Ekonomia

To nie zygota, to nasz syn

Fotorzepa
Przez cały październik w różnych miastach Polski lecą w niebo setki kolorowych baloników. Rodzice piszą na nich imiona swoich dzieci. Tych, które odeszły, nim zdążyły się urodzić
Dzień Dziecka Utraconego obchodzi się w naszym kraju już od sześciu lat. Każdej jesieni osieroceni rodzice gromadzą się na specjalnych „balonikowych” spotkaniach, by uczcić pamięć zmarłych dzieci. Co roku przychodzi na nie coraz więcej rodzin.
W Polsce 20 procent ciąż ulega poronieniu, najczęściej przed 14. tygodniem. Oznacza to, że problem dotyka aż 40 000 kobiet rocznie. Medycyna uważa, że pojedyncze poronienie nie stwarza dla ciała matki szczególnego zagrożenia. Sieje za to spustoszenie w jej duszy. Psycholog Izabela Barton-Smoczyńska od lat obserwuje, jak radzą sobie kobiety w sytuacji „przegranych narodzin”, i bada czy waży na ich dalszym życiu ta strata.
– Dla większości kobiet poronienie jest tragedią – mówi. – Pamiętajmy, że jest to zawsze sytuacja, kiedy matka traci dziecko – podkreśla, akcentując każde słowo. Z jej badań wynika, że ponad 60 procent kobiet pogrąża się wówczas w depresji i przechodzi silny kryzys. Dla 40 procent z nich poronienie jest traumą wymagającą specjalistycznej pomocy. Co więcej, dramat utraty ciąży dotyczy nie tylko matki, choć ta cierpi najmocniej. Jego wpływ dosięga całej rodziny, a bywa destruktywny. Dość, że 40 procent par rozstaje się, straciwszy dziecko, a 70 procent przeżywa głęboki konflikt. [srodtytul]Człowiek[/srodtytul] Justyna Furgał, jedna z założycielek Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu, rozmawiała o ciąży i jej stracie z tysiącami kobiet. – Nie zostaje się matką w wyniku porodu – twierdzi. – Macierzyństwo zaczyna się już z wieścią o ciąży i trwa do końca życia. Bez względu na jej finał – wyjaśnia. Opowiada, że ciąża, wyczekana czy niespodziewana, przynosi zwykle nawałnicę uczuć. Radość miesza się wtedy z lękiem, euforia ze smutkiem. A wszystko to w wielkiej ekscytacji, „podlane” łzami wszelkiego rodzaju. Czas stawania się matką jest, jej zdaniem, piękny, ale też tajemniczy i trudny. Zawsze niezapomniany. Nie nosi się w sobie zygoty, moruli ani nawet płodu. Nienarodzone dziecko jest dla matki od początku gotowym człowiekiem, niemowlęciem jej marzeń. Badania dowodzą, że 60 procent kobiet buduje relacje z dzieckiem już w fazie prenatalnej. Podświadomie nadaje mu płeć, określa imię i wygląd. Snuje fantazje, robi plany. Współczesna ciężarna ogląda na monitorze USG bijące serce już wtedy, gdy jej matka nie była jeszcze pewna, czy w ogóle jest w ciąży. Kiedy zatem pewnego dnia szczątki tego dziecka lądują w szpitalnej nerce, rozpada się świat, nie ma już planów, znikają marzenia. [srodtytul]Żałoba[/srodtytul] Najtrudniejsze są pierwsze dwa miesiące – mówi Izabela Barton-Smoczyńska. – To czas silnych emocji. Kobieta pogrąża się w bólu, ogarnia ją rozpacz i żal przerywany okresami gniewu i złości. Jest rozgoryczona i bardzo tęskni za stanem „nadziei”– wymienia. Jej zdaniem inną typową reakcją jest poczucie winy. Matka, szukając przyczyn śmierci dziecka, upatruje jej we własnym zachowaniu: „podniosłam ciężar, za dużo pracowałam, ufarbowałam włosy”. – To reakcja obronna – wyjaśnia Barton-Smoczyńska. – Wskazanie winnego pomaga odzyskać kontrolę nad własnym życiem – mówi. Według niej jedynym skutecznym sposobem powrotu do równowagi jest pełne przeżycie żałoby. Może ona trwać nawet rok. – Pozwólmy sobie wtedy płakać, ale przede wszystkim wyrażajmy to, co czujemy. I rozmawiajmy o dziecku – radzi. – To warunek konieczny – dodaje. Nie ma gotowych wzorców przeżywania żałoby, tak jak nie ma dwojga identycznych ludzi. Niektóre kobiety wpadają w apatię, inne stają się nagle aktywne. Tropią informacje o przyczynach poronień, odnajdują się nawzajem na forach, zakładają grupy wsparcia. Często też uciekają w świat sztuki, lokując tam swoje emocje. [srodtytul]Przed i po[/srodtytul] Barton-Smoczyńska: – Ważne jest, by zdać sobie sprawę, że sens cierpienia nie tkwi w nim samym, ale w tym, jak je przeżywamy. Dlatego, gdy żal już zaczyna przygasać, warto poszukać pozytywnych konsekwencji. Właśnie w tym, czego zmienić się nie da. Może w bólu poznaliśmy prawdziwych przyjaciół, może strata spoiła jednak nasz związek... Justyna Furgał: Po poronieniu nie wraca się już do tego samego świata. Życie dzieli się na przed i po. Zmieniają się priorytety i dewaluują wartości. Wbrew opiniom laików, następne ciąże nie zastępują utraconych, a kolejne dzieci zmarłych. Bo to są już inne dzieci. Inaczej wyczekiwane i inaczej kochane. Nie zapomina się tych nienarodzonych! Z upływem czasu świadomość ich krótkiego istnienia pozostaje po prostu gdzieś w tyle głowy... [srodtytul]Czego płaczesz![/srodtytul] Nie przesadzaj, to jeszcze nie dziecko! Będziesz mieć inne dzieci! Zrelaksuj się, to ci pomoże!” – czyż nie tak pocieszamy roniące? – To wielki błąd – przestrzega Barton-Smoczyńska. – Podkreślam to bardzo stanowczo. Reakcja otoczenia: lekarza, rodziny, znajomych przesądza o sile stresu, jakiego doświadczy matka. Wytycza głębokość dna, którego ona sięgnie. Badania naukowe dowodzą, że bagatelizowanie straty, umniejszanie tragedii, a przede wszystkim odczłowieczanie zmarłego dziecka może powodować u matki nie tyle depresję, ile aż traumę. Dlaczego w ogóle podważamy zasadność tego cierpienia? Nie jest przecież nasze. – Ze strachu przed własną śmiercią – odpowiada psycholog. – Boimy się wszelkich rozmów o śmierci i umieraniu. To temat tabu. Oddalamy w ten sposób refleksję o własnym odejściu. O jego nieuchronności i bezradności, która mu towarzyszy. [srodtytul]W szpitalu[/srodtytul] Kobieta nie może być w szpitalu tylko „przypadkiem”, a jej dziecko, będę brutalna, „odpadem do utylizacji” – tłumaczy Justyna Furgał, która ma takie doświadczenie. Barton-Smoczyńska potwierdza, że sytuacja w polskich szpitalach jest dla kobiety traumatyzująca. – Trafia tam jeszcze w szoku, wyrwana ze stanu „nadziei”. Z błogostanu przecież... – tłumaczy psycholog. – Jak można rozpaczać już po utraconej kosmówce? – dziwi się warszawski ginekolog, dr Andrzej Micuła. – Przecież większość poronień to selekcja natury, a to opłakiwane „dziecko” może nie miałoby serca lub mózgu... – twierdzi. Jego zdaniem lekarze nie podzielają emocji pacjentki, bo nie ma w medycznej wiedzy ich uzasadnienia. Dlatego, jak podkreśla, przy roniącej niezbędny jest psycholog. A szpital go nie zatrudnia. – Pacjentka zdana jest na kulturę osobistą lekarzy i personelu, a różnie z tym bywa – przyznaje dr Micuła. Zauważa jednak, że kobiety po stracie oceniają pobyt w szpitalu przez pryzmat swego nieszczęścia, gdy wszystko wydaje się czarne. Zapewnia też, że nie kładzie się roniącej obok położnicy z dzieckiem ze złej woli, a tylko z braku miejsca. Odesłanie porodu do innej placówki wywołałoby, jego zdaniem, konflikt interesów. Prof. dr hab. Bogdan Chazan winą za sytuację obarcza studia medyczne. – Nie uczy się lekarza kontaktu z pacjentem – wyjaśnia. – Każdy robi to sam, metodą prób i błędów, a niektórym się widać nie udaje – kończy, ironizując. Jego zdaniem tylko wyeliminowanie z rynku zmusi do zmian nieprzyjazne placówki. Radzi zatem, by wybierać szpitale o specjalnie wprowadzonych procedurach. Traktuje się tam roniące pacjentki z szacunkiem i zrozumieniem. [srodtytul]Organizacje i paragrafy[/srodtytul] W Stanach Zjednoczonych od lat 80., na Zachodzie Europy od 1998 r., a w Polsce od 2004 r. dzień 15 października obchodzony jest jako Dzień Dziecka Utraconego. W tym czasie rodzice przypominają o swoich dzieciach, które odeszły na różnych etapach swego życia, np. w wyniku poronienia. Zrzeszeni w różnego rodzaju organizacjach zwracają uwagę na swoje prawa i podpowiadają, jak można nieść realną pomoc osobom przechodzącym przez tragedię śmierci dziecka. Nadal powszechnym problemem jest niezrozumienie emocjonalnych przeżyć osieroconych rodziców oraz brak przestrzegania podstawowych praw im należnych. Zwłaszcza gdy dziecko umiera przed narodzeniem. – Po latach starań jako pierwszy odpowiedział na nasze potrzeby Kościół w Polsce – mówi Anna Banasiak z organizacji “Dlaczego”, adresowanej m.in. do rodziców, którzy stracili dziecko przed jego narodzeniem. – Pisaliśmy listy do polskiego episkopatu i w efekcie na większości cmentarzy w kraju bez problemu można pochować swoje dziecko, nawet jeśli nie dane mu było żyć chociażby przez dziewięć miesięcy trwania ciąży. Dużo trudniej wygląda sytuacja w polskich szpitalach. – Niewiele jest placówek zdrowotnych, w których pozwala się rodzicom zobaczyć dziecko z poronień. Mają też dużo problemów z odebraniem go ze szpitala, często zależy to od dobrej woli lekarza – mówi Banasiak. – Miejsc, w których matce po stracie towarzyszy psycholog i gdzie nie przebywa ona wśród mam cieszących się z narodzin, jest ciągle niewiele. Według polskiego prawa rodzice dzieci urodzonych martwo albo po poronieniu mają prawo otrzymać akt zgonu i dokonać ich pochówku niezależnie od tego, jak długo trwała ciąża. Przed dwoma laty Ministerstwo Zdrowia wycofało się z rejestrowania urodzeń martwych dopiero od 22. tygodnia ciąży. Prawo weszło w życie w styczniu 2007 roku (podstawa prawna: DzU z 2007 r. nr 1, poz. 10). Niektórzy z rodziców, którym nie było dane pochować straconego w ciąży dziecka, znicze nazywane światełkami pamięci zapalają na specjalnej stronie internetowej: [link=http://swiatelkapamieci.pl]swiatelkapamieci.pl[/link] [ramka][b]Organizacje dla rodziców w Polsce:[/b] ? Stowarzyszenia Rodziców po Poronieniu ([link=http://poronienie.pl]poronienie.pl[/link]) ? “Dlaczego” – organizacja dla rodziców po stracie i rodziców dzieci chorych ([link=http://dlaczego.org.pl]dlaczego.org.pl[/link])[/ramka] [ramka][b]Powiedział [/b] [i]Józef Maj, ksiądz prałat[/i] Czy nie zastanawia nas, że grzebiemy nawet koty i psy, a ciało ludzkie wyrzucamy do kanału? Czy to jest właściwe?Przyznaję, że dawniej nawet Kościół zostawiał te sprawy własnemu biegowi. Wtedy stosunek duchownego do osieroconej matki zależał od jego kultury osobistej i poziomu uświadomienia. Nastały jednak zmiany. Cztery lata temu na cmentarzu przy kościele św. Katarzyny w Warszawie udało się nam przeprowadzić pierwszy, zbiorowy pochówek dzieci urodzonych martwo. Wkrótce organizowano je w całej Polsce. Pogrzeby te i nasze publiczne wypowiedzi przyniosły już pierwsze efekty. Pogłębiła się świadomość społeczna, w praktyce bardzo słaba, także wśród ludzi Kościoła. Rozgorzała też dyskusja w różnych środowiskach, między innymi teologów i kanonistów. Stało się namacalne to, czego tak naprawdę Kościół uczy od wieków: człowiekiem jest się od poczęcia. A przypominam, że człowiek ma prawo do godnego umierania i godnego pochówku. [i]—e.p.[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL