fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Był ćmą i jadł robaki

Najnowsza rola – diabeł w „Parnassusie” (2009)
EAST NEWS
Terry Gilliam, jeden z współtwórców Monty Pythona, obsadził w najnowszym filmie „Parnassus” Toma Waitsa. Ci, którzy nie znają wspaniałego amerykańskiego barda, powinni zobaczyć rewelacyjną rolę Szatana i sięgnąć po jego płyty
Nie ma dziś drugiego muzyka na świecie, który zagrałby tak wiele filmowych ról jak Tom Waits, a mimo to był uważany za artystę niszowego, alternatywnego.
Można byłoby to ostatecznie zrozumieć, gdyby wystąpił wyłącznie w niezależnych produkcjach Jima Jarmuscha. Ale przecież miliony widzów, również w Polsce, słyszały jego balladę „Little Drop of Poison”, śpiewaną charakterystycznym sznapsbarytonem w scenie barowej „Shreka 2”. Waits grał też wielokrotnie u Francisa Forda Coppoli, który nadał mu wiele mówiący przydomek Król Melancholii. Bo Waits śpiewa o nieudacznikach, ludziach przegranych, wyrzutkach społeczeństwa, włóczęgach i dziewczynach lekkich obyczajów. Miesza jazz i blues, słynie ze zniekształconych, groteskowych brzmień odpowiadających życiowemu chaosowi jego bohaterów.
W „Parnassusie” zagrał tego, który wiedzie ich na pokuszenie – Szatana. W scenerii współczesnego Londynu paraduje w nienagannie skrojonym płaszczu, surducie, w czarnym meloniku, z laską. W manichejskiej opowieści o Bogu i diable, którzy, rywalizując, próbują przeciągnąć na swoją stronę ludzi – Zły bywa tym silniejszym. Jednak Szatan jest także hazardzistą, którego bardziej od ostatecznego zwycięstwa pasjonuje gra. Dlatego, gdy Najwyższemu zdarza się przegrać – nie wykorzystuje bezwzględnie klęski przeciwnika. Daje mu szansę. Potrafi być też wyrozumiały dla ludzi. Paradoksalnie, właśnie ta dobroć gubi bohatera granego przez amerykańskiego barda. Tym samym diabeł dołącza do licznego grona opiewanych przez niego pechowców. – Tom gra perfekcyjnie – powiedział Terry Gilliam. – Stworzył postać mroczną. Jego głos brzmi uwodzicielsko, ale kiedy trzeba, jest liryczny i romantyczny. Potrafi wydobyć wszystkie odcienie człowieczeństwa. Dla fanów Waitsa najważniejsze jest to, że nareszcie otrzymał główną rolę. Może dzięki niej zdobędzie względy masowej publiczności, która zechce zobaczyć wcześniejsze kreacje muzyka. [srodtytul]Beczka śmiechu[/srodtytul] Przed „Parnassusem” bezsprzecznie najwspanialszą kreację dał w „Draculi” Francisa Forda Coppoli. Znalazł się tam w doborowej obsadzie razem z sir Anthonym Hopkinsem, Winoną Ryder, Garym Oldmanem, Keanu Reevesem. Miał wgląd w scenariusz, a po jego przeczytaniu zdecydował się wziąć udział w castingu na rolę R.M. Renfielda, prawnika agencji nieruchomości, który znajomość z hrabią wampirem przypłacił szaleństwem. Waits wygrał konkurs w cuglach. – Ale żeby wejść w tę krwawą, mroczną opowieść, musiałem przejść metamorfozę – wspomina. Zrezygnował z nagrań, pracował nad charakteryzacją. Największa trudność polegała na tym, że jego bohater je… robaki. Na ekranie widzieliśmy tę koszmarną ucztę. – Nie mordowałem robaków zębami – zastrzegł. – Zabierałem je tylko na przejażdżkę w diabelskim młynie, wkładałem do beczki śmiechu, pozwalałem, żeby sobie po niej łaziły, po czym wyciągałem je z ust. Przeżył na planie trudne chwile, kiedy jego bohater trafił do czubków, przebrany za ćmę. – Gdy polewali mnie wodą ze szlaucha, odczuwałem zarówno strach, jak i uniesienie. Ale bawiłem się nieźle. Najbardziej bolesne było noszenie okowów. – Skonstruowano je na podstawie prawdziwych urządzeń dla włoskich pianistów – wspomina. – Były to metalowe pęta, które uniemożliwiały wykonywanie ruchów niezwiązanych z nauką gry na pianinie. Szczególnie ciężkie były żelazne nasadki na palcach. Mimo tych tortur Waits jest dozgonnie wdzięczny Coppoli. Dostał dzięki niemu przepustkę do świata filmu. Ich znajomość zaczęła się po ukończeniu „Czasu Apokalipsy”. Wybitny reżyser chciał zrealizować lżejszy film i zdecydował się kręcić „Tego od serca”, o miłosnym czworokącie w scenerii Las Vegas. Inspirację do tego obrazu stanowiła piosenka „I Never Talk to Strangers” – duetu Toma Waitsa i Bette Midler z płyty „Foreign Affairs”. Nikt z obsady poza Nastassią Kinski nie śpiewał i reżyserowi zależało na muzycznym komentarzu do dialogów. Zdobył telefon Toma i zadzwonił z propozycją współpracy. – Coppola powiedział, że zależy mu na muzyce, którą określał barową operetką, a ja pomyślałem: „Cóż, spóźniłeś się kilka lat”. Dla mnie ten nurt zdecydowanie się skończył – wspomina. Interesowały go wtedy dźwięki ze złomowiska – brzękliwe, żelaziste. [srodtytul]Smoking i cygaro[/srodtytul] A jednak się dogadali. Waits skomentował to w typowym dla siebie, przewrotnym stylu: – Spotkałem Coppolę w barze. Podwiozłem do domu. Zaczął pożyczać ode mnie pieniądze. Powiedziałem: „Słuchaj, zobaczę, co będę mógł dla ciebie zrobić”. Kokietuje. Jeden z przyjaciół muzyka wspominał, iż ten tak bardzo chciał wziąć udział w filmie, że reżyser musiał mu wymyślić rólkę. Zagrał ulicznego trębacza. Potem się zaprzyjaźnili. Tom śpiewał na ślubie córki reżysera Sofii. – Bardzo lubię Waitsa, jest wspaniałym przyjacielem i kompozytorem z wyobraźnią. Poza tym to doskonały aktor – mówi autor „Czasu Apokalipsy”. U Coppoli zagrał jeszcze w „Wyrzutkach”, filmie o gangach z lat 50., w którym światową karierę zaczynali Patrick Swayze i Tom Cruise, a także w „Rumble Fish”, gdzie pokazał się w roli właściciela klubu bilardowego. Ale o wiele większy odzew miał „Cotton Club” przypominający legendarny klub jazzowy w Harlemie. Waits kreował jego właściciela – Hermana Starka. Hedonistę w smokingu palącego na okrągło drogie cygara. – Musiałem nosić smoking przez dwa i pół miesiąca! – wspomina muzyk, który zazwyczaj występuje w przykusych marynareczkach, jakie noszą kloszardzi. Jednym z najwspanialszych doświadczeń filmowych Waitsa był udział w „Chwastach” Hectora Babenco, gdzie wystąpił u boku Jacka Nicholsona i Meryl Streep. Zagrali dwójkę alkoholików z czasów wielkiego kryzysu. – To było świetne doświadczenie. Film o alkoholu, chrzcie i odkupieniu. Odchodziło niezłe pijaństwo. Musiałem pić wbrew woli. Reżyser mówił wszystkim: „Pij, bo to jest część tej opowieści”. Swojego bohatera sportretował następująco: – Zostaję walnięty pałą w głowę podczas napadu na magazyn kolejowy. Pod koniec umieram na oddziale reanimacyjnym w wyniku wewnętrznego krwotoku. Skromnie przedstawił postać, tymczasem stanowiła oś intrygi. Zachwycony grą Meryl Streep, słynący z obrazoburczych żartów muzyk powiedział, że powinna być traktowana jak pomnik narodowy. Podziwiał Nicholsona. – To wyśmienity gawędziarz. Jest jak bard. Można się od niego dużo nauczyć, obserwując tylko, jak wiąże buty czy otwiera oczy – wspomina. Z Nicholsonem spotkał się również na planie dalszego ciągu „Chinatown” – „Dwóch Jake’ów”. W „Na skróty” Roberta Altmana pokazał się z Jackiem Lemmonem i Andie MacDowell. Grał alkoholika, kierowcę limuzyny. – Altman był jak dobry szeryf w mieście bezprawia – mówił z podziwem. [srodtytul]Ucieczka z więzienia[/srodtytul] Ale dla fanów Waitsa i miłośników kina niezależnego Tom Waits jest przede wszystkim jedną z najważniejszych postaci kina Jima Jarmuscha. Spotkali się na przyjęciu Jeana-Michaela Basquiata, jednego z najważniejszych amerykańskich malarzy XX wieku. Jarmusch był po debiutanckim filmie „Inaczej niż w raju”, uwielbiał muzykę Waitsa, chciał go poznać. Jak wspomina, przedstawił się i tego samego wieczoru odwiedzili trzy knajpy nowojorskiego SoHo. Zakończyli noc na poddaszu Waitsa, przy Czternastej Alei. Żona Toma Kathleen malowała obrazy wprost na ścianie, a on domalowywał paski na garniturach postaci. Wspomnienie brzmi jak anegdota o prapoczątkach „Poza prawem”, gdzie Waits zagrał jednego z trzech uciekinierów z więzienia – u boku Roberta Benigniego i jazzmana Johna Laurie. Waits wcielił się w postać pechowego didżeja Zacha z Nowego Orleanu. Po kolejnym alkoholowym ekscesie narzeczona wyrzuciła go z domu. Chcąc zarobić, godzi się za tysiąc dolarów pomóc przypadkowo napotkanemu mężczyźnie i odholować jego samochód na drugi koniec miasta. Kiedy Zacha zatrzymuje policja, okazuje się, że w bagażniku jest trup. – Wspaniale było zagrać z Robertem Benignim – mówił Waits, gdy Włoch nie był jeszcze znany na całym świecie. – On potrafi fantastycznie przemawiać podczas wielkich zgromadzeń. I żartować nawet z tabu. Kiedyś opowiadał dowcipy na temat papieża, co wywołało zamieszanie w Watykanie! Skandal wywołała również rola Waitsa. Oparł ją bowiem na postaci didżeja Lee „Baby” Simsa, którego słuchał w dzieciństwie. Nie myśląc wiele, użył jego nazwiska na planie. – Nie spodziewałem się, że Lee żyje i od czasów mojej młodości zrobił wielką karierę – tłumaczył się potem muzyk. I apelował w wywiadzie: – Bez urazy, Lee, moja rola to wyraz miłości i sympatii. Nie podawaj mnie do sądu! Wtedy mu się upiekło. U Jarmuscha zagrał też w „Kawie i papierosach”, improwizowanej etiudzie z Iggym Popem. Tym razem samego siebie. Podsumowując doświadczenia na planie, Waitsowi zdarzało się narzekać na przestoje. – Przy niektórych filmach jest tak, jakby się dostało ostatni bilet na statek widmo, z którego nigdy nie wraca się do domu. O aktorstwie jest jednak dobrego zdania. Porównując projekty kinowe z aktywnością estradową, powiedział: – To jak porzucenie przemytu alkoholowego na rzecz zegarmistrzostwa. „Parnussus” nie jest jego ostatnim słowem. Kolejną rolę ma zagrać w filmie „The Hobbit” według powieści Tolkiena. Ciekawe, czy pobije rekord „Władcy pierścieni”. [i]Więcej o artyście w książce Jay S. Jacobsa „Dzikie lata: mit i muzyka Toma Waitsa”, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2007 [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA