Ekonomia

Mazurskim szlakiem Marion i Sisi

Przeprawa przez Omulew – czy hrabina też musiała pokonywać takie przeszkody?
Fotorzepa, Iwona Trusewicz i.t. Iwona Trusewicz
Jest rok 1941. Dwie młode kobiety jadą przez Mazury na koniach. Od dworu do dworu, od leśniczówki do leśniczówki. Przez lasy, bagna, jeziora. 68 lat później ruszamy ich śladem
W środę minęła setna rocznica urodzin hrabiny Marion Dönhoff, urodzonej w Prusach Wschodnich orędowniczki niemiecko-polskiego pojednania, redaktor naczelnej i wydawcy tygodnika „Die Zeit”. W redakcji tej gazety zastanawiano się, jak uczcić pamięć nieżyjącej już dawnej szefowej.
– Szukaliśmy oryginalnego pomysłu – opowiada dziennikarka „Die Zeit” Sabine Rückert. – Pomyślałam, że można napisać reportaż z jej rodzinnych stron. Najpierw chciałam przejechać konno z Kwitajn do Niemiec trasą, którą w 1945 r. hrabina uciekła przed Armią Czerwoną. Ale wydało mi się to zbyt przygnębiające, a i trasa zbyt długa. Zdecydowałam się więc na powtórzenie rajdu hrabiny po Mazurach, który odbyła w 1941 r. i bardzo dobrze wspominała. Gdy Marion Dönhoff była naczelną „Die Zeit”, Rückert, dziś doświadczona i nagradzana dziennikarka specjalizująca się w reportażu sądowym i kryminalnym, miała kilka lat. A kiedy w 1972 r. hrabina została wydawcą (prowadziła gazetę przez 30 lat, do śmierci w 2002 r.), Sabine dopiero startowała w piśmie. – Zapamiętałam ją jako osobę opanowaną i zachowującą rezerwę. Ale to nie znaczy zimną. Gdy urodziłam dziecko, przysłała mi zaskakująco ciepłą kartkę z gratulacjami. Była skromna, nie zwracała uwagi na modę i rzeczy materialne – opowiada.
Dönhoffowie to, obok spokrewnionych z nimi rodzin zu Dhona i Lehndorffów, najznamienitszy ród Prus Wschodnich. Do tych trzech rodzin należały dziesiątki tysięcy hektarów ziemi, liczne folwarki, kilkanaście pałaców i dworów, w tym największe w Morągu, Drogoszach, Słobitach, Sztynorcie. Rodową siedzibę Dönhoffów we Friedrichstein (Kamienka pod Kaliningradem w Rosji) i Quittainen (Kwitajny pod Pasłękiem) odwiedzały koronowane głowy z całej Europy. Dziś większość posiadłości to ruiny – ofiary wojny i komunizmu po polskiej i radzieckiej stronie granicy. Ale krajobrazy i przyroda zostały niemal niezmienione. [srodtytul]Z pociągu na konie[/srodtytul] Sabine zwróciła się o wypożyczenie koni dla niej i towarzyszącego jej trenera jeździectwa do Ewy i Tadeusza Piórkowskich, którzy prowadzą w Sasku Małym pod Szczytnem stadninę i znane gospodarstwo agroturystyczne. Goście ciągną tu cały rok, a wielu z nich to Niemcy. W domu gospodarzy nie brak książek o Prusach Wschodnich i Mazurach. Dwie nazwy, ta sama ziemia. Wyjątkowa. Marion Dönhoff z trudem przebolała jej stratę. „W pierwszych latach nie mogłam w to uwierzyć, nie chciałam przyjąć do wiadomości. Wbrew rozsądkowi ciągle jeszcze liczyłam na cud”* – wspominała. We wspomnieniach opisała też swoją konną wyprawę po Mazurach, którą odbyła między 27 września a 1 października 1941 r. Marion i jej kuzynka Sisi Lehndorff przyjechały z Królewca do Olsztyna koleją. Tu przesiadły się na konie, które przywiozły ze sobą, i przez tydzień jechały do Sztynortu. Codziennie przebywały 30 – 40 km. Bocznymi drogami, lasami, polami, nad jeziorami. Na noclegi stawały w leśniczówkach i zaprzyjaźnionych dworach. Trasę wskazywała im mapa i fantazja. Mimo czasu wojny była to wędrówka przez świat tchnący spokojem i zachwycający przyrodą. „To upajające uczucie móc jeździć konno przez jesienny świat” – zachwycała się 32-letnia wtedy Marion. [srodtytul]Czterech jeźdźców[/srodtytul] Powiedziałam Sabine, że moich koni nie pożyczam, ale mogę z nimi pojechać jako przewodniczka – opowiada 39-letnia Ewa Piórkowska. Dziennikarka chciała, jak dawniej hrabina, rozpocząć rajd w Olsztynie. Ale dziś przejście konno przez 200-tysięczne miasto jest niebezpieczne. Kobiety uzgodniły więc, że wystartują z Saska, dokąd Marion i Sisi dotarły drugiego dnia. „Gdy po blisko godzinie wychodzimy z lasu, oczom naszym niczym perska miniatura ukazuje się jezioro Sasek Mały: turkusowe niebo ponad granatową wodą, a przed tym czerwono-żółte pole” – pisała hrabina. Przyłączyłam się do polsko-niemieckiej kompanii. W podróż śladem hrabiny nasza czwórka wyrusza w pogodny, chłodny ranek 28 września. Jest równie pięknie jak 68 lat temu – nad łąkami przy jeziorze unoszą się mgły, wśród których majaczą sylwetki pasących się koni. Sabine dosiada dorodną kasztankę Diagnozę, Klaus Knickrehm kasztana Diesla, Ewa gniadą Dializę, ja na moim łaciatym Generale zamykam szereg. Krajobraz odpowiada temu sprzed lat: „bezkresne, piaszczyste drogi, las, pola pełne ziemniaków i gryki. I znów las. Z rzadka trafia się jakaś wieś albo kilka pojedynczych chat”. Przejeżdżamy przez mijane kiedyś przez Dönhoff wioski: Czarkowy Grąd, Prusowy Borek, Wawrochy. Wciąż stoją tam stuletnie chaty z ciemnego drewna, murowane stodoły kryte czerwoną dachówką, żelazne krzyże przydrożne. Tylko traktory, kombajny i osobowe volkswageny na podwórkach świadczą, że to już inna epoka. – Do jazdy konnej południowe Mazury są wspaniałe. Ale życie tutejszych ludzi musi być niewesołe i monotonne. Tak jest też zresztą w wielu regionach Niemiec. Nie chciałabym żyć w takich miejscach – wyznaje podczas popasu na śródleśnej łące Sabine. „Leśniczówka Chochoł jest położona w bardzo odludnym miejscu, na skraju długiej, otoczonej lasami łąki” – pisała Dönhoff o miejscu, w którym spędziła kolejny nocleg. Minęło prawie 70 lat, a Chochoł wciąż stoi w tym samym odludnym miejscu na skraju łąki otoczonej lasami. W pobliżu wsi Długi Borek zachowały się też wspomniane w książce bagna Kopaczyska. Przed zmierzchem docieramy na nocleg do leśniczówki Racibór. Ceglane stuletnie zabudowania stoją na skarpie nad jeziorem Świętajno. – Hrabina jest na tych ziemiach zapomniana nawet przez swoich rodaków – opowiada leśniczyna Teresa Adamska. – Latem nocują u nas Niemcy, uczestnicy rajdów konnych po Mazurach. Są zachwyceni tą ziemią. Nie rażą ich nawet zaniedbane gospodarstwa. Ale o hrabinie nikt nie wspomina, nikt o nią nie pyta. Marion Dönhoff była w Niemczech postacią wybitną - dziennikarką, pisarką, publicystką, autorytetem moralnym. Przyjaźniła się z wielkimi tego świata. Amerykański sekretarz Henry Kissinger nazwał ją „jedną z dziesięciu sprawiedliwych tego świata”. Od końca drugiej wojny odważnie opowiadała się za niemiecko-polskim pojednaniem. „Przez wiele godzin nie widać żadnego domu, żadnych ludzi, tylko las, ciągle las” – notowała kolejnego dnia. Trasa wiodła przez Puszczę Piską, Karwicę, Spychowo, Ruciane, na cypel nad Bełdanami. Chłodnym porankiem i my podążamy z Raciboru tym szlakiem. Leśne dukty ciągną się kilometrami. W gęstwie ryczy spóźniony na rykowisko jeleń. Na popas zatrzymujemy się na łące przy ceglanej stacyjce w Karwicy. Jest bezludnie, cicho. Pod Spychowem na tle chmurnego, granatowego nieba płonie jesiennymi kolorami wielki klon. Sabine aż się zatrzymuje z wrażenia. Podobny widok zachwycił młodą Marion: „Po południu mijamy jakiś majątek – spokojna nasłoneczniona zagroda, z której rozlega się stukot młockarni (...). A potem stajemy nagle przed olbrzymim złotożółtym klonem (...). Rośnie na wzniesieniu pod rozjaśnionym niebem”. Ruciane wita nas wielkimi robotami drogowymi. Trzeba zsiąść i prowadzić konie obok pracujących koparek i spychaczy. Jesteśmy nieco spóźnieni, ostatnie kilometry do noclegu w ośrodku PAN w Wierzbie pokonujemy w szybko zapadającej ciemności. Denerwujemy się, bo w okolicznych lasach żyje na wolności stado koników polskich. Ogier przywódca atakuje obce na swoim terenie konie. Na szczęście tego wieczoru koniki się nie pokazują. [srodtytul]Jest wunderbar[/srodtytul] Wreszcie docieramy do końca tego długiego cypla i stajemy przed promem, który nawet nas napawa strachem. Jest tak mały (...) otoczony niskimi barierkami przypomina pływający kojec” – opisywała przeprawę przez Bełdany Dönhoff. Nasz prom okazuje się duży i solidny. Rankiem spokojnie buja się w słońcu na granatowej tafli jeziora. Konie znoszą kilkuminutowy rejs spokojnie. Jeszcze kilka kilometrów lasami i jesteśmy w Mikołajkach. W tutejszym społecznym gimnazjum i liceum im. Marion Dönhoff Sabine rozmawiała z dyrektorką Mirosławą Gryziak. Tłumaczy Ewa. Hrabina i „Die Zeit” wiele lat wspierali tę szkołę. Na korytarzu wystawa poświęcona patronce. Na jednym ze zdjęć szczupła ciemnowłosa dziewczyna siedzi na wielkim kasztanie Alarichu. Konie były wielką miłością hrabiny. Na początku 1945 r., w mróz, Alarich niósł ją 1200 km przez ogarnięty wojenną pożogą świat. Jego wytrzymałości i odwadze Marion Dönhoff zawdzięczała życie. Ale po wojnie już nigdy na konia nie wsiadła. – Myślę, że jazda łączyła się u niej z pięknem i przestrzenią Polski – tłumaczy Sabine, mając zapewne na myśli Prusy Wschodnie. „Piękna tej krainy nie da się zapomnieć. Prawdziwe Mazury: mało lasów, dużo wody, piaszczyste drogi w nieskończenie rozległej, pagórkowatej przestrzeni” – zachwycała się Marion w drodze nad jezioro Buwełno. Opis prawdziwy jest i dziś. Za Mikołajkami pojawiają się wzgórza, świeże rżyska ciągną się po horyzont. Mijamy Bagna Nietlickie, lęgowisko żurawi. Wieczorem, gdy morenowymi wzgórzami zbliżamy się do wsi Przykop, przyroda daje jesienny spektakl – na zachodzie malinowa kula słońca rozpala wody jeziora i pół nieba, na wschodzie świeci blado wielki księżyc. – Wunderbar, wunderbar – powtarza Sabine. [srodtytul]Uczta u Marty[/srodtytul] Do Starej Kuźni Marty Wąsiakowskiej docieramy w zupełnej ciemności. Pomyliliśmy drogę, ale pomogła nam mieszkanka sąsiedniej wioski, długo biegnąc za nami i wykrzykując wskazówki. „Nigdzie indziej w całych Niemczech nie spotkamy się z taką gościnnością i gotowością niesienia pomocy jak w Prusach Wschodnich” – wspominała Dönhoff. Niemiec tu dawno nie ma, ludzie też z innego świata, ale coś jest w tej ziemi, że życzliwość i gościnność jej nie opuszcza. Marta Wąsiakowska dawny folwark przywróciła do życia. Stuletnią kuźnię zamieniła w restaurację. Tego wieczoru nawet poważny Klaus rozpromienił się, kiedy zobaczył, co Marta postawiła na stole: gęsty żurek w ciemnym okrągłym chlebie, domowe kiełbasy, szaszłyk jagnięcy, żeberka w powidłach śliwkowych z czosnkiem. – Hrabina jadła u mnie obiad jakieś dziesięć lat temu. Pewien niemiecki gość ją rozpoznał. To była kobieta z klasą: w ubiorze, w zachowaniu. Prawdziwa arystokratka. Choć była już wiekowa, czuło się jej siłę i charyzmę – opowiada właścicielka Starej Kuźni. Pierwszy października jest dla nas, tak samo jak dla hrabiny, ostatnim dniem włóczęgi. Marion i Sisi dotarły konno do Sztynortu. Nam się to nie udaje. Na przeszkodzie staje deszcz i porywisty wiatr. Galopujemy polami około 15 km z Przykopu do Lipowego Dworu. W 1941 r. kuzynki nocowały tu u hodowcy koni o nazwisku Bludau. Na miejscu dworu stoją dziś wielkie silosy zbożowe. Deszcz zacina tak mocno, że 20 km przed Sztynortem prosimy o pomoc męża Ewy. Tadeusz z kuzynem przyjeżdżają z przyczepami. Ładujemy wierzchowce i jedziemy obejrzeć podupadającą siedzibę Lehndorffów. Jeszcze tylko spacer po zarośniętym parku pełnym ogromnych dębów i lip. I żegnajcie Mazury! – Polska nie jest ani nudna, ani smutna. Jest piękna. A Polacy nie są pogrążeni w letargu i depresji, jak mieszkańcy tych ziem w czasach hrabiny. Są pełni inicjatywy i pewności siebie. Liczę na dobre sąsiedztwo, może nawet przyjaźń. I to napiszę w swoim artykule – podsumowuje Sabine. Marion Dönhoff spędziła w Prusach Wschodnich 36 lat życia: „Być może to najwyższy stopień miłości – kochać, nie posiadając” – napisała po wojnie. [i]* Fragmenty książki Marion Dönhoff „Nazwy, których nikt już nie wymienia” w przekładzie Grzegorza Supady, wydawnictwo Borussia, Olsztyn 2001[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL