Sędziowie i sądy

W święta gasły sądowe spory

Spieszący się na bal sylwestrowy adwokaci potrafią nagle wygłaszać najkrótsze w karierze przemowy
Fotorzepa, Seweryn Sołtys Seweryn Sołtys
Przed sylwestrem lub Wigilią łatwiej było namówić strony do zgody
Dzisiaj rozprawy w sylwestra czy Wigilię praktycznie się nie zdarzają. Ale jeszcze kilka lat temu te szczególne dni traktowano często jako okazję do szybkiego załatwienia spraw niewygodnych i nielubianych przez sądy, takich jak pozwy cywilne, popularnie nazywane pyskówkami.
   
– Kiedyś w Otwocku był sędzia, który wszystkie pyskówki rozpoznawał w jednym dniu. Gromadził je i wyznaczał ich termin na 24 grudnia, w Wigilię, i to na godz. 16 – opowiada mecenas Ryszard Siciński, adwokat z blisko 50-letnim stażem. O 16 wychodził na korytarz woźny i w ekspresowym tempie wyczytywał wszystkie nazwiska wezwanych. Jeżeli ktoś się zagapił i nie zdążył wejść albo się spóźnił, to sędzia sprawę umarzał, uznając, że skoro powód nie przyszedł, to oskarżenie wycofał. – Później, o ile pamiętam, ten sędzia miał doskonałe notowania u przełożonych, którzy chwalili go, że tak szybko doprowadza pyskówki do finału – dodaje mec. Siciński. Często na rozprawach w przedświąteczny czy noworoczny dzień udaje się naprawdę pogodzić ludzi. – W Rzeszowie była kiedyś sędzia, która miała duże sukcesy na tym polu – mówi mecenas Magdalena Bentkowska. – Odwołując się do atmosfery świąt, ducha pojednania, tak prowadziła rozprawę, że godziła zwaśnione strony, które nieraz po latach procesowania się nieoczekiwanie zawierały ugodę. Wojciech Małek, dziś rzecznik warszawskiego Sądu Okręgowego, twierdzi: – W okresie okołoświątecznym ludzie są mniej zdyscyplinowani i bardziej skłonni do porozumienia.     Zabawną historię międzyświąteczną jeszcze z czasów PRL zapamiętał prokurator z wieloletnią praktyką. Przed sądem stanął rolnik z małej wsi oskarżony o zabór beczki z piwem, którą miał ukraść z pobliskiego PGR. – Prokurator mówił o dużej szkodliwości czynu, bo beczka była wielka, solidna, dębowa, a w dodatku z wartościowym i reglamentowanym wtedy towarem – relacjonuje. Obrońca próbował wszystkiego, by wybronić klienta. – Beczka była dębowa, to prawda, ale pusta, bez piwa, a to obniża szkodliwość czynu – przekonywał. Kiedy skończyły się wystąpienia, sąd zapytał oskarżonego, czy zrozumiał treść zarzutu. – Zrozumieć to zrozumiałem, ino to nie były beczki, ale byczki – pogrążył się winowajca.     Jak się czasem okazywało, porozumienie uzyskane metodą „odpuść, bo święta” było bardzo nietrwałe. Jeden z adwokatów przypomina historię typowego sporu o miedzę. Toczył się blisko sześć lat. Gospodarze z małej wsi byli tak zapalczywi, że tylko groźba ukarania ich wysoką grzywną sprawiała, że nie doszło między nimi do rękoczynów. – Na jednej z rozpraw, tuż po świętach, a przed Nowym Rokiem, sędzia uderzył w ton pojednania i na różne sposoby zaczął zachęcać, by jednak rozważyli ugodę – opowiada rozmówca „Rz”. – Czas jest taki, że pojednać się wypada – zgodził się jeden z gospodarzy. I gdy wydawało się, że po latach nienawiści kłótnia wreszcie zostanie zażegnana, dodał: – Na czas świąteczny niech będzie spokój. Ale sprawiedliwość być musi i po Nowym Roku my tu się jeszcze spotkamy. Nierzadko w sądzie dochodzi do komicznych sytuacji. Inny z mecenasów twierdzi, że w sylwestra usłyszał najkrótsze przemówienie swojego kolegi po fachu. – Sprawa karna, jest kilku oskarżonych o pospolite przestępstwa – opowiada. – Godzina późna, prawie wieczór, większość adwokatów już wygłosiła swoje przemówienia. Ostatni z nich wstaje i recytuje taką formułkę: „Wysoki sądzie, pora spóźniona, sprawa wyjaśniona, proszę o uniewinnienie, a mnie honorarium zasądzenie”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL