Film

Wykorzystałem swoją szansę

Wiatr w oczy (1993) Proletariusz traci pracę w dobie recesji. Chce kupić córce komunijną sukienkę. To jego własna walka o zachowanie godności. Nie pomogą mu politycy ani organizacje charytatywne. Piękną rolę może odegrać jedynie rozumiejący go, nieortodoksyjny ksiądz.
AFP
Ken Loach opowiada Barbarze Hollender o swoich filmach, przyjaźniach i o tym, dlaczego woli zjeść parówkę w ulicznej budce niż wytworny obiad w restauracji. Jutro w Bochum odbierze Europejską Nagrodę Filmową za całokształt twórczości
[b]Skąd u pana zamiłowanie do realizmu? To siła brytyjskiej tradycji? Sposób myślenia wyniesiony z dzieciństwa?[/b]
[b]Ken Loach:[/b] Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale chyba wszystko razem. Rzeczywiście wychowałem się, jak większość angielskich dzieci, na Dickensie, a pochodząc z klasy robotniczej, znam życie zwykłych ludzi. Nie arystokracji, nawet nie middle class. Więc może i dlatego jestem wyczulony na problemy tych, którzy borykają się z brakiem pracy, środków do życia, perspektyw. Ale też nie wykluczam, że taki mam charakter: bardziej interesują mnie prawdziwe historie niż opowieści o gwiezdnych wojnach albo wampirach. [b]Jak to się właściwie stało, że robotnicze dziecko skończyło prawo na uniwersytecie oxfordzkim?[/b]
Miałem dużo szczęścia. Moje rodzinne miasto Nuneaton jest niewielkie, liczy około 70 tysięcy mieszkańców. Nie było tam nigdy wielkich perspektyw rozwoju. Większość moich kolegów bardzo wcześnie zdobywała praktyczny zawód i szła do pracy. Mało komu udawało się wyrwać. Ja wykorzystałem wielką szansę: należałem do pierwszego pokolenia, które mogło ubiegać się o stypendia wyższej uczelni. Tak trafiłem do Oxfordu. Miałem już wtedy 20 czy 21 lat, zdążyłem nawet odbyć służbę woj-skową. [b]Jak pan wspomina ten czas?[/b] Gdybym miał użyć jakiejś przenośni, musiałbym powiedzieć, że poczułem się jak dzieciak w sklepie z zabawkami. To był raj. Nigdy wcześniej, a chyba i potem, nie miałem tyle czasu dla siebie, na własny rozwój. Studiowałem prawo, ale po cichu marzyłem, żeby zostać aktorem. No i nawet zacząłem bawić się w teatr. [b]Myślałam, że nie lubi pan teatru.[/b] Ludzie się zmieniają. Dzisiaj rzeczywiście za teatrem nie przepadam, ale wtedy mnie pociągał. Choć szybko zrozumiałem, że nigdy się w nim nie spełnię. Jest zbyt sztuczny. [b]A pan, mimo studiów na ekskluzywnej uczelni, zachował swoje lewicowe poglądy i chciał opowiadać o prostych ludziach i zwykłym życiu.[/b] Zachowałem? Nie, to nawet nie tak, bo nie jestem pewien, czy wtedy w ogóle miałem jakiekolwiek poglądy. Tak naprawdę, wykrystalizowały się później, gdy w latach 60. pracowałem w telewizji BBC. Robiliśmy tam coś w rodzaju teatru telewizji, nasze spektakle ukazywały się co środę, w znakomitym czasie, zaraz po wieczornych wiadomościach. Współpracowaliśmy ze świetnymi pisarzami i założyliśmy, że będziemy wychodzić z kamerą na ulicę, kręcić metodami paradokumentalnymi, zbliżać się maksymalnie do realnego życia. W tym cyklu zrobiłem „Cathy Come Home” – o ludziach bezdomnych. Zostałem zaproszony przez ministra budownictwa, odbyłem z nim długą rozmowę, wysłuchałem kilku frazesów i pomyślałem, że nic się nie zmieni. Potem zresztą coś w brytyjskim prawie drgnęło, ale chyba właśnie od tamtej pory zacząłem spoglądać w lewą stronę. [b]Pana twórczość dzieli się na dwa nurty. Z jednej strony są filmy o walce o wolność pod różnymi szerokościami geograficznymi, z drugiej – wnikliwa obserwacja dzisiejszego życia brytyjskiego społeczeństwa. Który rodzaj kina uważa pan za trudniejszy dla widza?[/b] Ten pokazujący mechanizmy historii. Ze współczesnymi, brytyjskimi bohaterami widz może się identyfikować. Tamte obrazy zmuszają go nierzadko do zrewidowania własnych sądów, przewartościowania tego, w co dotąd wierzył. A to nie jest przyjemne. Jednak myślę, że trzeba poważnie opowiadać o przeszłości i ratować ją od zapomnienia. Bo bez niej nie ma teraźniejszości. [b]Na łamanie praw człowieka jest chyba bardzo wyczulony pana przyjaciel i scenarzysta Paul Laverty.[/b] Tak, Paul był adwokatem, który sporo czasu spędził w Nikaragui. Poznaliśmy się właśnie dlatego, że szukał reżysera, który mógłby zrobić o tym film. Tak powstała „Pieśń Carli”. [b]Wśród obrazów o wolności są również „Ziemia i wolność” – o wojnie domowej w Hiszpanii – oraz „Wiatr buszujący w jęczmieniu”, w którym cofa się pan do roku 1920, by pokazać początki irlandzkiej walki o niezawisłość i powstanie IRA. Za ten ostatni tytuł dostał pan Złotą Palmę w Cannes, ale w Anglii niemal pana wyklęto. Jeden z dziennikarzy napisał wręcz, że zdradził pan swoją ojczyznę. [/b] Bo pokazałem, że wojska, działając pod hasłami szerzenia wyższej cywilizacji i kultury, niosły przemoc i śmierć? Paul spędził ogromnie dużo czasu na dokumentowaniu tego tematu, współpracował z historykami z Cork University. Mogliśmy zrobić 24-godzinny film o brutalności oddziałów angielskich w Irlandii. O gwałconych kobietach, o dzieciach, którym odcinano ręce, o torturach i mordach na cywilnej ludności. Zresztą agresja rodzi agresję. Pokazaliśmy również akty przemocy ze strony Irlandczyków. Nie, absolutnie nie czuję się zdrajcą. A jeśli ktoś mi zarzuca nielojalność w stosunku do własnego kraju, to mogę odpowiedzieć sentencją Thomasa Payne’a: „Moim krajem jest świat, a moją religią jest czynienie dobra”. [b]Dla wielu kinomanów jest pan przede wszystkim twórcą takich filmów, jak „Biedroneczko, biedroneczko”, „Wiatr w oczy”, „Jestem Joe”, „Słodka szesnastka” – opowieści o ludziach, którzy nie radzą sobie z życiem, często bezrobotnych i pozbawionych perspektyw.[/b] Obaj z Paulem Lavertym uważamy, że tematy leżą na ulicy. Zwyczajne życie niesie poważne dramaty, wielkie tragedie i komedie tak zabawne, że nie wymyśliłby ich żaden scenarzysta. Trzeba tylko umieć patrzeć. Czasem inspiracja pochodzi z notatki w prasie, czasem z rozmowy podsłuchanej w autobusie czy pociągu. Nie ukrywam, że zamiast zjeść obiad w wytwornej restauracji, wolę czasem kupić sobie hot doga w ulicznej budce. Tam można usłyszeć od sprzedawcy niejedną ciekawą historię. [b]Polscy krytycy zawsze zazdrościli, że takie filmy jak choćby „Wiatr w oczy” nie powstały w Polsce. Pasowały do naszych realiów idealnie. A ostatnio wyręczył pan naszych reżyserów i jako pierwszy nakręcił film o polskich emigrantach w Londynie.[/b] Postanowiłem zrobić film o ludziach, którzy przyjeżdżają do Anglii, bo w swoim kraju nie mogli znaleźć dla siebie miejsca. Chciałem pokazać, jak żyją. Uzmysłowić widzom, jak są traktowani i wykorzystywani. Ale „Polak potrzebny od zaraz” jest też filmem o Anglii – o systemie, który na to potworne wykorzystywanie innego człowieka zezwala. [b]Pana ostatni obraz „Looking for Eric” zachwycił canneńską publiczność. Wśród bardzo ciężkich, pesymistycznych filmów, był jednym z nielicznych, które niosły nadzieję. [/b] To opowieść o ludziach w średnim wieku, którym nie spełniły się młodzieńcze sny. Ale również o tym, co w życiu ważne. O przyjaźni i solidarności. [b]Wierzy pan w ludzką solidarność w tak bardzo zatomizowanym i egoistycznym świecie? [/b] Tak. Nawet więcej, uważam, że tylko dzięki niej można cokolwiek osiągnąć. Wie pani, moje filmy też powstają dzięki przyjaciołom, z którymi pracuję. [b]Ma pan pewnie na myśli przede wszystkim Paula Laverty’ego?[/b] To oczywiste. Pracujemy razem blisko 15 lat, bo doskonale się rozumiemy. Dzieli nas trochę lat, ale śmiejemy się z tych samych dowcipów i denerwują nas te same sytuacje. Mamy też podobne spojrzenie na kino. Jednak nie myślałem tylko o nim. Bardzo wiele zawdzięczam stałej producentce Rebecce O’Brien. To ona zbiera pieniądze na moje filmy i ufa mi do tego stopnia, że czuję się całkowicie niezależny. Nigdy bym tego, co mi zapewnia, nie zamienił na hollywoodzkie finansowe luksusy, w których każdy szef wytwórni byłby w stanie zmienić mi zakończenie opowieści. Mam też dług wobec całej mojej ekipy. Film to dzieło zbiorowe. Nigdy nie rozumiałem reżyserów, którzy powtarzają: „moje kino”, „mój film”. Ja wolę mówić: „nasz film”. [b]Unika pan obsadzania gwiazd. Woli pan aktorów nieznanych albo wręcz amatorów. Nie wierzy pan znanym twarzom?[/b] Dlaczego? Wierzę, gdy grają w kinie hollywoodzkim, a nie w takich filmach jak moje. Wyobraża sobie pani Brada Pitta w roli bezrobotnego z Glasgow? Nawet gdyby stworzył świetną kreację, widzowie by nie uwierzyli – ani jemu, ani mnie. Choć oczywiście zdarza się, że pracuję z bardzo znanymi aktorami, spotkałem się przecież na planie z Adrienem Brodym czy Peterem Mullanem. Generalnie jednak rzeczywiście szukam zwykle wykonawców, którzy nie kojarzą się widzom z innymi rolami. [b]Nie wszyscy pana aktorzy pozostają w zawodzie. Ten świetny chłopiec, który grał w „Kes”, chyba zniknął. [/b] David Bradley został aktorem. Bardzo dobrym. Występował nawet w National Theatre, grał też w telewizyjnych serialach. Ale potem wszystko rzucił, może miał dość artystycznego życia, może przestał wierzyć w to, co robił. Wrócił do rodzinnego Barnsley i wiedzie tam spokojne życie. Piszemy do siebie kartki świąteczne. Dave jeszcze czasem, bardzo sporadycznie, gdzieś występuje. Długo szukał swego miejsca w życiu, wiem, że nawet kiedyś, po pierwszych filmach o Harrym Potterze, napisał list do Daniela Radcliffe’a. Chciał go przestrzec przed niebezpieczeństwami, jakie czyhają na młodych aktorów. [b]Dlaczego nie daje pan wykonawcom pełnego scenariusza, tylko wydziela im sceny z dnia na dzień?[/b] Pracując z aktorami o niewielkim doświadczeniu albo nawet z amatorami, nie liczę na ich dojrzały warsztat. Raczej na naturalne reakcje, spontaniczność. Na to, co czują. Wolę, gdy nie kalkulują, nie grają. Namawiam ich, żeby zapomnieli o kamerze. [b]Mówi pan z niechęcią o kinie amerykańskim, nie chce pan kręcić w Hollywood, ale Ameryka coraz częściej przyjeżdża do pana kraju. [/b] To prawda, w Anglii powstaje coraz więcej wielkich hitów amerykańskich. Urzędnicy są zachwyceni. Tylko nie zauważają, że Amerykanie traktują nas jak kolonię. A my mamy własną kulturę i własny sposób patrzenia na świat. I powinniśmy robić własne filmy. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiemy. [b]Jaką radę dałby pan młodym debiutującym reżyserom?[/b] Żeby nie słuchali niczyich rad, tylko byli sobą.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL