak: – Rozeszła się wieść, że dzieci nie chodzą do szkoły. Staliśmy się „inni”. Szukano w naszym życiu tajemnicy, sensacji. Pojawiły się plotki i zawiści. Dzieciom zakazano wstępu w rówieśnicze rewiry. Ostracyzm miał źródło w szkole. Matka – nauczyciel – opowiada, że w czasie egzaminów insynuowano dzieciom… związek kazirodczy. Podobno rodzeństwo przytulało się do siebie. Po wielu utarczkach wzburzeni rodzice odmówili szkole prawa do sadystycznego, ich zdaniem, egzaminowania dzieci. Zgoda na nauczanie w domu została cofnięta. Budajczakowie zaskarżyli decyzję dyrektora, a sąd przyznał im rację. Tyle że dopiero po dziesięciu latach procesów. Ich dzieci nigdy nie wróciły do szkoły. Rodzice, mimo nakładanych kar, uczyli je w domu aż do końca liceum. W świetle polskiego prawa posiadają jedynie świadectwa ukończenia trzeciej i czwartej klasy szkoły podstawowej. Dziś dr Marek Budajczak szefuje Stowarzyszeniu Edukacji Domowej i jest badaczem tej metody (UAM w Poznaniu). Izabela prowadzi strony internetowe i wspiera rodziców. – Uczymy samodzielnego zdobywania wiedzy i stawiania oporu wobec presji i schematów społecznych – napisała w blogu dla tych, którzy wątpią, czy było warto. Termin składania podań i dokumentów do 31 maja każdego roku. [ramka][srodtytul]WWW[/srodtytul] [link=http://www.edukacjadomowa.pl]www.edukacjadomowa.pl[/link] [link=http://www.edukacja.domowa.pl]www.edukacja.domowa.pl[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA