Sporty zimowe

Byliśmy z innej gliny

Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Wojciech Fortuna - jedyny polski złoty medalista zimowych igrzysk opowiada o swoim skoku w Sapporo, domu na Suwalszczyźnie, życiu z dala od Zakopanego i o tym, co podczas dawnych zagranicznych zawodów można było sprzedać za 100 dolarów, a co tylko za 50
[b]Rz: Nie zastanawia się pan czasem, czy to się zdarzyło naprawdę? Daleka Japonia, rok 1972, i ten wspaniały lot na Okurayamie. 111 metrów, które zmieniło pana życie.[/b]
Wojciech Fortuna: Czułem się, jakbym poleciał w kosmos. Japonia była dla nas szokiem tak wielkim, że we łbie się przewracało. Niesamowity park rozrywki, lodowe stwory, stołówka olimpijska, w której można było spróbować każdej potrawy na świecie. Tyłek po takich wizytach rósł jak na drożdżach. No i te sklepy. Oczy wychodziły z orbit. Medal mogłem mieć już na średniej skoczni Miyanomori, ale zabrakło kilku punktów za telemark. Lądowałem na obie nogi, wolałem nie ryzykować, bo miałem uraz po ciężkim upadku sprzed lat. Ostatecznie byłem szósty, ale wiedziałem, że forma jest. Trener Janusz Fortecki też wiedział. [b]To prawda, że przed konkursem na Okurayamie kupił pan nowoczesny kombinezon od japońskiego skoczka?[/b]
Nie tylko kombinezon. Seiji Aochi buty jeszcze dołożył. [b]Jak wyglądała transakcja?[/b] Mieliśmy w handlu całkiem spore doświadczenie. Kryształy w tamtych czasach to był pewny towar. Japończyk popukał, uśmiechnął się, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk, więc od razu rzuciłem cenę: 100 dolców. Zaproponował wymianę, kryształ za kombinezon, który trzymał w ręku. Przymierzyłem, był za duży. On na to, że nie ma sprawy, i zaprowadził mnie do krawca. Po przeróbce leżał jak ulał, ale nie dałem tego po sobie poznać. – Daj jeszcze to – i pokazałem na nowe, białe buty, które miał w ręku. Niechętnie, ale oddał. [b]Skakał pan po złoty medal w tym kombinezonie i butach?[/b] Buty miałem inne, od gruzińskiego skoczka, 40-letniego wtedy Koby Czakadzego. Ale były miękkie jak trampki. To przez nie na treningu poleciałem na główkę, cudem się nie łamiąc. Oddałem je Staszkowi Gąsienicy-Danielowi. Włożył w nie jakieś wkładki i skakał. A ja założyłem buty z Krosna. To był nasz towar eksportowy, chodziły po 50 dolców, zabieraliśmy więc na każdy wyjazd po 5 – 6 par. Celnicy przymykali oko i puszczali. Enerdowskie narty Popa też trzymały cenę, sprzedawaliśmy je po stówce. Późniejsze germiny były już do niczego. Te popy, na których wygrałem igrzyska, są ze mną już 38 lat. Nikomu ich nie oddam, chyba że znajdzie się wariat, który da milion złotych. Najpierw stały za ścianą, później leżały pod łóżkiem, teraz są w garażu w otoczeniu innych pamiątek. I niech tak zostanie. [b]Jaka była ta Okurayama, na której odniósł pan swój największy sukces?[/b] Nie wybaczała błędów, ale od razu ją polubiłem, tak samo jak tę mniejszą. Sztuczny rozbieg, amfiteatr po lewej stronie. Wyciągu jeszcze tam nie było (a w Zakopanem już był), musieliśmy wchodzić na górę po schodkach. [b]Nie za duży wysiłek dla kogoś, kto za chwilę będzie walczył o medal?[/b] A gdzie tam. Świetna rozgrzewka. My byliśmy ulepieni z innej gliny. Półtora tysiąca skoków treningowych przed sezonem nikogo nie dziwiło. I po każdym trzeba było wchodzić po schodach na górę. Teraz mają wyciągi, skoczą 60 razy i to wystarczy. Wszystko się zmieniło. Te kombinezony, w których skaczą, to prawdziwe lotnie. A mimo to dalej kombinują. [b]Wtedy nie kombinowali?[/b] Niemcy z NRD bez przerwy coś wymyślali. Kiedy oni trenowali w tunelach aerodynamicznych, ja nie miałem pojęcia, o co chodzi, nie widziałem czegoś podobnego na oczy. U nas nie było dietetyków, psychologów, raz w roku badania i koniec. Nie było też chudzielców. Nikt codziennie na wadze nie stawał. Jedliśmy co popadło, kalorii nikt nie liczył. Jak wygrywałem w Sapporo, ważyłem 54 – 56 kg. Później 67 i już wiedziałem, że nie ma sensu dalej skakać. A silnej woli, by się odchudzać, brakowało. Staszek Gąsienica-Daniel przytył ze 20 kg. Wyglądał jak ciężarowiec. [b]Skakał pan kiedyś na mamuciej skoczni?[/b] Tylko raz, na Velikance w Planicy, już po igrzyskach w Sapporo. Warunki były paskudne, mocno wiało, więc zbyt daleko nie poleciałem. Tylko 132 metry. Rekord świata w długości skoku należał wtedy do Niemca z NRD Manfreda Wolfa i wynosił 165 metrów. [b]Nie wszyscy lubią mamuty. Stojąc na górze, macie pod sobą przepaść. Niektórych dopada wtedy strach. Pan też się bał?[/b] Jak się boisz, to ze skakania nic nie będzie. Kiedy wiązałem buty, noga latała mi z nerwów jak szalona, ale po chwili byłem już spokojny. Strach zostawiłem za sobą. [b]Wtedy skocznie nie były tak bezpieczne jak teraz... [/b] Nie tylko profil skoczni składa się na bezpieczeństwo skoczka. Obowiązujący dziś styl V też w dużym stopniu je zwiększa. Kiedyś, gdy narty musiały być blisko siebie, wyglądało to zupełnie inaczej. Zresztą te nasze narty były dwa razy cięższe od tych, na których skacze Małysz. [b]Nie mieliście też kasków...[/b] Zakładaliśmy czapeczkę i ruszaliśmy w dół z szybkością znacznie większą niż dzisiaj. I bardzo wysoko lataliśmy nad zeskokiem. Pamiętam, że w Planicy fruwałem nad smrekami. Las miałem pod sobą. [b]Dużo było wypadków?[/b] Na każdych zawodach ktoś się rozbijał. Wtedy na mamucie osiem karetek jechało przed moim skokiem. Odwoziły tych, którzy nie mieli szczęścia. Pomyślałem sobie: – Po co tu chłopie przyjechałeś? Zabić się chcesz? Staszek Gąsienica-Daniel też się wtedy rozbił. Rzuciło go na styropiany i mocno odbiło. A później mówiłem: – Jak tutaj się nie zabiłem, to już się nigdzie nie zabiję. [b]Janne Ahonen w swojej autobiograficznej książce przyznał, że kiedy w Planicy poleciał 240 metrów i nie ustał skoku, był na bani. W nocy wypił z kolegami za dużo piwa. To możliwe?[/b] Niestety tak. Znam wielu takich, którym na skoczni jeszcze szumiało w głowie. Ja tak przegrałem mistrzostwa świata w Falun w 1974 roku. A byłem wtedy w lepszej formie niż na igrzyskach w Sapporo. W tamtych czasach pili prawie wszyscy i bez wyjątku kurzyli. Ja byłem nieprzygotowany do życia. Wszyscy wiedzieli, kto to jest Fortuna, i chcieli poznać mnie bliżej. Pokus nie brakowało. [b]Kto był największym talentem w polskich skokach?[/b] Było ich wielu, ale przed Małyszem i po Marusarzu chyba Dzidek Hryniewiecki. Gdyby nie tragiczny wypadek, który przykuł go do wózka inwalidzkiego i w efekcie przyczynił się do jego przedwczesnej śmierci, prawdopodobnie byłby mistrzem olimpijskim w Squaw Valley w 1960 r. Wtedy popełnił najgorszy z błędów, jakie mogą zdarzyć się skoczkowi. Za wcześnie się odbił. Później jedno co mógł, to rozwijać cukierki. [b]Ile miał pan lat, kończąc karierę?[/b] 27. Nie miałem motywacji, by dalej skakać. Prawdę mówiąc, straciłem ją wcześniej, tak naprawdę po Sapporo. Ówczesny wiceminister sportu uznał, że z premii dla sportowców też mu się coś należy, i z kopert przeznaczonych dla mnie sporo wyjął. Za szóste miejsce miało być 150 dolarów, dostałem 50. Za złoto na Okurayamie zamiast 300 tylko połowę. A wtedy za 300 dolarów można było porządną parcelę w Zakopanem kupić. Gdy zaprotestowałem, usłyszałem, że nie muszę dalej skakać. Dziś trudno w to uwierzyć, ale to prawda. [b]I co, nie chciał pan już później pracować w sporcie?[/b] Chciałem, ale nie za 800 złotych. Pomyślałem, może by tak zostać taksówkarzem. Wielu olimpijczyków tak zrobiło, między innymi Józek Rysula czy Andrzej Ciaptak-Gąsienica. Teraz też dla byłych mistrzów, którzy mogliby wiele w sporcie zrobić, nie ma pieniędzy. Dlatego szukają innego zajęcia. [b]Później wyjechał pan do USA. Za chlebem?[/b] Za pieniędzmi. W Zakopanem zrobili ze mnie pijoka, więc szukałem pomysłu na nowe życie. Dolar dobrze stał, można się było ustawić, więc wyjeżdżałem. Kilka razy. Założyłem w Chicago firmę, malowaliśmy domy, szkoły, szpitale. Dziesięciu malarzy miałem, nie ukrywam, dobrze mi się powodziło. Stać mnie było żonie nowego jeepa kupić, dom za pół miliona dolarów miałem. [b]Pan czasami też łapał za pędzel?[/b] Na początku tak, ale później bossem byłem. Miałem układy, nazwisko też robiło swoje. Prawie dziesięć lat w Ameryce spędziłem, ale nawet przez chwilę nie pomyślałem, że tam zostanę. [b]Nie ciągnie pana, żeby tam wrócić?[/b] Żona może by chciała, ale ja nie. Mnie tu dobrze. Ameryka się skończyła. Dolar po trzy złote, a był już znacznie tańszy, kto to słyszał. W Polsce teraz to ja wiem, że żyję. Wszyscy mnie tu znają. Jak biskup przyjedzie, to wójt dzwoni i zaprasza. Jak strażacy rozgrywają swoje mistrzostwa, też jestem. Mówią na mnie kustosz, bo w ośrodku sportów zimowych Szelment stworzyłem ekspozycję: od Marusarza do Małysza. To moje dzieło. Są tam repliki medali, które zdobyli, narty Staszka Bobaka i Piotra Fijasa, biegówki Justyny Kowalczyk i wiele innych cennych pamiątek. Tomek Sikora też dał narty i numer startowy. Szanowanym obywatelem tu jestem. Polski Komitet Olimpijski też o mnie dba. Całe lato jeździłem po Polsce z byłymi mistrzami. Lubię to, i co ważne, opłaca mi się to. Polski Związek Narciarski też nie zapomina. Prezes Apoloniusz Tajner ubiera mnie jak Małysza. Na wielkie imprezy jestem zapraszany. Byłem na igrzyskach w Lillehammer i Salt Lake City, gdzie Małysz dwa razy stawał na podium, byłem na ostatnich MŚ w Libercu. [b]Pan, chłopak z Zakopanego, mieszka na Suwalszczyźnie. Zaskakujący wybór...[/b] Matka, rodowita warszawianka, kiedyś przeniosła się do Zakopanego. Ojciec przyjechał tam z Przemyśla. Teraz ja wyjechałem tutaj. Ale nie żałuję, to właśnie tu mam swoje Zakopane, tu górale przyjeżdżają. Tam mnie chcieli zniszczyć, wymeldowali donikąd. Mnie, którego po Sapporo witało całe miasto. Owszem, jak wróciliśmy z żoną do Polski, to kupiliśmy góralski apartament pod Giewontem, ale nie była zadowolona. Halny jej przeszkadzał. Więc wyszukaliśmy w Internecie ten domek w sercu Puszczy Augustowskiej, w Gorczycy. Żona pochodzi z Suwałk, więc rodzinę ma blisko, a ja też czuję się tu wspaniale. Jeziora obok domu, pełne ryb, są na wyciągnięcie ręki, grzybki widać przez okno, łosie się tu pasły, lisek witał się z naszym pieskiem, gdy ten wystawiał nos przez siatkę. Latem pływam kajakiem lub starą łódką, którą kupiłem kiedyś za dwa piwa. Ale na oku mam nową, z silniczkiem. Będę ją miał, to już postanowione. [b]Jak pan sięgnie pamięcią wstecz, do dzieciństwa, to co pan sobie myśli? Było szczęśliwe?[/b] Było fajne i sportowe. Miałem trzy lata i już stałem na nartach. W wieku siedmiu, ośmiu lat skakałem na skoczniach terenówkach i łamałem kolejne pary nart kupione przez ojca, a nasze wyczyny oglądali pacjenci miejscowego sanatorium. Starszy o rok brat też skakał, ale jak złamał nogę, przestał. Jak miałem dziesięć lat, zobaczyłem największe gwiazdy tej dyscypliny na mistrzostwach świata w Zakopanem, podziwiałem srebrnego medalistę Antoniego Łaciaka. Tydzień później zostałem zawodnikiem klubu Wisła Gwardia Zakopane, dostałem od razu buty i narty trzyrowkowe. [b]Dobrze wspomina pan tamtą Polskę?[/b] Dobrze. Jeździliśmy po całym świecie. Paszportu nie dawali, to fakt, ale czułem się wolny.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL