Kraj

Związkowcy wyszli na ulice w Poznaniu

Blisko 3,5 tysiąca ludzi przeszło trasą, którą szli robotnicy podczas antykomunistycznego zrywu w 1956 r.
Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
Pracownicy Zakładów im. Cegielskiego walczą o zaległe pensje i odprawy
Gwizdki i petardy. Kilku robotników z manifestacji, w której bierze udział 3,5 tys. związkowców, rozwija opony z ochronnej folii. Po chwili czarny dym zasnuwa budynek Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu. Zaczyna płonąć pobliskie drzewo.
– Palą się gruszki na wierzbie, które obiecał Donald Tusk! – krzyczy Jarosław Lange, szef wielkopolskiej „Solidarności”. Premier i rząd byli też głównymi bohaterami znacznej części transparentów niesionych w piątek przez manifestantów. „POdejrzani ludzie”, „Donald Tusk grabarzem polskiej miedzi” – głosiły hasła. Na czele pochodu czterech mężczyzn niosło trumnę z napisem,, Platforma Obywatelska” oraz fotografią lidera PO. Także ona została podpalona przed siedzibą wojewody.
Widoczne były też transparenty nawiązujące do wydarzeń poznańskiego Czerwca – „53 lata później”, czy,, 56 blisko”. Bo to właśnie powtórkę z Czerwca ’56 zapowiadali w przeddzień protestu związkowcy. A na ulicę wyszli w związku z dramatyczną sytuacja w zakładach imienia Hipolita Cegielskiego, gdzie zaczął się pierwszy antykomunistyczny zryw. – Zwolnienia dotknęły blisko 500 osób. Ci, co zostali, nie otrzymują regularnie pensji. A rząd nie ma sensownego pomysłu na ratowanie zakładu – wyliczał Tadeusz Pytel, szef ,,S” w zakładach Cegielskiego. – Organizujemy protest i nie możemy zagwarantować, że będzie to protest spokojny. Jednak demonstranci spokojnie przeszli trasą, którą pół wieku wcześniej przemaszerowali robotnicy Czerwca ’56. Miasto nie zostało sparaliżowane. W okolicach pomnika ofiar poznańskiego Czerwca czoło pochodu na chwilę przyhamowało, by przepuścić grupę przedszkolaków. – Zatrzymałaby pani dzieci, niech się uczą historii – pokrzykiwał starszy mężczyzna. Gorąco zrobiło się tylko raz, gdy zablokowany przez policję urząd zaczęli szturmować stoczniowcy. W stronę funkcjonariuszy poleciały petardy, jajka i kamienie, ale protestującym nie udało się wedrzeć do środka. Z wojewodą rozmawiać nie chcieli. Wręczyli mu jedynie petycję adresowaną do szefa rządu. – Dla nas partnerem do rozmów jest Donald Tusk – mówił Lange. Pracownicy Cegielskiego domagają się dla zwalnianych odpraw równych tym, jakie otrzymali stoczniowcy, a dla pozostających w firmie regularnych wypłat. Chcą też, by Ministerstwo Skarbu opracowało zadowalający ich plan ratowania zakładu. Prezes firmy Jarosław Lazurko twierdzi, że taki plan istnieje. – Staramy się przeczekać kryzys, który dotknął branży stoczniowej na całym świecie – mówi. – Szukamy też nowych pomysłów na produkcję. Jednym z nich jest budowa silników napędzających małe elektrownie. Brak pieniędzy to rzeczywiście problem, ale robienie politycznego szumu wokół firmy nam nie pomoże. Grzegorz Dolniak, wiceszef klubu PO, nie chciał komentować antyrządowych haseł. – W demokracji każdy ma prawo do wyrażania własnych ocen i emocji – odpowiedział. – Przykro, kiedy firma traci klientów i nie potrafi poradzić sobie w trudnych warunkach wolnego rynku. Rząd może jednak jej pomóc tylko na bardzo ściśle określonych zasadach. Reszta w rękach zarządu. Czy w najbliższym czasie protesty podobne do poznańskiego będą się powtarzać? – Na całym świecie manifestacje robotników wymierzone w rządzących to niemal rytuał – komentuje dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Trudno sobie wyobrazić, by u nas było inaczej. Ciekawsza jest inna rzecz. Upadek stoczni czy trudna sytuacja zakładów Cegielskiego wywołały społeczny wstrząs w regionach tradycyjnie zdominowanych przez zwolenników Platformy. Pytanie, czy odbije się to na poparciu dla tej formacji. [ramka][srodtytul]Kłopoty kontrahentów stoczni[/srodtytul] Zniknięcie z rynku stoczni w Gdyni i Szczecinie pośrednio wpłynęło na pogorszenie sytuacji finansowej kilkuset firm – dotychczas kontrahentów tych zakładów. Większość z nich zadbała co prawda wcześniej o innych klientów, przewidując, że stocznie, od dawna mające problemy z płatnościami, niebawem zatoną. Dopóki sprzedaż całości stoczniowego majątku nie dojdzie do skutku, nie mogą jednak odzyskać dotychczasowych należności. A jest ich sporo. Blisko 300 wierzycieli domaga się dziś prawie 3 mld zł z tytułu zaległych płatności. Samemu Cegielskiemu stocznie winne są ok. 60 mln zł. Co gorsza, nawet gdy sąd zatwierdzi listę wierzycieli i znajdzie się kupiec na niesprzedane dotąd aktywa, pieniędzy z ich sprzedaży może nie wystarczyć dla wszystkich. Niedoszły inwestor z Antyli zaoferował za najważniejsze części stoczniowego majątku 380 mln zł, więc i kolejni nie zaproponują dużo więcej. A w pierwszej kolejności trzeba sfinansować z tych środków obsługę przetargów, potem zapłacić podatki i spłacić dużych wierzycieli, np. banki. Dla mniejszych firm, które dziś balansują na granicy bankructwa, nie zostanie nic. [/ramka] Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: [b][mail=l.zalesinski@rp.pl]l.zalesinski@rp.pl[/mail][/b]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL