fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Uwolnić ducha konkurencji

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Idę o zakład, że do 2020 roku najlepsze polskie szkoły wyższe znajdą się w pierwszej pięćdziesiątce najlepszych uczelni w Europie – pisze minister nauki i szkolnictwa wyższego
Pytana o główne idee reformy szkolnictwa wyższego odpowiadam przewrotnie: przestańmy na chwilę mówić o sektorze szkolnictwa wyższego, ba, wyrzućmy ze słownika termin „szkolnictwo wyższe”! Porozmawiajmy o samych uczelniach, tak zróżnicowanych w swojej masie – o uniwersytetach, politechnikach, uczelniach artystycznych, szkołach zawodowych – i o tym, czego właściwie powinny uczyć, jakich studentów kształcić, jakie zadania spełniać. Stwierdzenie zaskakujące w ustach ministra odpowiedzialnego za naukę i szkolnictwo wyższe właśnie? Tylko z pozoru.
[srodtytul]Koniec z urawniłowką[/srodtytul]
Od początku lat 90. do opisu transformacji polskiej akademii używamy kategorii statystycznych, zapominając często o ogromnej złożoności i niejednoznaczności zjawisk, które za tą transformacją się kryją. Mówimy np. o imponującym wzroście liczby maturzystów idących na studia czy o dynamicznie rozwijającym się sektorze szkolnictwa niepublicznego – zdecydowanie rzadziej pytamy, na jakie studia idą ci młodzi ludzie i jaką jakość reprezentują nowo powstające uczelnie.
Konsekwencją takiego stawiania sprawy był dotychczasowy kierunek polityki państwa wobec uczelni: polityki niepotrzebnie zuniformizowanej, biernej, zorientowanej na finansowanie samych procesów badań i nauczania, a nie na ich – zróżnicowane przecież z definicji – efekty.
W takim świetle postrzegam obowiązującą obecnie, uchwaloną w 2005 roku ustawę – Prawo o szkolnictwie wyższym. Na ponad stu stronach podjęto się karkołomnej próby zbudowania jednolitych państwowych regulacji dla większości aspektów działania uczelni – od nazw i ramowych treści kształcenia dla poszczególnych kierunków studiów do wzoru legitymacji dla doktorantów.
Ambicją obowiązującej wciąż ustawy było ustanowienie dla całego sektora szkolnictwa wyższego, a więc wszystkich typów uczelni, jednolitego systemu prawnego, w rezultacie czego wszystkie akademie chcą dziś być uniwersytetami, a szkoły zawodowe – akademiami.
Tymczasem nie da się do wszystkich uczelni – dużych i małych, dobrych i słabych, o znaczeniu ogólnokrajowym i o znaczeniu lokalnym – przyłożyć tych samych kryteriów, traktować ich na identycznych zasadach, gdyż w takim przypadku polityka państwa staje się polityką najniższego wspólnego mianownika, a państwo miast wspierać doskonałość, sankcjonuje przeciętność.
Równość uczelni w ramach „systemu” to w rzeczywistości fikcja, podobnie jak jednakowa wartość wydawanych przez nie dyplomów. Wiedzą o tym wszyscy – maturzyści, studenci, pracodawcy. Symboliczny wymiar w tym kontekście zyskuje pozornie tylko mało znaczący dla obszernej reformy prawa o uczelniach zapis o nowej formule dyplomu – na jego okładce w miejscu godła państwowego pojawi się godło uczelni.
To właśnie odstąpienie od zuniformizowanego dyplomu państwowego na rzecz dyplomu z godłem uczelni zobowiąże szkoły wyższe do nowego myślenia o swojej roli i zadaniach tak, by budowały swoją markę i prestiż na tym, co mają wartościowego do zaoferowania studentom, cenionego bądź niepowtarzalnego wobec innych uczelni. Nowe regulacje prawne nie tylko uwzględnią tę różnorodność, ale ze zróżnicowanego profilu pozwolą uczynić atut i stabilny punkt odbicia do dalszego rozwoju.
W ten sposób stwarzamy uczelniom więcej przestrzeni do innowacji i samodzielnego określania swej misji oraz sposobu jej realizacji, dajemy im szansę twórczo się od siebie różnić – nie po to jednak, by wystawiane przez państwo na rzecz uczelni czeki stały się czekami in blanco, lecz przeciwnie, by móc od uczelni wymagać więcej.
Likwidując w stosunku do najlepszych (a więc najbardziej godnych zaufania) wydziałów i uczelni krępujący je obecnie gorset standaryzacji, rząd pragnie wspierać różnicowanie się uczelni w zakresie ich oferty programowej, stylów kształcenia, metod zarządzania, modeli współpracy z gospodarką, sektorem publicznym i organizacjami pozarządowymi.
[srodtytul]Autonomia akademii[/srodtytul]
Zdarzało mi się słyszeć zarzut, że przygotowywana przez rząd reforma prawa dla szkół wyższych może ograniczyć ich autonomię. Zarzut taki – jak sądzę – wynikać może jedynie z niezrozumienia czy braku pełnej informacji o planowanych zmianach, celem naszym jest bowiem wzmocnienie tej autonomii – zwłaszcza w obszarze nieskrępowanego kreowania programów studiów czy uruchamiania nowoczesnych, interdyscyplinarnych kierunków, mogących pełniej sprostać wymaganiom dynamicznie rozwijających się rynków pracy i potrzeb nowoczesnej cywilizacji.
Przyznawszy uczelniom swobodę określania i realizacji własnej polityki, rząd zyskuje tytuł, by inteligentnymi narzędziami polityki publicznej (a przede wszystkim poprzez inteligentny system finansowania i nadzoru) wspierać te uczelnie, które z owej wolności najlepiej skorzystają, by poprawiać jakość dydaktyki i badań.
Wielokrotnie już pisałam o krajowych ramach kwalifikacji, które postrzegam jako szansę na kopernikański przewrót dla polskiej akademii i kwintesencję jej coraz szerszej autonomii. Uczelnie zyskają narzędzie niegraniczonego, nowatorskiego kształtowania swojej misji dydaktycznej. W krajowych ramach kwalifikacji zapiszemy bowiem wiedzę i umiejętności, jakie powinni posiąść absolwenci w ośmiu kierunkowych dziedzinach – pozostawiając jednocześnie w gestii uczelni dobór przedmiotów, dziedzin, metod dydaktycznych, które pozwolą wyposażyć absolwentów w bardzo ogólnie zdefiniowaną wiedzę oraz pożądane umiejętności.
Jeśli tylko dobre i ambitne uczelnie zechcą z tego narzędzia skorzystać, w perspektywie kilku, najwyżej kilkunastu lat doczekamy się magistrów informatyki wyposażonych w szeroką wiedzę humanistyczną albo socjologów znających najnowocześniejsze metody informatycznych wyliczeń. Doczekamy się tym samym absolwentów, których dziś bezskutecznie wypatrują pracodawcy – wszechstronnie wykształconych, elastycznie podchodzących do coraz bardziej zróżnicowanych zadań w pracy zawodowej.
Polityka państwa wobec różnych kategorii uczelni będzie różnicowana stopniowo. W praktyce oznacza to na przykład, że wydziały, które posiadają uprawnienia habilitacyjne, nie będą już musiały realizować sztywnych ministerialnych standardów określających obowiązkowe treści kształcenia, a tym samym będą mogły w nieskrępowany sposób tworzyć prawdziwie innowacyjne kierunki studiów i interdyscyplinarne programy nauczania.
Za wolnością idzie jednak i zobowiązanie: choć państwo nie będzie już ingerować w to, jak dana uczelnia naucza psychologii czy informatyki, Państwowa Komisja Akredytacyjna sprawdzi, jakie efekty kształcenia przyniosą studentom te nowatorskie kierunki i programy studiów.
Oznacza to trudne wyzwanie dla Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która będzie zobowiązana do zastąpienia dotychczasowej metody przeprowadzania oceny jakości kształcenia – zamiast sprawdzania, czy minima kadrowe lub programowe są realizowane, będzie bardziej koncentrować się na tym, jaką wiedzę i umiejętności zyskał student. Tym bardziej że krajowe ramy kwalifikacji, w dalszej kolejności, obejmą wszystkie kierunki studiów, również te, które nie posiadają dziś uprawnień habilitacyjnych.
Przeniesienie ciężaru oceny z tego, czy uczelnie formalnie uczą tych przedmiotów, których uczyć mają, na to, czego rzeczywiście udaje im się swych studentów nauczyć, oznacza wejście polskich uczelni w „wiek męski” i przygotowanie ich do prawdziwej konkurencji w dynamicznie rozwijającej się europejskiej przestrzeni szkolnictwa wyższego.
Już dziś najlepsi polscy maturzyści doskonale wiedzą, że Oxford i Cambridge oferują znakomity system zindywidualizowanego kształcenia w relacji mistrz – uczeń, za to uczelnie fińskie w doskonały sposób włączają praktyki w biznesie do programów studiów. Jeśli maturzyści ci mają zostać w Polsce, muszą wiedzieć, że uczelnia X oferuje ciekawie sprofilowane studia informatyczne, a uczelnia Y ma autorski pomysł na nowoczesną psychologię, urbanistykę czy nauki społeczne.
Większa wolność oznacza również większą odpowiedzialność uczelni za studia, które prowadzą, kadrę, którą zatrudniają, tytuły i stopnie naukowe, które przyznają. Będzie to zjawisko pozytywne, którego obawiać się mogą jedynie uczelnie najsłabsze.
[srodtytul]Zbudujemy elitę[/srodtytul]
Uczelnie dobre i ambitne na planowanych zmianach mogą tylko wygrać – silniejszą pozycję w swoim lokalnym środowisku, silniejszą markę w oczach studentów i tych, którzy studiować zamierzają i wreszcie – szanse na szerszy strumień finansowania odzwierciedlający rosnącą jakość dydaktyki i strategiczny wymiar prowadzonych badań.
Pracując nad założeniami nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym, postawiliśmy sobie ambitny cel – chcemy, by do 2020 roku najlepsze polskie uczelnie znalazły się w pierwszej pięćdziesiątce najlepszych uczelni w Europie. Już dziś z moimi politycznymi oponentami idę o zakład, że ten cel uda się zrealizować. Dlaczego?
Dotychczasowa uniformizacja prawa o uczelniach z definicji nie mogła wyzwolić konkurencji – z założenia przekreślała więc to, co stanowi istotę nauki: dążenie do doskonałości i podejmowania coraz bardziej ambitnych wyzwań badawczych.
Zróżnicowanie podejścia państwa do całego sektora uczelni uwolni ducha konkurencji. A nie ma lepszej drogi, by nieustannie podnosić naukową i dydaktyczną poprzeczkę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA